10 lutego 2020
MV5BNjllOTI5ODUtODYwNi00MWQ5LWIxMjMtYmNjM2I2NDE2NzAxXkEyXkFqcGdeQXVyNjg2NjQwMDQ@._V1_SY1000_SX1500_AL_
Photo by 2019 Twentieth Century Fox Film Corporation - © 2019 20th | źródło: IMDb

Mój przyjaciel Adolf

Każdy chłopiec poszukiwał kiedyś idola – męskiego autorytetu, który jasno określi wzorzec postępowiania, nada kierunek i wyznaczy sens życiu, pokaże, jak należy się zachowywać. W dzieciństwie nasze chłonne jak gąbka tożsamości zapełnialiśmy różnymi wzorcami: koledzy mieli piłkarzy, starsi przechodzili na superbohaterów, jeszcze starsi na poetów i rockmanów; ojciec wspominał, że za jego czasów panowała wielka gorączkowa moda na czterech pancernych i kapitana o nazwisku Żbik. Ale mniejsza o to, czy podpatrywałeś Harry’ego Pottera, czy twoje wariactwo szło dalej i obrałeś za ulubieńca Asha Ketchuma; czy szukałeś wśród członków załogi G, czy przechodziłeś fazę zauroczenia żółwiami ninja. Preferencje generacyjne pozostają mniej istotne niż mechanizm: ważne, że kodeks obranego idola wiercił korytarze w naszych mózgach, tworzył emocjonalne fundamenty, służył za dobry punkt zaczepienia. Idol wzmagał naszą wyjątkowość, dozbrajał wyobraźnię we wstępnym okresie życia. Wspierał najpiękniejsze podwórkowe przygody. Innymi słowy, tworzył centrum naszego świata.

Kwestia relacji z idolem występuje obficie w kinie Taiki Waititi, temat ten widocznie mocno w nim tkwi. Przed laty dość gruntownie przerobił go w filmie „Boy”. Opowiadał tam o dziesięcioletnim chłopcu, który pozostawał pod głębokim wrażeniem Michaela Jacksona i chciał przejść przez życie legendarnym moonwalkiem. To, co z zewnątrz wydawać się mogło wybrykiem i naiwnością dziecka, wynikało jednak z potrzeby zastąpienia nieobecnego w domu ojca. Idol zapełniał więc pustkę, tworzył życiodajną iluzję, był suplementem, zamiennikiem i pocieszycielem, który potrafi docenić. W najnowszym filmie Waititi powtarza ten sam pomysł. Tyle że mały Jojo, blond amorek, który nie umie jeszcze dobrze zasznurować butów, żyje w Trzeciej Rzeszy – i ma idola, wyobrażonego przyjaciela: Adolfa Hitlera. Chłopak lubi sobie razem z niewidzialnym towarzyszem przygód pobiegać po mieście, rajcuje go wspólne hajlowanie na prawo, lewo i w nieskończoność. Wielkim krokiem okazuje się letni obóz Hitlerjugend. Tam wszyscy mali naziści będą mogli spać pod wojskowymi namiotami, ciskać przed siebie odbezpieczonymi granatami, usypywać stos z zakazanych książek pod opieką czadowego kapitana. Szykuje się wielka frajda i najlepszy weekend życia. To nic, że za rogiem – a nawet wokoło – czai się wojna.

W zamiłowaniu Jojo do nazistowskiej symboliki nie należy się jednak dopatrywać jakiejś nieracjonalnej postawy. W czasach i miejscu, w których się urodził, trudno, żeby w istotę jego świata wpisane były inne autorytety. Wstąpienie do Hitlerjugend to rytuał potwierdzający przynależność do grupy podbudowanej mitami i ideologią. To wielka wspólnota, możliwość poznania nowych przyjaciół, sztama ponad wszystko. Zaś wspaniały tandem tworzony z wymyślonym Führerem zastępuje chłopakowi kontakt z „zaginionym na froncie” (filmowa narracja uniemożliwia nam rozstrzygnięcie jego faktycznego losu) ojcem.

I właśnie o tym mówi na wstępie „Jojo Rabbit”, który to wstęp cenię sobie w tym filmie najbardziej: o niewinnym dziecięcym świecie, który staje się gruntem podatnym na „absoluty” i różne unoszące się w powietrzu idee. O wielkiej potrzebie określenia własnego systemu wartości, budowanym często na fantazmatach. Waititi nie opowiada bynajmniej o umyśle zatrutym, raczej o umyśle poszukującym i wciąż się przepoczwarzającym, który już niedługo dojrzeje, przejrzy na oczy i niewłaściwie dobranego idola odrzuci. Zresztą impuls do zmiany w planie fabularnym przychodzi nagle i niespodziewanie – kiedy Jojo odkrywa, że jego matka ukrywa na strychu młodą Żydówkę. W pierwszej chwili chłopiec wydaje się wręcz „rażony gromem” (pierwotnie w sensie zrujnowania bezpiecznych podstaw świata; lecz z czasem wyrażenie to zmieni swój sens i nabierze innego: romansowego) – sytuacja wprawia go w oszołomienie, które zamienia się w lekką histerię, następnie prowokuje akty okazywania nienawiści, z czasem jednak Jojo zbliża się do Elsy. Pyta ją, czy Żydzi mają łuski, ogony, kły, rogi, czy siły nieczyste obracają trybiki w ich głowach (jak uczyli go w szkole) i dochodzi do wniosku, że nie taki diabeł (Żydzi w filmowej propagandzie przedstawiani są niby diabły z rogami) straszny, jak go malują. „Wyglądacie całkiem jak my” – stwierdza ze zdziwieniem po kilku pogawędkach Jojo i zaczyna dostrzegać w nieprzyjacielu kogoś, kogo da się polubić, a nawet pokochać.

Waititi z premedytacją pokrywa dramat II wojny światowej grubą warstwą komizmu, bohaterów obrysowuje kreskówkowym konturem, mieszcząc w niemal każdej scenie dowcip słowny albo wizualny. I właśnie ta rozkoszna, przesłodzona, kolorystycznie bardzo intensywna, a nade wszystko naiwna poetyka staje się obiektem moich podejrzeń. Czy „Jojo Rabbit” nie za bardzo zamyka się w obiegu przyjętych konwencji i kluczy narracyjno-estetycznych, które mnoży się na ekranie, by przypadkiem o życie nie otrzeć się zbyt blisko? Nie sugeruję, że humor w obliczu grozy jest czymś niewłaściwym lub gorszącym; że Waititi powinien wyrzec się przewrotnej historycznej fantazji i perspektywy dziecka – nie w tym rzecz. Zgadzam się, że żarty z Hitlera (granego przez samego reżysera) są nadzwyczaj zabawne – widzowie zresztą śmieją się z nazistów, odkąd Charlie Chaplin zagrał niejakiego Adenoida Hynka, który w najsłynniejszej scenie „Dyktatora” podbijał globus niczym piłkę plażową. Jednak Chaplin w mym odczuciu nie bagatelizował przy tym tego, co fatalistyczne, bolesne i ciężkostrawne. Wręcz przeciwnie – jego film był złożony, momentami wewnętrznie sprzeczny, a dzięki temu niepokojąco realny.

U Waititiego natomiast pojawia się pomysł przyjrzenia się wojnie oczami dziesięciolatka, które przysłonięte są kolorowymi klapkami – kamera odkrywa przed widzem tylko to, co widzi chłopiec i jak to pojmuje. Tytułowy bohater zaprasza nas do frywolnej zabawy w jego uroczym świecie. Tu pojawiają się moje wątpliwości: zastanawia mnie, czy wraz z rozwojem akcji – kiedy mały Jojo mija kolejnych wisielców zamordowanych przez Gestapo, dostrzega chaos, ruiny, głód i druzgocącą krzywdę bliskich – beztroskie i kolorowe widzenie świata wojny nie powinno aby w nim kruszeć i zacząć się walić? Rozumiem cały szereg emocjonalnych reakcji obronnych tworzących psychiczną zbroję, skłonność do negacji, uniku, wyparcia, tłumienia i życia w złudzeniu – ale tego w narracji Waititiego nie ma. A jeśli by pokusić się o wejście w głowę tak poturbowanego przez życie Jojo, to nie wiem, co oprócz ram konwencji mogłoby wyjaśnić o(d)porność jegopsychiki. Linia obrony „Jojo Rabbita” jako projekcji powstałej w umyśle dziecka wydaje mi się zatem zrozumiała, ale sama projekcja budzi wątpliwości (a wobec sztraszliwego koszmaru w drugiej części filmu wręcz nietrafiona).

Zauroczenie światem malowanym przez Waititiego przychodzi, rzecz jasna, bardzo szybko. Po pierwsze, przyciąga uwagę kinowej hipsterki zapatrzonej w ponętne, starannie zakomponowane kadry na modłę Wesa Andersona; po drugie – składa obietnicę, że widzowie wyjdą z kina nienaruszeni, nieuszkodzeni, bez dotknięcia złem faktycznym. Brakuje jednak w filmie okazji do głębszej refleksji o samej wojnie. W „Jojo Rabbit” fantazja nie tyle broni przed rzeczywistością, ile skutecznie ją wygładza i zbyt chętnie mistyfikuje. Jeśli film ten ma nam coś w finale do powiedzenia, to chyba tylko tyle, że wojna jest zła, że nie powinno się krzywdzić innych i że dobro potrafi zwyciężać. Niby zgrabna i okrągła jest to puenta, ale brzmi trochę banalnie, niewspółmiernie do tego, czego Jojo i Elsa doświadczają. Wszak wiedza o tamtych losach jest bardziej skomplikowana. Dużo ciekawiej byłoby, gdyby Waititi spróbował namalować tę historię metodą choćby wspomnianego Chaplina – paskudząc na koniec tęczowe płótno jakimś szorstkim, dokuczliwym podsumowaniem na zasadzie kontrastu, a może czerpiąc trochę więcej z książki „Niebo na uwięzi” Christine Leunens (która stanowiła punkt wyjścia dla scenariusza filmu). Na kartach zaadresowanej do młodzieży powieści nowozelandzko-belgijskiej pisarki rozgrywa się wszak znacznie poważniejsza, przykra, ale i wiarygodniejsza opowieść o uleganiu pokusie niebezpiecznej ideologii oraz spotkaniu dzieci przynależących do dwóch różnych światów. Innymi słowy, mógł Waititi połączyć lekkość z przytłaczającym ciężarem zarazem; przezabawnych i rozbrajająco uroczych bohaterów z grozą podjętego tematu. Wówczas mógłby powstać film wielozadaniowy, ze znaczną podzielnością uwagi, oczami i uszami dookoła głowy, który znaczyłby więcej, nie banalizując przy tym zawikłanych doświadczeń wojny. I przysłużyć się nie tylko zabawie,  poprawie humoru, ale też wpisać się w dyskusję o Zagładzie.

 

 

„Jojo Rabbit”
reż. Taika Waititi
premiera: 24.01.2020

Jubileusz w sieci
29 maja 2020

Jubileusz w sieci

Rozpoczynająca się w niedzielę sześćdziesiąta, jubileuszowa edycja Krakowskiego Festiwalu Filmowego jawi się naraz jako śmiały eksperyment i jako wielka niewiadoma. Obchodzenie okrągłej rocznicy powinno obfitować w uroczyste spotkania, liczne wydarzenia specjalne, sytuacja wymaga jednak podjęcia rewolucyjnych kroków...