23 października 2012

Marks, mon amour

 

Kiedy patrzę na okładkę książki Marshalla Bermana „Przygody z marksizmem” zastanawiam się, kim dla mnie był Karol Marks. Z pewnością nie czadowym staruszkiem na motocyklu. Już zresztą samo nazwisko Berman w Polsce nie kojarzy się za dobrze. Ale żarty na bok.

Karol Marks nie ma w Polsce, poza niektórymi środowiskami lewicowymi, dobrej prasy (członkowie SLD powiedzieliby zapewne, że z tym panem od dawna już nie mają nic wspólnego). Jest naszym czarnym ludem, którym straszy się dzieci, kiedy są niegrzeczne. Jest historycznie obciążony zdrętwiałą nowomową partyjnych szkoleń i wykuwanych na pamięć sentencji. Na jego niekorzyść świadczą wszyscy ci, którzy powołując się na niego przez dziesięciolecia budowali systemy polityczne oparte na przemocy, nienawiści i politycznym cynizmie. Christopher Hitchens nazywa ten okres stuleciem katastrofalnych triumfów. Co zatem sprawia, że myśliciel tak skompromitowany przez kontynuatorów swojej idei nadal posiada szerokie grono wielbicieli? Na to pytanie eseje Bermana zdają się odpowiadać doskonale. Jak pisze we wstępie Agata Bielik-Robson, Berman pokazuje Marksa jako człowieka i pisarza, jednego z największych modernistów wszechczasów, którego można postawić obok Kafki, Joyce’a czy Mallarmégo. „Marks tancerz, którego da się mimo wszystko odróżnić od tańca zwanego marksizmem… Marks zmysłowy, Marks zakochany, Marks upojony erotyką… Marks pragnący szczęścia”. To nie jest postać znana  z pierwszomajowych sztandarów, ale niesamowicie dociekliwy i niespokojny intelektualista obdarzony fantastycznym zmysłem obserwacji i talentem literackim. Marks jest tu nie tylko filozofem opisującym procesy dziejowe ale żywo zainteresowanym innymi ludźmi człowiekiem. Według Bermana „Marks jest jednym z najbardziej komunikatywnych autorów jacy kiedykolwiek żyli, nawet najbardziej skomplikowane idee prezentowane są w sposób żywy i pełen dramatyzmu, nie pisał w żadnym ezoterycznym prywatnym języku – do czego mają skłonności ci, którzy dzisiaj piszą o nim – lecz jak człowiek przemawiający do ludzi”. Taki człowiek nie musi mieć zawsze racji. Berman przyznaje, że Marks nie we wszystkim miał rację, pokazuje jednak, na czym może polegać przyjemność mylenia się z Marksem zamiast posiadania racji z kimś zupełnie innym. Sprzyja temu niezwykle osobista formuła wypowiedzi tej książki. Jest to zbiór niepowiązanych ze sobą esejów, które połączone zostały wspólnym tytułem „Przygody z marksizmem” choć myślę, że celniejsze byłoby nazwanie książki „Moje przygody z Marksem”, bo to jego twórcza osobowość przyciąga Marshalla Bermana najbardziej. Jest to książka, którą czyta się z prawdziwą i coraz rzadszą dzisiaj satysfakcją. Zbiór esejów pisanych z pasją i stylem, dzięki któremu przyjemność lektury tekstu łączy się z przyjemnością poznawania także jej autora.

Marshall Berman, filozof, wykładowca City University of New York, autor znanej książki „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”, pokazuje na swoim przykładzie, jaki wpływ filozofia może mieć na życie, jak pomaga dorastać i zrozumieć, kim się jest, jak patrzeć na tragiczny los swojego przedwcześnie zmarłego ojca, jak wyłamać się z żelaznej logiki świata przedstawionego w „Śmierci komiwojażera”, gdzie liczy się tylko to, co można sprzedać.

Paradoksalnie, spotkanie Bermana z Marksem nastąpiło pod koniec lat 50., kiedy cały świat już widział, że „władza ludowa” strzela do robotników, a radzieckie czołgi zdobywają Budapeszt. Kiedy wielu intelektualistów od Marksa odchodziło, Berman odkrył właśnie drogę do pewnej prowadzonej przez moskiewskie wydawnictwo księgarni w Nowym Jorku i za 50 centów kupił książkę, „którą Marks napisał, kiedy był jeszcze młody, zanim stał się Karolem Marksem. – To ci pokaże, że całe nasze życie jest złe, ale również uczyni cię szczęśliwym”. Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie, gdy Berman odkrywał uroki młodego Marksa, Leszek Kołakowski pisał w eseju „Śmierć bogów”: „Nauczyliśmy się od Marksa, że socjalizm, po raz pierwszy dając społeczeństwu kontrolę nad procesami własnej reprodukcji materialnej, znosi mistyfikację ideologiczną, czyni stosunki społeczne przejrzystymi dla wszystkich, uwalnia człowieka od alienacji, która rodzi fetysze i mity; miało się wszakże okazać, że tu właśnie zaciemnienie stosunków społecznych osiąga swoje szczyty…”. Przygody z marksizmem mogły być zatem różne w różnych okolicznościach.

Ta książka ma jeszcze kilku innych bohaterów, ich dobór jest nieoczywisty – to Izaak Babel, Walter Benjamin i György Lukacs. Wydaje się, że łączy ich przede wszystkim dramatyczne zmaganie się z historią i walka o zachowanie utraconych złudzeń. Ale z książki Bermana wyłania się jeszcze inny bardzo ciekawy zbiorowy bohater, są to: „Ludzie w Kapitale”, których na kartach tego ponad 1000-stronnicowego dzieła opisuje Marks. To nie tylko robotnicy, ale także właściciele fabryk, młynów i kopalń. Wszyscy razem tworzą niesamowity portret mentalności swojej epoki, jej szaleństwa, grozy i magii. Jest to wizja przedstawiająca konflikty i sprzeczności nowoczesnego życia. Jednak kluczowym elementem „Przygód z marksizmem” jest esej pod tytułem „Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Wizja i dialektyka rozpływania się jest tym, na co Berman zwracał uwagę już w swojej pierwszej książce. Niestałość i destrukcja wpisane w logikę kapitalizmu są dzisiaj chyba najbardziej odczuwalnymi cechami naszej rzeczywistości. Jak aktualnie i złowieszczo brzmią dzisiaj słowa zapisane przez Marksa i Engelsa w „Manifeście Komunistycznym”: „Nowoczesne społeczeństwo burżuazyjne, które wyczarowało tak potężne środki produkcji i wymiany, podobne jest do czarnoksiężnika, który nie może już opanować wywołanych przez się potęg podziemnych.” I tu dochodzimy być może do odpowiedzi na pytanie, dlaczego warto przeczytać książkę Marshalla Bermana.  Po pierwsze, dlatego, że choć traktuje przede wszystkim o historii ludzi, którzy już nie żyją, jest to książka, która bardzo konkretnie dotyka problemów, z jakimi zmagamy się dzisiaj. Do tego nie jest to książka cyniczna, ale prawdziwa, pisana z pasją i poświęceniem, a to jest o wiele więcej, niż od autora w dzisiejszych czasach można wymagać.

 
Marshall Berman, „Przygody z marksizmem”
przeł. Sebastian Szymański
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Warszawa 2012

 

fot. pomnik Karola Marksa w Chemnitz

 

Solidarni w przemijaniu
19 lutego 2020

Solidarni w przemijaniu

Jest więc „Kłamstewko” filmem o inscenizowaniu fikcji dla bardzo wymagającej publiczności, o fingowaniu rzeczywistości w specyficznych, antyhollywoodzkich warunkach: w środku chińskiego kolektywu, w którym to rodzina poświęca się dla utrzymania dobrostanu jednostki, a nie – jak przyzwyczaiło nas globalne Hollywood – pojedynczy człowiek heroicznie wykuwa dobrostan własnego stada...

Małe ojczyzny, małe marzenia
18 lutego 2020

Małe ojczyzny, małe marzenia

Zachodzące w tyglu mieszanie się stało się równoznaczne z asymilacją, niezbędną dla realizacji amerykańskiego snu. W jaki sposób się on ziszcza, zależy od poszczególnego mieszkańca Stanów Zjednoczonych, co pokazuje serialowa antologia „Little America” […]...

Skandynawia wyobrażona
17 lutego 2020

Skandynawia wyobrażona

Książka Springera warsztatowo przypomina zatem bardziej fiction niż non fiction, a narracyjnie zdaje się bliska nordic noir – nurtowi literatury skandynawskiej sprzeciwiającej się powszechnie panującemu hygge, ukazującemu pęknięcia i ciemniejsze strony „najlepszych krajów na świecie”...