13 stycznia 2017
boskakomedia

(Nie)Boska

 

Wielość festiwalowych propozycji uniemożliwia kompletne rozpoznanie. Po pięciu edycjach Boskiej Komedii w Krakowie, w których uczestniczyłam, wciąż nie potrafię wybierać celnie. Kilka spektakli, których nie zobaczyłam, stanowiło przedmiot gorących dyskusji: „Wieloryb. The Globe” Evy Rysovej z rolą Krzysztofa Globisza, nagrodzone „Kumernis, czyli o tym jak świętej panience broda rosła” Agaty Dudy-Gracz, „Każdy dostanie to, w co wierzy” duetu Rubin i Janiczak, źle oceniane „Wesele” Radosława Rychcika czy entuzjastycznie komentowany „Drugi spektakl” Anny Karasińskiej. Podczas ostatniej edycji zabrakło mistrzów. Festiwal upłynął na komentowaniu ich dokonań na płaszczyźnie metateatralnej oraz na nieudolnym poszukiwaniu tych, którzy mogą ich brak zrekompensować. Z nurtu walki o mistrzostwo wyłamał się na szczęście Michał Borczuch i jego „Wszystko o mojej matce”, rozczarowując jednocześnie „Dramatami księżniczek” według dramatu Elfriede Jelinek. Podobnie jak rok wcześniej, reżyser odebrał nagrodę za najlepszy spektakl, ale  niedosyt po premierowym przedstawieniu pozostał.

TR i VR 

Podczas nieobecności Teatru Polskiego z Wrocławia na czołowego awangardzistę imprezy wyrósł warszawski TR, stale goszczący na festiwalu – tym razem z dwoma propozycjami: „Robertem Roburem” w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego oraz „Holzwege” Katarzyny Kalwat. Inscenizacje docenione już wcześniej przez krytyków są interesujące głównie ze względu na nowatorski język teatralny, którym się posługują, a nie dzięki podejmowanym tematom i problemom.

Garbaczewski środkami zapożyczonymi z gier komputerowych, seriali telewizyjnych i wirtualnej rzeczywistości pokazuje, w jaki sposób zapośrednicza się narracje i przechwytuje obrazy. Aktorzy, pokazywani przez większą część spektaklu na ekranie w kształcie oka, nie tylko są medialnie zapośredniczeni – ich wizerunki to cytaty z popkultury. Wielość nawiązań sprawia, że widzowi ciężko wszystkie je rozpoznać. Ta zabawa nieco rozczarowuje: Garbaczewski cytujący Garbaczewskiego bawi i – przez śmiech – oczyszcza, snując jednocześnie wizję przerażającą, w której chaos rzeczywistości i ludzki los ujarzmione są przez media. Katarzyna Kalwat również próbuje zaserwować widzowi pełen przegląd nowoczesnych środków teatralnego wyrazu. Pod przykrywką śledztwa dotyczącego śmierci kompozytora Tomasza Sikorskiego serwuje przegląd strategii inscenizatorskich: od wykorzystujących aktorskie emploi (naiwna Sandra Korzeniak i charakterystyczny Jan Dravnel), do teatru dokumentalnego; używając projekcji, luster, pleksi, akcji poza oknem sceny, nagości, tematów tabu.... Wszystkie te zabiegi dekonstruuje pod koniec spektaklu w świetnym, ironicznym i równocześnie emocjonalnym monologu Dravnel. Zamykający przedstawienie koncert fortepianowy nie zostaje wzięty w cytat przemijających nowoczesnych form teatralnych. Czy to zapowiedź muzycznego zwrotu performatywnego?

O emocjach słów kilka

Na koncert zaprosiła też widzów reżyserka spektaklu „Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy”, Magda Szpecht. Towarzyszyły mu taneczno-ruchowe improwizacje grupy „dziwaków” (profesjonalnych aktorów wałbrzyskiego teatru im. Jerzego Szaniawskiego oraz amatorów z Uniwersytetu Trzeciego Wieku). Wyświetlane na ekranach fragmenty pamiętników romantycznego kompozytora poprzez działania performerów okazują się zapiskami nie tyle wielkiego artysty, ile zagubionego, samotnego, nieporadnego człowieka. Koncept Szpecht na pierwszy rzut oka wydaje się tak niedorzeczny, że widz zaczyna wątpić w prawdziwość przywoływanego materiału źródłowego. Niestety romantyczne ambicje twórców spektaklu prowadzą do jego naiwnej puenty sugerującej, że w każdym z nas kryje się nieprzystosowany, odrzucony, dramatycznie poszukujący miłości odmieniec, na którego i tak czeka tylko śmierć.

Romantycznego wieszcza gra również nagrodzony Jan Peszek w „Podopiecznych” w reżyserii Pawła Miśkiewicza z Narodowego Starego Teatru. Jego głos przepełniają rozsądek i rozczarowanie. Spektakl stanowi propozycję wyjścia poza medialną narrację o pokrzywdzonych, odrzuconych, brudnych, niszczycielskich, poruszających uchodźcach. Ze świata krzyku i łez prowadzi w sfery ciche, gdzie można kontemplować i poszukiwać prawdy. Niestety obraz, który najmocniej zapada w pamięć – walczący z wypowiedzeniem długiego monologu, powracający na scenę po udarze Krzysztof Globisz – manipuluje emocjami tak skutecznie, że wszystkie szczeliny niedopowiedzeń zostają zasypane i ukryte.

Pytania o społeczny wymiar sztuki zadawała reżyserka Anna Smolar. Przechwytując „Dybuka” Szymona An-skiego, ironizowała ona o edukacyjnej roli teatru i literatury (tłumacząc przez aktorów żydowskie konteksty), systemu nauczania uczelni artystycznych (świetny Jan Sobolewski w stand-upowym monologu o żydowskich piosenkach, które wykonywał przez cały okres studiów aktorskich) oraz terapeutycznego teatrzyku szkolnego, który nie prowadzi do przepracowania traum i lęków, ale stwarza przestrzenie dialogu. Rezerwa względem podejmowanych tematów, a także dystansowanie się aktorów od postaci dramatu pozwala opowiedzieć o emocjach: wyrzutach sumienia, złości, odrzuceniu i irracjonalnej wierze w miłość i odkupienie niepopełnionych win.

Aktorzy – nowi mistrzowie

Organizatorzy Boskiej Komedii reklamują festiwal jako prezentację najciekawszych dokonań minionego sezonu teatralnego. Jeśli faktycznie podążyć tym tropem, sezon 2015/2016 to okres formalnych eksperymentów mających ożywić kostniejące medium. Kwestie fortunności tych działań zostawmy krytykom systemu instytucjonalnego polskich teatrów. W tym krótkim artykule chcę tylko zwrócić uwagę na aktorów, których wyraziste i bezkompromisowe kreacje czynią przedstawienia niezapomnianymi.

Juliusz Chrząstowski we „Wroga ludu” w reżyserii Jana Klaty z Narodowego Starego Teatru działa na granicy wykreowanej postaci i prywatnej osobowości, a właściwie odsłania szwy, z których zbudowana została rola. Dzięki temu jego wypowiedź na scenie nabiera charakteru politycznego – widz może z nią negocjować, dyskutować, a nie poddawać się scenicznej iluzji. Jury w uzasadnieniu werdyktu określiło ekspresję Chrząstowskiego mianem „współczesnej intensywności”. Podobnie można opisać Agnieszkę Kwietniewską, grającą tytułowego Komedianta, Bruscona ze sztuki Thomasa Bernhardta w reżyserii Agnieszki Olsten z Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Dzięki aktorce spektakl o przekleństwach aktorskiego zawodu nabiera cech feministycznego manifestu. Kwietniewska mistrzowsko zmienia nastroje; potrafi być intymna, egzaltowana, ekspresyjna, wycofana, piękna i odrażająca. Poruszając się w klaustrofobicznej przestrzeni stodoły, wywołuje w widzach poczucie zagrożenia: w każdej chwili może naruszyć strefę ich bezpieczeństwa. Łatwo zapomnieć, że to tylko teatr, że zaraz znów będziemy mogli w podziwie klaskać sfrustrowanemu i pełnemu pasji Brusconowi.

Ostatnie dni festiwalu zbiegły się z kolejnymi protestami aktorów Teatru Polskiego we Wrocławiu. W geście solidarności artyści  wychodzili do oklasków z zaklejonymi ustami (podobnie jury podczas ceremonii rozdania nagród). Odczytywano również oświadczenie zespołu, a dyrektor festiwalu Bartosz Szydłowski wystosował do środowiska list wsparcia. Hasło tej edycji Boskiej Komedii „Jeszcze Polska nie zginęła, póki teatr żyje” wybrzmiało dopiero w tym geście. Życzę sobie, żeby to był owocny twórczy impuls do dalszej walki, bo jest o co walczyć.

9. Międzynarodowy Festiwal Boska Komedia
Kraków
7–17.12.2016

fot. Krzysztof Bieliński, ze spektaklu „Wieloryb the Globe”

Nieufność wobec rzeczywistości
16 lutego 2018

Nieufność wobec rzeczywistości

Prace Macieja Gąbki z nowego cyklu „After positive”, prezentowane w Pawilonie Sztuki ERGO Hestia, stanowią artystyczną podróż po epistemologii z drugiej połowy XX wieku. Wychodząc od koncepcji procesów poznawczych, młody artysta (ur...

Wszystko jest <i>story</i>
15 lutego 2018

Wszystko jest story

To już trzecie polskie wydanie pierwszej książki Martina Pollacka, jego „imaginacyjnej podróży” po Galicji Wschodniej przełomu wieków XIX i XX. Dlaczego imaginacyjnej? Dlatego, że sam autor fizycznie w podróż na wschód wcale się nie udał...

Miasto gniewu
13 lutego 2018

Miasto gniewu

Nowy obraz twórcy „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” to zaskakująco wysmakowany, prosty, ale subtelny obraz cechujący się, po pierwsze, żywiołowością, jakiej mogłoby pozazdrościć mu wiele współczesnych filmów sensacyjnych, pod drugie, nieoczekiwaną niejednoznacznością przekazu, jaka pojawia się na ekranie zalewanym coraz to nowymi atrakcjami...