Guzik naciskamy, melodyjkę wygrywamy

W sali kinowej CK Zamek odbyło się spotkanie w ramach maltańskiego Forum zatytułowanego „Człowiek. Granice”. Wykład wprowadzający wygłosił profesor Zygmunt Bauman, który (niezaniepokojony działaniami spłoszonych przez policję dziarskich chłopców) w dwudziestominutowej wypowiedzi lapidarnie, z niemałą erudycją, swobodą i poczuciem humoru odniósł się do idiomu festiwalu – „oh man, oh machine”. Przedstawiając wizję rozwoju technologicznego i obecności człowieka w nowym multiplikowanym multimedialnie świecie przywoływał wizjonerskie teksty Stanisława Lema oraz doświadczenia Kevina Warwicka – pierwszego naukowca-cyborga, który pod koniec lat 90. wszczepił sobie chip umożliwiający kontrolowanie poprzez myśl niektórych urządzeń w swoim otoczeniu. Profesor pozostawił słuchaczy z pytaniem, czy powiedzenie „obyś żył w ciekawych czasach” nadal jest przekleństwem, czy stało się już błogosławieństwem dla leniwego, upraszczającego każdy aspekt swojej egzystencji społeczeństwa XXI wieku.

W dalszej części spotkania prowadzonego przez Dorotę Semenowicz, autorkę książki „To nie jest obraz Romeo Castellucci i Societas Raffaello Sanzio”, Romeo Castelluci przedstawił swój punkt widzenia związków człowieka i maszyn. Mówił, że aktor w jego przedstawieniach stawiany jest pomiędzy światem natury, reprezentowanym przez zwierzęta, pojawiające się w niektórych realizacjach na scenie, a technologią, która wprowadza pewien automatyzm i przymus zachowania. Podczas rozmowy wspomniano, że polskie tłumaczenie zaproponowanej przez Castellucciego anglojęzycznej nazwy idiomu festiwalu wskazuje na dwie skrajnie różne relacje – oryginalna wersja podkreśla równoległość istnienia bytów naturalnych i sztucznych; w tłumaczeniu dochodzi zaś do scalenia natury i technologii.

Wieczorny koncert zespołu Kraftwerk supportowała polska formacja Niwea. Jej minorowa, mroczna stylistyka sprawdzać się może w warunkach klubowych, ale występując na wielkiej, przygotowanej pod multimedialne show scenie artyści mogliby pomyśleć o pełniejszych aranżacjach wykonywanych utworów, a może także – wbrew przyjętej, minimalistycznej autoprezentacji – o oprawie wizualnej. Występująca po nich gwiazda wieczoru wyszła przed publiczność w blasku kolorowych świateł i z trójwymiarową projekcją w tle. Kraftwerk nie zawiódł swoich fanów. Wrażenie podróży wehikułem czasu dostępne było także dla słuchaczy, którzy nie oddali im przed laty swoich serc. Grane przez czterech muzyków kompozycje miały niekłamany urok pierwszych nadziei i obaw związanych z rozwojem elektroniki. Obrazy wyświetlane na ekranie tylnej ściany sceny zdawały się ironicznie traktować możliwości współczesnej animacji. Wydaje się, że pełnia potencjału projekcji 3D wykorzystana została przede wszystkim w oprawie utworu „The Robots”, a kwadrofoniczny dźwięk – szczególnie słyszalny był we wstępie do „Autobahn”. Zespół-legenda o ponad czterdziestoletnim (mimo zmiennego składu) stażu musi być otwarty na dialog z własną tradycją, a to wymaga dystansu. Ralfowi Hütterowi i spółce udaje się go zachować.

Dziś ostatni dzień festiwalu i dwa spodziewane hity na zakończenie: „Built to Last” Damaged Goods i Münchner Kammerspiele z choreografią Meg Stuart i „Marketplace 76” Needcompany. Gdyby jeszcze na ostatnim z serii codziennych silent disco na Placu Wolności trzej didżeje postarali się nieco bardziej w doborze repertuaru, pozytywne domknięcie festiwalowego tygodnia stałoby się pewne.

 

Malta Festival Poznań 2013

Wstępniak: Oh, man! Festiwal!
Dzień 1.: Para buch! Maszyna w ruch!

Dzień 2: Moje serce to pompa

Dzień 3: W dół króliczej norki

Dzień 4: Przesilenie. Samobójstwo cyborgów

Dzień 5: Guzik naciskamy, melodyjkę wygrywamy

Podsumowanie: Sześć dni, sześć nocy

Śląska karuzela
20 listopada 2018

Śląska karuzela

W „Drachu” Szczepan Twardoch rezygnuje z linearnej narracji – szatkuje biografie swoich bohaterów, zmuszając czytelnika do bardzo uważnej lektury i samodzielnego układania jej elementów w całość...

(Po łebkach) w stronę queerstory
16 listopada 2018

(Po łebkach) w stronę queerstory

Zaczyna się i kończy mocno. Z pomysłem. Gorzej z środkiem, od metodologii po treść. Smakowicie zapowiadająca się „Dziwniejsza historia” Remigiusza Ryzińskiego przypomina queerstoryczny kalejdoskop, wirujący w takim tempie i naszpikowany tyloma lusterkami, że o zagubienie przyprawił samego autora, bo o ile wypada pochwalić Ryzińskiego za intencję, o tyle wykonanie pozostawia momentami sporo do życzenia...