28 lipca 2016

Muzyka na dwa głosy

 

Antony Hegarty i James Blake to postaci, które pozornie lokują swoją twórczość w zupełnie różnych obszarach muzycznego uniwersum. Hegarty przyzwyczaił nas do bardzo klasycznej, wręcz zachowawczej formuły, w której wiodącą rolę głosu uzupełnia smyczkowo-fortepianowe instrumentarium. Tymczasem James Blake to artysta, który swoje – przede wszystkim wokalne – kompozycje oplatał do tej pory najczęściej minimalistyczną i wycofaną elektroniką. Czy jest więc cokolwiek, co mogłoby ich łączyć? Już z powyższego porównania wynika, że na pewno jest to wokalne zorientowanie muzyka. Ale w odniesieniu do najnowszych płyt obu muzyków jesteśmy świadkami zdecydowanie bardziej wyraźnego przecięcia się artystycznych ścieżek.

 

 

Rewolucja Anohni

Ostatni album formacji Antony and the Johnsons, która przez laty była główną przestrzenią aktywności Antony’ego, pojawił się sześć lat temu. W 2012 roku zespół wydał jeszcze płytę koncertową, by następnie zamilknąć. Po okresie ciszy moglibyśmy się spodziewać sporych zmian i zupełnie nowych pomysłów, ale to, co otrzymujemy na „Hopelessness”, to kompletna wolta, zresztą nie tylko w wymiarze muzycznym. To pierwsza w pełni solowa płyta Hegarty’ego, co nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak bardzo wyjątkowa jest ona w wymiarze osobistym. Oczywiście, wszystkie dotychczasowe albumy Antony and the Johnsons były nie tylko osobiste, ale wręcz intymne – Antony borykał się na nich z własnymi doświadczeniami i dylematami. Tutaj jednak ów osobisty ciężar płyty jest chyba właśnie dlatego większy, że dylematy te w pewnym sensie zostają rozstrzygnięte, co mogło wymagać większej gotowości do odsłonięcia się. W rezultacie mamy płytę nagraną przez Anohni, artystkę, nie zaś Antony’ego, który wcześniej swobodnie i płynnie operował swoją seksualnością i tożsamością.

Paradoksalnie jednak siła tej osobistej deklaracji nie przyćmiewa płyty. Albumy Antony and the Johnsons przesycone były tekstami głęboko eksplorującymi najbardziej intymne przeżycia, by z czasem coraz odważniej podejmować kwestie uniwersalne. Tymczasem „Hopelessness” to już płyta jednoznacznie polityczna, swoisty protest-album dotykający wielu różnych problemów właśnie ze sfery polityki. I choć momentami może się ona wydawać mocno zakorzeniona w amerykańskiej specyfice, to jeśli weźmiemy pod uwagę, że na zakończenie płyty Anohni wyraźnie daje do zrozumienia: „We are all Americans now”, trudno byłoby formułować jakiekolwiek zarzuty o publicystycznej doraźności tekstów.

W wymiarze muzycznym płyta zaskoczy miłośników Antony and the Johnsons całkowicie (nawet jeśli będziemy mieć w pamięci przygodę Antony’ego z muzyką elektroniczną w ramach projektu Hercules & Love Affair). Anohni nagrała płytę z muzyką elektroniczną, która jest intrygująco niejednoznaczna, co traktować należy głównie jako zasługę dwóch producentów: Oneohtrix Point Never i Hudsona Mohawke, artystów o bardzo silnej pozycji na scenie elektronicznej. Pierwszy z nich zdaje się w większym stopniu budować kompozycje wokół głosu Anohni, co najwyraźniej słychać w utworze „Obama”. To bardzo gęsta kompozycja, wypełniona ciężkimi basami, cyfrowymi zgrzytami, organowymi brzmieniami i ambientowymi „plamami”, a i tak zbudowana przede wszystkim na „mantrującym” głosie Anohni. W „swoich” utworach Oneohtrix Point Never nawiązuje też do estetyki hipnagogicznego popu – chociażby w kompozycji tytułowej, której popowe brzmienie lat 80. artysta potrafi w ciągu czterech minut jednocześnie wiernie przywoływać i afirmować oraz dekonstruować i odważnie „zanieczyszczać”. Nie znaczy to, że w utworach produkowanych przez Hudsona Mohawke głos Anohni zostaje przesunięty na drugi plan. Po prostu HudMo większą wagę przykłada do melodyjności swoich kompozycji niż do rozgrywanych w tle abstrakcyjnych eksperymentów, w których lubuje się Oneohtrix Point Never. W rezultacie jednak utwory firmowane przez Hudsona Mohawke mają większą siłę przebicia i to – paradoksalnie – zarówno jako potencjalne przeboje, jak i nośnik ideowo-politycznych manifestów Anohni.

Rzecz jasna, nie chodzi o to, by „Hopelessness” rozpatrywać w kategoriach pojedynku muzycznych producentów. I to nie tylko dlatego, że najlepsze momenty płyty to te, w których łączą oni siły (wyciszony i minimalistyczny „Crisis” oraz wściekły i potężny „4 Degrees” z charakterystycznym ciężkim motywem, na którym równie dobrze, co rozedrgane wokalizy Anohni, można by oprzeć gniewne rapowe deklamacje). Zarówno bowiem na dotychczasowych płytach z zespołem, jak i na albumie solowym kluczowy jest głos artystki, który brzmi czysto i potężnie, szczególnie w wysokich rejestrach, a jednocześnie nieustannie „łamie się” i „rwie”. Do temperatury tekstów zawartych na płycie ta wokalna dwoistość i wynikające z niej napięcie pasują idealnie. Wydaje się zresztą, że muzyczna tkanka „Hopelessness”, w o wiele większym stopniu niż wcześniejsze płyty, pozwoliła wydobyć i uwypuklić różnorodność możliwości śpiewu Anohni. Nie jest więc zaskoczeniem, że producenci płyty, choć lubują się przecież w różnorakim „wyginaniu” materiału dźwiękowego, to partie wokalne potraktowali bardzo łagodnie i właściwie tylko w „Violent Men” wyraźnie słuchać ingerencję w głos Anohni. Nawet jeśli tak wiele dzieje się w warstwie muzycznej, to zawsze centralną pozycję zajmuje głos, bądź wyostrzając, bądź po prostu całkowicie definiując charakter poszczególnych utworów.

 

Ewolucja Jamesa Blake’a

Poprzednie zdanie można uznać za trafnie opisujące także twórczość Blake’a. Ten brytyjski muzyk zresztą operuje swoim głosem w sposób bardzo podobny do Anohni – pozornie niepewny, nieuciekający od skaz i złamań, ale jednocześnie o niesłychanej sile emocjonalnego przekazu. Do czasu „Hopelesness” muzycznie dzieliło jednak oboje artystów wszystko, gdyż Blake od początku korzystał z elektronicznego idiomu. Pierwsza płyta, nagrana w 2011 roku, zbudowana była przede wszystkim na głosie artysty, dla którego kontekstem była właśnie muzyka elektroniczna. Ale bardzo charakterystyczna – już nawet nie osadzona na drugim planie, lecz wręcz stłumiona, brzmiąc tak, jakby była stłamszona jakimiś fizycznymi ograniczeniami i dobiegała z nieokreślonych zakamarków jako coś nieokreślonego i wyrzuconego poza nawias dźwiękowego centrum. Wczesne kompozycje nasuwają nieodparte skojarzenia z twórczością Buriala (bywało, że używano wobec Blake’a etykiety „post-dubstepu”), jednak gdy ten ostatni wykorzystuje przede wszystkim soniczną podskórność miasta, to Blake operował do tej pory raczej w dźwiękowych mikroprzestrzeniach.

Na drugim albumie („Overgrown”) Blake nieco przeorientował swoją muzykę zarówno poprzez zrównoważenie warstwy muzycznej i wokalnej – aranżacje stały się bardziej wielowymiarowe – jak i szukanie nowych form wyrazu poza kruchymi wokalizami osnutymi wokół odpryskowych i świadomie gubiących klarowność syntetycznych dźwięków. Najbardziej ochoczo brytyjski artysta zaczął penetrować poetykę soulową, która wyraźnie „wygładziła” dotychczas mocno chropowate krawędzie jego muzyki. W większym też stopniu Blake skłonił się ku instrumentarium akustycznemu, zmieniając tym samym środki do osiągnięcia tego samego efektu, czyli budowania muzyki kameralnej, wycofanej i wyrzekającej się intensywności bodźców na rzecz cyzelowania dźwiękowych drobiazgów.

Tegoroczna płyta to kolejny krok w tej ewolucji, a jednocześnie rekapitulacja jej dotychczasowego przebiegu. Na pewno zwraca uwagę jej długość, gdyż trwa ona tyle, ile dwa poprzednie albumy razem wzięte. Nie oznacza to jednak niestety wielości pomysłów artysty. Co więcej, płyta momentami nie tylko może nużyć, ale wręcz „gubi” poszczególne utwory – kompozycje rozmywają się i zlewają, bo często zdaje się brakować na niej wyrazistych pomysłów zarówno kompozycyjnych, jak i aranżacyjnych. Największą (ale niespełnioną) obietnicą jest utwór otwierający album, „Radio Silence”, w którym uderza intensywność i natarczywość warstwy muzycznej, a narastająca fala dźwięku momentami wręcz zagłusza wokal. Sprawia to wrażenie, jakby Blake chciał nas zapewnić, że tym razem w zdecydowanie większym stopniu punkt ciężkości zostanie osadzony w muzyce, nie zaś wokalu, który w przywołanym utworze zdaje się ustępować pola dźwiękowej ornamentyce. Później jednak powraca bardziej oswojona – przez artystę i przez nas, słuchaczy – formuła wokalocentrycznej muzyki, dla której James Blake konstruuje różne warianty brzmieniowej oprawy. Skrajnym świadectwem dominacji tego skupienia na pierwiastku wokalnym jest z kolei utwór, który płytę zamyka, bazujący wyłącznie na głosie Blake’a.

Muzyczne poszukiwania artysty ograniczają się na „The Colour in Anything” w większości do tych obszarów, które angielski artysta eksplorował do tej pory. Mamy więc z jednej strony kompozycje z elektronicznym instrumentarium, ale już wyraźnie mniej surowym i szorstkim niż na debiutanckiej płycie (choć jednocześnie pojawiają się motywy wręcz parkietowe, jak w „I Hope My Life – 1-800 Mix”). Z drugiej zaś – minimalistyczne piosenki wykraczające poza stricte elektroniczną formułę, przyjmujące niemalże postać balladową i jednocześnie sytuujące Blake’a w obszarze trawestacji soulowej poetyki.

Choć wszystko to jest produkcyjnie dopieszczone do perfekcji, to jednak doskwiera brak elementu zaskoczenia, którego dostarczyły zarówno debiut, jak i – w pewnym stopniu – druga płyta Jamesa Blake’a. Czy oznacza to, że dotychczasowe pomysły artysty już się wyczerpały? Jeśli nawet nie całkowicie, to na pewno zbyt mocno osadziły go w relatywnie bezpiecznej niszy wysmakowanej i niezobowiązująco „sączącej się” muzyki. Tym, co ostatecznie każe wypatrywać z pewną ekscytacją kolejnych przejawów twórczości brytyjskiego muzyka, jest – cały czas – nie tylko charakterystyczny, ale i angażujący słuchacza głos, zarówno w postaci „surowej”, jak i poddawany różnego rodzaju modyfikacjom, „zagięciom” i „przecięciom”. Do tej pory James Blake znajdował dla niego równie wciągający kontekst dźwiękowy. Po trzech albumach niewątpliwie ożywczym i cennym, choć jednocześnie ryzykowanym, byłoby jednak to, co na „Hopelessness” z powodzeniem zrealizowała Anohni – wyjście poza znajome rewiry, twórcze wykorzystanie estetycznych sprzeczności i spasowanie ze sobą tego, co pozornie nieprzystawalne. W rezultacie muzyka Blake’a, bazująca na tym kluczowym zasobie, jakim jest jego głos, mogłaby odzyskać walor wyjątkowości, a nie tylko rozpoznawalności.

 

Anohni, „Hopelessness”, Rough Trade, 2016
James Blake, „The Colour in Anything”, Polydor, 2016

W tym seksie jest metoda?
09 sierpnia 2018

W tym seksie jest metoda?

„Lekkie historie, literatura eskapistyczna” ‑ tak ogólnikowo i samodegradująco (?) swą twórczość określa Milo Manara. Dla włoskiego rysownika w centrum zainteresowania tych pozornie niewyszukanych opowieści znajdują się kobiece ciało i odważna erotyka...

Kto tu jest dla trollowania
08 sierpnia 2018

Kto tu jest dla trollowania

W Muzeum Sztuki trzepali na bramkach. Choć od dawna żartujemy ze znajomymi z tego, że kontrola w ich salach jest nadmierna, to wernisaż wystawy „Peer-to-peer” to już była przesada.