Archiwum
11.10.2012

Łagodni chłopcy

Agnieszka Dziedzic
Teatr

Początek każdego nowego sezonu to prawdziwa uczta dla entuzjastów teatru, którym przez wakacyjną posuchę wyostrzył się apetyt. „Chłopcy” upichceni w teatralnej kuchni Starego Teatru w Krakowie z pewnością nasycą niejednego głodnego. Jakkolwiek będzie to posiłek pełnowartościowy, to polemizować można co do użytych przypraw. Albo ich braku.

Obszerna sala w domu starców, ukazująca się widzom tuż po podniesieniu telebimu, pełniącego podwójną rolę – kurtyny i parawanu, gdzie wyświetlano materiały wideo (minireportaże, w których młodzi opowiadają o skojarzeniach ze starością, a starsi – o młodości), sprawia wrażenie przestrzeni proszącej się wręcz o zapełnienie. A pustka przestrzeni przekłada się na „puste działania” – Józef Kalmita (Jerzy Trela) od niechcenia albo raczej: do śmiertelnego zanudzenia, gra w szachy.  Atmosfery w żaden sposób nie zmienia także pojawienie się dwóch innych starców – Smarkula (Aleksander Fabisiak) i Jo-Ja (Leszek Piskorz). Co więcej, sposób, w jaki aktorzy podają tekst, bardziej przywodzi na myśl recytację rodem z XIX wieku (zbliżenia do rampy, zwracanie twarzy ku publiczności zamiast ku partnerom scenicznym) niż dynamiczny dialog sceniczny.

Pewnym przełamaniem tej martwoty staje się moment, kiedy pracownicy techniczni teatru wnoszą meble i akcesoria przygotowane na przyjazd specjalnego gościa domu starców – Narcyzy, żony Kalmity (Anna Dymna). W jednej chwili na scenie wyrastają kiczowate, sztuczne kwiaty, kanapa z pluszowym, fioletowym kocem, krzesła i krzesełka z pastelowymi obiciami oraz tysiąc innych drobiazgów. Natomiast pojawieniu się Narcyzy – jak na  podstarzałą aktoreczkę przystało – towarzyszy prawdziwe show: kolorowe światła i ona – gwiazda rewii, łasząca się do męża niczym kotka, wykonując przy tym szlagier Violetty Villas „Józek, Józek”.

Takich zabawnych obrazków jest zresztą więcej, ale na pewno warto wspomnieć sceny, kiedy podstarzali chłopcy po kryjomu piją alkohol. I wygłaszają przy tym swoje rymowanki do kielicha, co w gruncie rzeczy niewiele różni się od dziecięcych, podwórkowych wyliczanek. Niezwykle trafnym i zarazem zabawnym pomysłem jest także wprowadzenie anielskiego głosu Siostry Marii z offu . Wielka siostra patrzy (i mówi), chciałoby się rzec. Szczególnie, kiedy wzrok widza zatrzyma się na zbaraniałej twarzy któregoś ze staruszków, niezdarnie próbujących ukryć „dowody zbrodni”.

Główny temat „Chłopców”, czyli starość i – z jednej strony – próba oswojenia się z nią, a z drugiej, ponowne zdziecinnienie jako forma protestu przeciw własnemu, coraz mniej wydajnemu organizmowi, idealnie wpisują się w publiczną debatę toczoną w większości zachodnioeuropejskich państw, a powoli także i w Polsce. Mam na myśli problem starzenia się wysokorozwiniętych społeczeństw, który nie tylko nie zniknie, ale z czasem będzie wymagał gruntownego przepracowania – mentalnego i kulturowego. Stąd też jak grzyby po deszczu pojawiają się programy z cyklu „Kultura 60+” dotowane przez Unię Europejską. Można przypuszczać, że z podobnych względów „Chłopcy” Stanisława Grochowiaka pojawili się na deskach Starego Teatru nieprzypadkowo właśnie teraz, a nie 10 czy 20 lat temu.

I to akurat cieszy, zresztą jak każdy inny przypadek, w którym kultura (tu: teatr) wychodzi naprzeciw społecznym oczekiwaniom, problemom, a czasem radościom. Byle tylko nie działo się to na modłę trywialnej, powierzchownej publicystyki. Krakowskim „Chłopcom”, choć dosyć łagodnym i dobrze ułożonym, udało się szczęśliwie uniknąć tych manowców.

Tekst dramatu doczekał się wprawdzie niezbędnej aktualizacji języka – słowa brzmiące dziś, przynajmniej dla młodszej części widowni, obco i wręcz archaicznie zastąpiono bardziej współczesnymi sformułowaniami. I tak dla przykładu – ze sceny nie słyszymy już o tym, że karą za brak subordynacji będzie obcięcie leguminy z podwieczorku, ale obcięcie kisielu. Natomiast kiedy podekscytowany Pożarski (Mieczysław Grąbka) wysyła Smarkula do kuchni po kieliszki, to zamiast kwestii „najlepiej w aliansie z Wiktoryną”, słyszymy: „najlepiej razem w zestawie z Zuzią”. Można jeszcze wyłapać kilka drobnych przesunięć poszczególnych scen, trochę cięć, dynamizujących akcję, ale nic ponadto. Z pewnością dramat Stanisława Grochowiaka został przeniesiony na scenę z szacunkiem dla autora – jest spektaklem spójnym i sprawnie prowadzonym reżyserską ręką Adama Nalepy, w świetnej obsadzie, która przez lata stanowiła i stanowi do dziś wizytówkę Starego Teatru.

I mogłabym postawić tu kropkę. Małą, czarną, zamykającą moją wypowiedź. Ale zarazem nie dającą spokoju – jakkolwiek spektakl jest poprawny i z powodzeniem można wróżyć mu pełne sale na kolejnych pokazach (choćby dzięki wspomnianej obsadzie), to jednak czegoś w nim brak.

Oczywiście poprawność – szczególnie przeciwstawiona nagminnej dziś we współczesnym teatrze bełkotliwości, zwanej niekiedy przez samych artystów „hermetycznym stylem” – nie musi być zarzutem! Ale, niestety, staje się nim, kiedy spektakl nie wychodzi poza tekst dramatu. Więcej – kiedy trudno się domyślić, czego właściwie reżyser chciał od tekstu? O tym, że koncepcja reżyserska może wywracać utwór do góry nogami, wywołując fale protestów obrońców pogwałconego tekstu, nie trzeba chyba przypominać. Ale nawet głosy sprzeciwu pojawiają się dopiero wtedy, kiedy można jasno określić jakiś zarzut. Przy „Chłopcach” nie da rady tego zrobić – jest łagodnie, ale równie dobrze mogło być ostro. Albo słodko. Albo słono. Albo jeszcze na tysiąc innych sposobów. Problem w tym, że reżyser na pytanie: dlaczego właśnie „Chłopcy” Stanisława Grochowiaka? zdaje się odpowiadać niczym apatyczny Kalmita z początkowych scen spektaklu: „Bo ja wiem?”.

„Chłopcy” Stanisław Grochowiak
reżyseria: Adam Nalepa
dramaturgia: Jakub Roszkowski
Kraków, Narodowy Stary Teatr
premiera: 29 września 2012

fot. R. Kornecki / Narodowy Stary Teatr

alt