19 maja 2016

Czas zamrożony


Jeden z bohaterów „Małego życia” Hanyi Yanagihary robi zawrotną karierę na seriach obrazów przedstawiających sceny z życia trojga jego najbliższych przyjaciół. Pararealistyczne płótna powstają w oparciu o fotografie i ta metoda pracy wydaje się odzwierciedlać materię samej powieści: zapętlony flirt z mimetycznością, granicami reprezentacji, przekorą wobec tęsknoty za „realizmem”. Gdzieś po drodze malarz JB popada w uzależnienie od metamfetaminy; „kto uwięziony w tej powieści nie popadłby w nałóg?”, ironizował recenzent „London Review of Books”. Ja postawiłabym, trochę żartem, trochę serio, pokrewną hipotezę: artysta ćpa, ponieważ na poziomie twórczego gestu jest porte-parole autorki. Której to rzeczony recenzent zarzuca brak realizmu właśnie, brak oparcia na źródłach (jak badania psychiatryczne i świadectwa osób o doświadczeniach zbliżonych do tego, co spotyka głównego bohatera powieści, Jude'a). Trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że „Małe życie”, łączące narrację epicką, rozciągniętą na lata, z obsesją szczegółu – „realistyczne” nie jest. Zamiast tego jest „wyczerpujące” w podwójnym tego słowa znaczeniu: w sensie „wyczerpującego opisu” i „wyczerpującego psychicznie”. Jednak w przeciwieństwie do wielu (także polskich) krytyków tej powieści, nie uważam, aby stosunek Yanagihary do „rzeczywistości społecznej”, operacje, jakich dokonuje na świecie przedstawionym powieści, były efektem intelektualnego czy emocjonalnego lenistwa – wprost przeciwnie, wszystko wydaje się tu chirurgicznie precyzyjne i morderczo konsekwentne.

Diabeł tkwi w szczegółach, a w piekle panuje lodowate zimno: czas powieści jest zamrożony, kolejne dziesięciolecia w życiu bohaterów mijają w historycznym niedookreśleniu i technologicznej teraźniejszości. Konteksty rasowe i seksualne pozostają rozmyte, pojęcie „mniejszości” w ogóle traci rację bytu; organizacje studenckie i reakcje tabloidów wydają się zaledwie powidokami bardzo dawnych napięć społecznych. Ale nie tylko z czasem dzieje się tu coś dziwnego. Ciało Jude'a, pięknego i cierpiącego niczym wszystkie podobizny świętego Sebastiana w Google Images razem wzięte, jest też „nie z tego świata”. Po pierwsze, proces samookaleczania się najpierw chłopca, a potem mężczyzny nie ma końca, powierzchnia skóry Jude'a zdaje się rozciągać w nieskończoność jak palimpsest błyskawicznie (lub nie) gojących się blizn (w czasie lektury ciągle przychodziły mi do głowy różne wynalazki z brytyjskich bajek, „większe w środku niż na zewnątrz”, jak np. dywanikowa torba Mary Poppins). Po drugie, o czym dowiadujemy się później, Jude kolekcjonuje doświadczenie chyba wszystkich krzywd, jakie dorosły mężczyzna może zadać małemu dziecku: relacja między dorosłym mężczyzną a zależnym od niego chłopcem jest jedyną wyraźnie zarysowaną relacją władzy w całej powieści. Pytanie, co wynika z tego katalogu cierpienia, który okrojono niemal ze społecznego kontekstu, albo wręcz umieszczono w mniejszościowej i ekonomicznej utopii?

Zamrożenie czasu nie odnosi się bowiem tylko do techniki czy braku historii, ale przede wszystkim ciągle i na nowo przeżywanej traumy; cierpienia opierającego się próbom przepracowania i zapomnienia, cierpienia, którego nie są w stanie przekreślić ani zawodowe sukcesy (zapomniałabym: wszyscy bohaterowie książki stają się w końcu nieprzyzwoicie bogaci), wszechobecny luksus (potrawy, których nazw nie umiem wymówić), ani nawet tak zindywidualizowana i troskliwa opieka medyczna, jaką tylko możesz sobie, czytelniczko, wyobrazić (och nie, nie możesz). Roboczo nazwałabym „Małe życie” narracją depresyjną: psychiczny ból niczym narracyjna wańka-wstańka jest tu w stanie zatruć wszystko, więc zatruwa nawet utopię, pozostaje wobec utopii niewzruszony. Bardzo łatwo wyśmiać taką koncepcję „czystego cierpienia”, cierpienia zuniwersalizowanego (wszak nawet moje użycie przymiotnika „depresyjny” pozostaje metaforą oderwaną od bardzo materialnych kontekstów depresji jako choroby). Ale katalog psychicznych tortur okazuje się zarazem katalogiem nierzadko piekielnie celnych opisów i w nich być może tkwi sedno, że pozwolę sobie na wulgaryzację, „grubej i wciągającej powieści”. Ta „gruba i wciągająca powieść” wcale nie musi być jedną spójną historią, tak jak i zaludniające świat przedstawiony postaci nie muszą być konkretnymi i spójnymi pseudoosobami. Utożsamienie czy rozpoznanie może przecież się dokonywać na poziomie pojedynczych fragmentów, a nie całości (postaci czy sytuacji). Proszę sobie wybrać: na przykład opisy wstydu, którym Yanagihara poświęca szczególnie dużo miejsca. Albo jeszcze lepiej: zetknięcia ze wstydem ukochanej osoby, wstydem na granicy rozpaczy, irracjonalnym, niezrozumiałym i zupełnie, zupełnie niezawinionym. Są też tajemnice. Z jednej strony chęć ukrycia, z drugiej – takie odsłonięcie, które obraz przyjaciela rozsypuje w proch i który trzeba sobie potem lepić na nowo, z zupełnie nowych elementów, tym razem włączając traumatyczną narrację. Perwersyjna czytelnicza przyjemność, najlepiej wyrażana przez dwoistość wyraźnie subiektywnej, ale zarazem trzecioosobowej narracji: te momenty, kiedy wydaje ci się, że nie czytasz, a obserwujesz z boku samą siebie.

Jest jeden element proponowanej przez Yanagiharę utopii, który w pewnym sensie opiera się mechanizmom „depresyjnej” narracji. Albo i się nie opiera – raczej trwa obok z niewyczerpaną cierpliwością (chciałam rozpocząć ten akapit od spójnika „ale”, tyle że odpowiedniejsze wydało mi się „i”). W tym punkcie laboratorium „Małego życia” okazuje się pokrewne rozpalonym do czerwoności w walce klas i seksualnej przemocy powieściom Eleny Ferrante. Ustanawiają one przyjaźń, więź „spoza krwi” i niekoniecznie cielesną jako najważniejszą relację międzyludzką; wydaje się wręcz, że w „Małym życiu” miłość romantyczna czy czule ojcowska są po prostu wariantami przyjaźni. Relacja mentorska, która kończy się usynowieniem, poniżające słowa i gesty, które prowadzą do brutalnego zerwania, opisywanego tak, jak zwykle opisuje się kłótnie kochanków, w końcu pożądanie, które pojawia się po latach platonicznej bliskości i bliskości tej może paradoksalnie zagrażać – to bardzo różne przyjaźnie są tutaj tematem melodramatu, rozumianego jako starcie wielkiego uczucia z niechętną materią. Może właśnie dlatego powieść Yanagihary nie wydaje mi się ani nihilistyczna, ani cyniczna, ani odklejona od „doświadczenia”: z tego laboratoryjnego zestawienia piekła i utopii wyrasta bardzo wyraźny etyczny postulat.

Poczułam, że coś zagraża powyższej puencie, tuż przed oddaniem tekstu zaglądając do najnowszego numeru „Książek” (2/2016). „W całej historii ludzkości trudno mi podać lepszy przykład spełnionej przyjaźni niż to, co zrobili ci, którzy opiekowali się chorymi [na AIDS] z pełnym oddaniem, pośród społecznej histerii” – mówi w wywiadzie Yanagihara. „Za jednym zamachem dali świadectwo przyjaźni, a jednocześnie przedefiniowali, przekalibrowali i wywrócili nasze dotychczasowe rozumienie tego, czym może być przyjaźń”. Inspiracja zatem bardzo upolitycznionym kontekstem – pomyślałam. Oryginalną okładkę tej książki, w której Nowy Jork zdaje się nie pamiętać o epidemii i w której seks przez 800 stron pozostaje torturą, zdobi zdjęcie Petera Hujara (nowojorskiego fotografa, który zmarł na AIDS) pod tytułem „Orgasmic Man”. Może więc „Małe życie” ucieka jednak w metaforę przed uwierającym konkretem? Zganiłam się później za tę myśl, bo znowu po co mówić „jednak” czy „ale”, kiedy można powiedzieć „i”? Całe tomiszcze bolesnych paradoksów, zapraszam.

Hanya Yanagihara, „Małe życie”
przeł. Jolanta Kozak
W.A.B.
Warszawa 2016

Ewa Braun w H&M
15 marca 2019

Ewa Braun w H&M

Od czasu do czasu widuję Jarka na koncertach – w Uchu, B90, Minus Jeden – aż w końcu umawiamy się na wywiad w Desdemonie. Docieram parę minut przed czasem i podsłuchuję, jak jakiś metal zwierza się przyjaciółce z rozstania...

Porozmawiajmy o Starym
13 marca 2019

Porozmawiajmy o Starym

Miało być królewsko – spektakl Remigiusza Brzyka jest drugim przygotowanym w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, który wywalczyła rada artystyczna działająca w porozumieniu z dyrektorem teatru Markiem Mikosem...