14 maja 2020
1
Widok wystawy Beautiful Losers | Fot: Bartosz Górka

Losers can be choosers

DZIDY, czyli Aleksandra Liput i Michalina Sablik, to kuratorski duet, który doskonale odnajduje się w miejscach nieoczywistych – niedoświetlonych piwnicach, nawiedzonych budynkach, industrialnych ruinach, zamkniętych restauracjach. Świadomie wybiera mobilność, wystawy site-specific czy formułę pop-upową. DZIDY nie lubią nudy, odpowiadają na nią partyzanckim działaniem. Stawiają na humor i przewrotną dziewczyńskość. W wywiadzie przeprowadzonym przez Martynę Nowicką dla magazynu „Szum” powiadają wprost: „DZIDY świetnie się czują w undergroundzie”. Spoza gór i rzek przypomina to słowa Siksy: „Sorry, teraz tak wygląda punk”.

Ostatni projekt, „Beautiful Losers”, znalazł jednak „tradycyjną” i bezpieczną przystań w krakowskiej galerii Jak zapomnieć, zaś sam wernisaż odbył się 14 lutego 2020 roku. Dla niepraktykujących: po prostu w piątek.

Jak można dowiedzieć się z tekstu do katalogu, inspiracją dla wystawy była powieść Leonarda Cohena z początku lat 60. zeszłego stulecia. Tytuł się zgadza. Niemniej żaden z nich – ani Leo, ani święty Walenty – nie będzie bohaterem tej przygody. Pozostaną nim DZIDY, które w przywoływanym wywiadzie manifestują:

Możemy pisać eksperymentalne teksty, nie tłumacząc bezpośrednio prac znajdujących się na wystawie, a jedynie nadając im kontekst, tworząc kolejną warstwę do odczytywania prac. Dzięki temu poruszamy tematy, które nas aktualnie interesują – dystopie i utopie, marzenia, sprawy genderowe, nowoplemienność, fake newsy, teorie spiskowe…

Zacznijmy od tryptyku Zofii Pałuchy: „Mint, Coriander, Basil” (2020). Trzy portrety, trzy głowy. Czy może jedna, ale marynująca się w innej przyprawie, znana pod innym imieniem? Biały mężczyzna cały na biało. Bujna fryzura, falująca broda, alegoria boga. Groźną i budzącą szacunek figurę dopełniają nowoczesne atrybuty przywileju i władzy – gogle zrobione z samochodowych reflektorów. Człowiek-fura. A co słychać po drugiej stronie halogenu prestiżu? Oświetlmy nim pierwszego z brzegu szarego przechodnia, który wtargnął w pole widzenia pozbawiony blasku i poklasku: czy człowiek bez trzech samochodów (zakładamy, że to jedna głowa) lub choćby jednego samochodu (zakładamy, że to głowy różnych właścicieli) to już przegryw? Nie tylko w oczach przedsiębiorczego szwagra majstrującego przy sobotnim grillu. Prawda leży w świętej trójcy trzy po trzy: GOD-CEO-CAR. W tryptyku wymyślanym po nocach:

Gonzo nie był gorszy. Wymyślał reklamy aut, które sprzedawały Wielkie Idee: Bezpieczeństwo, Komfort i Boską Wręcz Technologię. Pigi wymyśliła, że trzeba w końcu zmienić mieszkanie na większe[1].

Nowa czarna wołga już nie porywa dzieci, nikogo już nie porywa, bo nie ma czasu się zatrzymać. Płatna autostrada leci dalej. Wymusza kurs. Zostawia ślad.

 

Zofia Pałucha, Coriander, Mint, Basil, 2020, rysunki kredką na papierze | Fot: Bartosz Górka

 

Najbliższy zjazd wypada przy potwornej głowie przypiętej do łańcucha zwisającego z sufitu (Aleksandra Liput, „Astral Insects Catchers”, 2019–2020). „Wstęp tylko na własną odpowiedzialność, ja tu zapraszam” – zdaje się informować przydrożny znak. A potwierdza to strzałką lekkiego skinięcia głowa obleczona śnieżnobiałą powłoką-skórą z poliestrowej ażurowanej siateczki, jakie często z przypływem fal ciepłego morza zalewają tropikalne plaże. Wypełniona byle czym – bladymi puklami włosów przypominającymi włókno szklane. W ustawicznym nieładzie jak ławica dzikich węgorzy kotłująca się w za małym akwarium, co sprawia, że w jakimś sensie twarz cały czas „pracuje”, jest w nieustannym ruchu do tego stopnia, iż nie posiada jednego, jasno zdefiniowanego wyrazu poza kształtem określonym przez siateczkę nadającą głowie formę. Stockowa twarz znana z serii biurowo-rekrutacyjnych memów Wiesławca Deluxe. Oczy to czarne nakrętki od butelek po napojach energetycznych. Dwa chińskie węgielki wbite w białą głowę bałwana. Widać w nich płomień. Ten języczek to logotyp, ten Burn w wolnym tłumaczeniu to cukier. Burn prosty. Radość na żądanie. Wyrzut insuliny, wyrzut sumienia. Ale może to tylko refleks? Odbity w retinie oka pożar wieżowca z perspektywy dachu, orkiestry i tańca, jakby jutra nie było? Za pięć dwunasta. Powiedzmy, od 2008 roku wzwyż. Czarny jest również uśmiech na twarzy. To znaczy sam zygzak warg, bo nie możemy niczego zakładać jedynie po pozycji kącików ust, wygiętych jak topograficzny horyzont w górach albo morski Deepwater Horizon, linia krawędzi plamy. W kolorze kałuży rozlanej ropy. Czysty Glasgow smile, choć głowa nie posiada uszu. I wtedy wchodzi trzeci kolor – wypukłych ikonek ognia na nakrętkach oraz plastikowej żyłki spływającej wzdłuż łańcucha, przypominającej przewód doprowadzający płyn z kroplówki do ciała pacjenta. Wszyscy, którzy wychowali się na przygodach „Kapitana planety”, w mig rozpoznają fluorescencyjny kolor i skojarzą go z toksyczną zawartością blaszanych beczek, na których nadrukowuje się symbol trupiej czaszki. Seledynowy napis „Burn Twisted Sour” na blaszanej puszce może też – niektórym obudzonym snopem światła – przypominać barwę krwi reptilian. Jeżeli na odchodnym zdecydujemy się ostatni raz spojrzeć za siebie, na tę twarz, z pewnego dystansu już, to dostrzeżemy całkiem nowy krajobraz – uśmiechającą się serdecznie, podobną do krateru Galle położonego we wschodnim rejonie basenu Argyre Planitia, tak zwaną marsjańską twarz. Wystarczy zmrużyć oczy.

Jest jeszcze kilka prac (nie tylko głów) z tego cyklu. Ze sterczącymi nosami i doklejonymi brodami niczym japońskie „boskie psy” Tengu albo z nosami jak środkowy palec pocierający oko. Upiorne patchworki.

 

Na pierwszym planie obiekt Aleksandry Liput z serii Astral Insects Catchers, 2019-2020, na drugim Marcin Janusz, Lipidy, 2019, olej, żywica, spray, płótno | Fot: Bartosz Górka

 

Marcin Janusz, Lipidy, 2019, olej, żywica, spray, płótno, detal | Fot: Bartosz Górka

 

Ostatnim z tej serii jest obiekt, który z daleka przypomina gigantyczny naszyjnik (jak wszystkie prace z wiązki „Astral Insects Catchers” przymocowany jest do sufitu). Na jego szczycie sterczy dumnie pęczek piór jak wiecheć czarnej natki wyciągnięty żywcem z pruskiego pikielhauba albo zatknięty w toczek lub za opaskę kabaretowych szansonistek okolic międzywojennego Berlina. Sznur, będący osią konstrukcyjną „łapacza”, opada coraz niżej niczym wyliniały boa na podłogę i wije się dalej. Byle bliżej kłębka. W jego sieć pochwycone zostają kolejne ofiary-przedmioty. Coś, co przywodzi na myśl skorupę żółwia – czarny karapaks, walutę twardszą niż bankowy sejf. I dalej następne elementy zostają nanizane w długą litanię ozdób. Ale to nie perły, a dratwa to nie kolia. Ani nawet inkluzje sztucznych komarów w bursztynie, transportowane przez pół świata, by je wsunąć na półkę pod warstwę kurzu. To całkiem inne dodatki. Gwarantujące dostatki, bo całość prezentuje się jak gigantyczny talizman. Wystarczy potrzeć i pomyśleć życzenie. Mocny brązowy sznurek opina zamienniki pereł – piłki tenisowe marki Wilson... w kolorze krwi reptilian. Forehand czy second-hand? Found object czy raczej (zaufaj!) fund object? Coś na styku lokowania produktu i porządkującej zasady uruchomionej w tle: obcy jako bogowie. Przesunięcie występuje jakby na linii cywilizowane–prymitywne z naciskiem na (pierwsze) lepsze. Bez akcentu na zapaść prowincji. Coś nowego, coś starego, coś seledynowego. Wciśnięte w obcy kontekst, wyciśnięte zgodnie z przeznaczeniem limonki: do ostatniej kropli. O zapachu mizerii. Wepchnięte wszędzie, gdzie się da, czyli wszędzie w ogóle. Synkretyzm starych dobrych elementów z nowymi, znalezionymi, podłożonymi ukradkiem przez głośnych przyjezdnych i ich przedstawicieli handlowych wizytujących swój teren. Podane na sposób lokalny, upstrzone piórkami lepszego trawienia. Dłuższego trwania. Trwonienia. Czego nie było, a już jest, to wbija się w rejestr. Wąż zjada swój Australian Open – gramy nawet w pożar.

„Beautiful Losers” zostało spięte sprawnym chwytem klamrą wideo. Fizycznie przestrzeń otwiera film Sama Balfusa z Los Angeles (tak jak zaprojektowany przez niego GIF promujący wydarzenie otwiera jej przestrzeń cyfrową) – „Emotions” (2019), eksplorujący ideę eskapizmu, stawiający na nowoczesne i zaawansowane techniki VR. Całość wieńczy natomiast praca duetu zagrzebskich artystek Schwestern Sisters (Tea i Marta Stražičić) i ich wideo przygotowane we współpracy z didżejem Strahinją Arbutiną („ASS:_:PILLS”, 2015) – leżąca (również dosłownie – telewizor, na którym zostaje odtworzona, spoczywa w ostatnim kącie galerii) jakby na drugim końcu doświadczeń Balfusa, w estetyce vaporwave i lo-fi.

 

Sam Balfus, Emotions, 2019, wideo, kadr | Fot: Bartosz Górka

 

Strahinja Arbutina, ASS:_:PILLS ft. Schwestern Sisters, 2015, wideo | Fot: Bartosz Górka

 

Na zakończenie możemy zapytać retorycznie echa w cubie galerii: czy każde pokolenie ma swoją autorską porażkę? Czy liczba 26 złożona ze srebrnych balonów solenizanta (Zofia Pałucha, „In My Pneumatic Chamber”, 2019) odlatuje w marynarski granat dali niczym słynny meteorologiczny balon, by z pięknym hukiem spaść na twarde linoleum niedaleko miasteczka Roswell, New Mexico? Bo efektownie mienił się w powietrzu, że wzięto go za coś nie z tej Ziemi. Jak zima czy drzewo. Czy kultura sukcesu jest automatycznie kulturą przegranej? Sukces modyfikowany nie tylko genetycznie. „Sukcesizm jest ruchem, to ważne, i nie zawiera celu, a jedynie tor przeszkód, bieżnię albo ustalony zwyczajem sposób radzenia sobie z niedostatkiem”.

Zapytać tak samo zasadnie, co ledwie retorycznie, bo rozwinięcie w pełne zdanie odpowiedzi „tak” zasługuje na osobne studia i jest większe niż jedno wspomnienie z wystawy. Niż wnętrze Żabki. Zarówno tej wmontowanej w parter nowoczesnego biurowca, oferującej głównie produkty fit i bio, jak i tej osiedlowej z samymi seledynowymi energetykami. Niż pokolenie Żabki. Niż pokolenie obunoga żyjącego w ciemnościach Rowu Mariańskiego, którego – z uwagi na fakt występowania plastiku w jego przewodzie pokarmowym – badacze nazwali: Eurythenes plasticus.

Każde pokolenie nie tylko sygnuje własne frajerstwo, ale dopisuje je do istniejącej już mantry. Przemieszanej jak tłuszcz ze śliną. Wystarczy spojrzeć na psychodeliczne lipidy z obrazu Marcina Janusza („Lipids”, 2019) – aż chce się przejechać palcem po fakturze. Prawdziwi (ci piękni) looserzy nie przejmują się wyścigiem zbrojeń. Na winklu świata, w którym zaczynają się spełniać nawet legendy miejskie i teorie spiskowe, nie tracą poczucia humoru w każdym odcieniu. OK, loser! To trzeba zobaczyć, a najlepiej mieć DZIDY na oku. Trzeba mieć oko na galerię Jak zapomnieć. Trzeba być i puścić oko: jak minęły Twoje walentynki?

 

BEAUTIFUL LOSERS
artyści: Sam Balfus, Marcin Janusz, Aleksandra Liput, Zofia Pałucha, Schwestern Sisters (Tea Stražičić, Marta Stražičić), Strahinja Arbutina
kuratorki: duet DZIDY (Michalina Sablik, Aleksandra Liput)
14.02-05.03.2020
Jak zapomnieć

______________________________________________

[1]    A. Kaczanowski, Czego boją się rodzice, Poznań 2019, s. 29.

Numinosum
21 maja 2020

Numinosum

[…] jednocześnie fascynuje i przeraża, wywołuje ekstazę i grozę. […] Tak świętość jako zjawisko próbował wyjaśnić religioznawczy klasyk Rudolf Otto; ale dokładnie tak samo można określić doświadczenie religijne, o którym opowiada w serialu „Devs”...

Porozmawiajmy o umieraniu
19 maja 2020

Porozmawiajmy o umieraniu

Szczerość Chast ciekawie odbija się na samej formie komiksu – bo tak naprawdę mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko komiksem. To raczej pamiętnik, do stworzenia którego Chast wykorzystała nie tylko komiks, ale także notatki, wiersze, szkice i zdjęcia...