16 października 2020
szarlatan-nowy-film-agnieszki-holland-1-759x500
Fot.: ALŽBĚTA JUNGROVÁ | MARLENE FILM PRODUCTION

Nie pomoże, nie zaszkodzi

„Czasem myślę, że gdybym cię mocniej ścisnął, zmyłbym z siebie całe zło” – wyznaje Jan Mikolašek, oplatając szyję kochanka w na poły miłosnym, na poły morderczym geście. Te kilka słów, osadzonych w odpowiednim kontekście historycznym i obyczajowym, mogłoby służyć za wyczerpujący opis sytuacji w jakiej znalazł się bohater najnowszego filmu Agnieszki Holland. Eros i Tanatos toczą w „Szarlatanie” symboliczną walkę – podobnie jak w filozofii Georges’a Bataille’a, tak i tutaj miłość i śmierć poruszają się w takt niemożliwego do zatrzymania danse macabre. Jednak odmiennie niż u francuskiego filozofa, w filmie polskiej reżyserki taniec ten nie jest elementem upojnego pożądania, ale przede wszystkim oznaką lęku przed samym sobą i przed tym, co z naszym strachem mogą zrobić dzierżący władzę. W tym tragicznym sprzężeniu tematów tkwił potencjał na wielkie kino. Holland zabrakło jednak konsekwencji i precyzji, przez co w „Szarlatanie” – podobnie jak w „Obywatelu Jonesie” – zamiast katartycznego przeżycia widz otrzymuje przyzwoity publicystyczny szkic z nadmiarem ledwie muśniętych wątków.

Mikolašek był słynnym czeskim zielarzem i uzdrowicielem. Diagnozował i leczył tysiące ludzi, a o pomoc prosili go między innymi król Anglii Jerzy VI, sekretarz Hitlera Martin Bormann, powojenny prezydent Czechosłowacji Antonin Zápotocký. Bohater filmu Holland potrafił znaleźć protektorów zarówno podczas rządów nazistowskich, jak i komunistycznych. Dopiero wraz ze śmiercią Zápotockýego, który chronił Mikolaška, rozpoczęła się krucjata przeciwko znachorowi, a zarazem państwowa nagonka, mająca na celu oczernienie medycyny niekonwencjonalnej. Reżyserka po raz kolejny wyciągnęła z archiwum historii Europy Środkowo-Wschodniej postać nieco zapomnianą – Mikolašek, podobnie jak Gareth Jones z „Obywatela Jonesa”, czy Leopold Socha z „W ciemności”, umożliwił Holland nakręcenie filmu o człowieku wplątanym w burzliwe wydarzenia dwudziestego wieku.

Mikolaška poznajemy w drugiej połowie lat 50., w momencie, kiedy traci przychylność komunistycznego rządu. W retrospekcjach cofamy się jednak aż do I wojny światowej, kiedy bohater jako młody chłopak walczył na froncie. Pomimo wagi scen z przeszłości, Holland traktuje je instrumentalnie – mają niemal w żołnierski sposób przekazać lakoniczny komunikat o życiu protagonisty. Nie uświadczymy tu narracyjnego roztkliwiania się nad młodością traconą pośród bitewnej zawieruchy, ani dostrzegalnych stylistycznych pieczęci autorskich. Taktyka ta redukuje psychologię Mikolaška do zespołu scen, migawkowych ujęć, które pełnią rolę mętnych drogowskazów. Podczas seansu odbiorca musi wziąć na wiarę choćby fakt, że okopowa trauma bohatera mogła doprowadzić do zalęgnięcia się w jego duszy mroku. Pretekstowość momentu takiego jak ten, rzutuje na jakość „Szarlatana” tym bardziej, im dobitniej dostrzegamy, że z owym mrokiem Mikolaškowi przyjdzie walczyć przez całe życie. Będzie to zarówno walka z diaboliczną cząstką siebie, jak i z chorobami pacjentów. Niezależnie od scenariuszowych niedociągnięć, odbiorca, choćby mimochodem, ma jednak szanse dostrzec jak złamaną i wewnętrznie skonfliktowaną jednostką jest genialny zielarz. Służba drugiemu człowiekowi nie wynika u Mikolaška z przysłowiowej „potrzeby serca”, ale jest przede wszystkim kompulsywnym przymusem, ułatwiającym uciszenie szalejących w duszy demonów. Dzień bez przyjmowania setek pacjentów jest dla niego nie do zniesienia. Chwila ciszy i spokoju może sprawić, że w codziennej psychomachii przewagę zaczną zyskiwać tłumione lęki, traumy i wyrzuty sumienia. Wszystko, co robi Mikolašek – leczenie ludzi, fanatyczne modlitewne klęczenie na ostrych głazach, zaborcze i sadystyczne zachowania skierowane w stronę kochanka – jest różnymi symptomami tego samego schorzenia: strachu przed samym sobą. Strach ten jednak nigdy nie zostaje w „Szarlatanie” w pełni zdefiniowany. Kim tak naprawdę był słynny uzdrowiciel? Co leżało u podstaw jego wewnętrznego konfliktu? Czy była to wspomniana wojenna trauma? Homoseksualizm egzorcyzmowany przez ówczesne społeczeństwo? A może kompleks wynikający z niedostatecznego szacunku dla jego fachu, sprowadzanego do roli zabobonu? Reżyserka idzie o krok dalej i nieśmiało (czy też nieudolnie) wplata w opowieść wątki magiczne i transcendentalne. Dar Mikolaška może więc być czymś niemożliwym do wytłumaczenia za pomocą kategorii naukowych, a wewnętrzna walka bohatera nie musi mieć racjonalnego uzasadnienia. Jeśli tak jest w istocie, to czeski zielarz na duchowym polu nie mierzy się z traumami, ale z apriorycznym pierwiastkiem zła, które od zarania dziejów stara się omotać i zdominować człowieka. Każdy ze wskazanych wątków wydaje się być inspirujący pod względem intelektualnym i filozoficznym, ale ostatecznie nie broni się w ramach filmowej opowieści, ponieważ razi zdawkowością i powierzchownością.

Ostatecznie „Szarlatanowi” najbliżej do opowieści o homoseksualizmie, który z powodu braku akceptacji społecznej musi pozostać ukrytym, niemal wypartym elementem tożsamości. Temat ten jak soczewka mógłby skupić kilka najważniejszych wątków filmu. Mikolašek z tej perspektywy jawiłby się jako postać tragiczna – uzdrowiciel mimo woli, który leczy innych, ponieważ nie może wyleczyć siebie; który modli się, żeby przeprosić nie za to, co zrobił, ale za to, jaki jest; który potrafi współpracować z każdą władzą nie dlatego, że jest cynicznym oportunistą, ale dlatego, że boi się konsekwencji wynikających z orientacji seksualnej; i wreszcie, który fantazjuje o uduszeniu kochanka, bo zabicie Frantiska byłoby symbolicznym uwolnieniem od znienawidzonej części samego siebie. Niestety, homoseksualizm Mikolaška staje się wiodącym tematem „Szarlatana” dopiero w drugiej połowie filmu i nawet jeśli dominuje na ekranie aż do napisów końcowych, to Holland nie jest w stanie synergicznie spleść go z pozostałymi elementami opowieści.

Być może problem tkwi również w finałowej banalizacji historii Mikolaška. Pomimo prób oglądania bohatera z różnych perspektyw (w sposób mniej lub bardziej udany) na koniec zostaje on zredukowany do roli jednostki złamanej przez system. Dzieło, którego pointa komunikuje, że wielka historia niszczy ludzkie życia, nie może być szczególnie odkrywcze, dlatego szkoda marnować na nie tak niebanalnej postaci, jaką był Mikolašek. Tym samym Holland raz jeszcze w ciągu ostatnich lat udowodniła, że co prawda potrafi bezbłędnie wybierać tematy swoich filmów (by opowiadały o sprawach ważnych i aktualnych), ale w drodze na srebrny ekran tematy te nie zostają przepisane na kompletne i spełnione kino. Zamiast tego odbiorcy mogą obejrzeć co najwyżej sprawny felieton audiowizualny.

 

„Szarlatan”
reż. Agnieszka Holland
premiera: 9.10.2020

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...