DSCF7753
Wnętrze Społecznego Domu Kultury na Żoliborzu, fot Maciej Frąckowiak
DSCF7755
Wnętrze Społecznego Domu Kultury na Żoliborzu, fot Maciej Frąckowiak
DSCF7756
Wnętrze Społecznego Domu Kultury na Żoliborzu, fot Maciej Frąckowiak
DSCF7757
Wnętrze Społecznego Domu Kultury na Żoliborzu, fot Maciej Frąckowiak

Kultura miejskiej pomysłowości

Rozmowa z Martą Ostrowską z Fundacji Pole Dialogu o badaniach nad miejską pomysłowością, sposobami wspierania oddolnych inicjatyw i idei wspólnego działania.

Maciej Frąckowiak: Niedawno brałem udział w warsztacie organizowanym przez Fundację Pole Dialogu, której szefujesz. Jego celem było zaprojektowanie mechanizmu wspierającego miejską pomysłowość. Chciałbym porozmawiać o powodach i założeniach tego przedsięwzięcia. Zacznę od pytania o samo słowo: pomysłowość. Skąd decyzja, by nie posługiwać się chociażby „kreatywnością”?

Marta Ostrowska: Pomysłowość nie wydaje mi się ani tak pretensjonalne, ani branżowe jak wiele słów, którymi na co dzień operujemy w naszej pracy. Siłą rzeczy żyjemy w świecie opisywanym przez słowa, które są nam „zadane”. W ten sposób zaczęliśmy robić ewaluacje, innowacje społeczne, konsultacje społeczne, zajmować się partycypacją – to wszystko słowa, które przyszły do nas. W trakcie mojej pracy i działalności fundacyjnej było ileś momentów, w których takie renegocjacje, świadome dokonywanie wyborów dotyczących języka miało miejsce. Często wybieraliśmy jakieś słowa bez wielkiej satysfakcji, że wybieramy coś ładnego czy dobrze i czytelnie opisującego rzeczywistość. W naukach społecznych, z których wielu i wiele z nas się wywodzi, niektóre terminy mają inne znaczenie niż w języku potocznym, na przykład „aktorzy społeczni”. Jest też dużo słów, które mają obcy źródłosłów: mówimy o inspiracjach, a nie o natchnieniu. Podobnie jest z partycypacją, która absolutnie nie wywołuje skojarzeń. Jeśli akurat nie mówisz po angielsku, to podstawowe kompetencje językowe nie dają żadnych podpowiedzi. No a słowo „pomysłowość” wydaje mi się pod tym względem przyjazne, bazuje na rdzeniu „pomysł”, które jest słowem prostym, powszechnie rozumianym.

M.F.: Słowa „pomysłowość” używacie więc z powodów etycznych. Rzeczywiście języki eksperckie zabrały się za oddolną inicjatywę i często opisują ją tak, że pozuje ona na jakieś zadanie specjalnie. Może nawet doszliśmy do miejsca, w którym cały język ekspercki o partycypacji mimochodem zaczął wykluczać osoby, którym miał pomagać, dowartościowując ich codzienne działania.

M.O.: Kiedyś profesor Anna Giza mówiła o tym, dlaczego we wszystkich międzynarodowych badaniach Polska wypada tak fatalnie, jeśli chodzi o wolontariat. Jest przecież całe spektrum częstych działań, które się w ten fenomen powinny wpisywać: babć, które dokarmiają koty albo emerytowanych nauczycielek udzielających się w lokalnej bibliotece. Nikt jednak o nich w kategoriach wolontariuszek nie myśli, one same także nie określiłyby się w ten sposób. Język staje się w tych sytuacjach językiem zewnętrznym.

Wracając do „pomysłowości”, kiedy przychodzisz do kogoś, mówisz, że interesuje cię pomysłowość i pytasz: „czy miała pani kiedyś jakiś pomysł związany ze swoim sąsiedztwem?”, ludzie odpowiedzą ci chętniej, niż gdybyś pytał ich o przejawy kreatywności.

M.F.: No właśnie, gdy dyskutujemy o mieście kreatywnym, to ciągle kojarzą się z nim przede wszystkim uznani artyści czy programiści, mimo iż pojawiają się głosy wskazujące, że smart cities to nie tyle miasta wyrafinowanych technologii, ile zaradnych społeczności. Kolejna zaleta posługiwania się słowem „pomysłowość” polegałaby zatem na tym, że dowartościowuje ono doświadczenia zwykłych mieszkańców, zachęcając do żywego angażowania się w swoją codzienność. To właśnie tego typu inicjatywy wspierać ma tworzony przez Was mechanizm.

M.O.: O pomysłowych inicjatywach myślimy bardzo szeroko. Badania warszawskiej pomysłowości miejskiej, które prowadziliśmy, w dużej mierze polegały na śledzeniu przypadków, analizie trajektorii zróżnicowanych pomysłów. Dwa lata temu prowadziliśmy takie badania w całej Warszawie, teraz bardziej szczegółowo w dwóch dzielnicach. Przejawem pomysłowości był dla nas zarówno nieduży trawnik pod blokiem, jak i sąsiedzki sylwester, rozkręcenie dużej klubokawiarni, inicjatywa Otwarty Jazdów czy działanie „warszawiacy przeciwko smogowi”. Byłoby świetnie, gdyby projektowany przez nas mechanizm wspierał i jednych, i drugich.

M.F.: Porozmawiajmy o funkcjonowaniu tego mechanizmu, ale wcześniej zapytam jeszcze o to, dlaczego pomysłowość mieszkańców w ogóle wymaga takiego wsparcia? W naszych miastach i bez tego bardzo dużo rzeczy się dzieje.

M.O.: Mieliśmy sporo dyskusji na temat tego, jaka jest rola urzędów miast we wspieraniu pomysłowości mieszkańców. Jedna z urzędniczek postawiła ciekawe pytanie, adresowane do swoich koleżanek i kolegów z wydziałów kultury, ochrony środowiska, infrastruktury i innych: „ile z przedsięwzięć, z którymi mieszkańcy do was przychodzą (mają jakąś inicjatywę, coś chcą zrobić), przy odpowiednich warunkach mogliby zrobić samodzielnie, w ogóle bez udziału urzędu?”. Pani z wydziału ochrony środowiska zastanowiła się i odpowiedziała jednoznacznie: „żadnego”. Nam chodzi właśnie o pomysłowość związaną z otoczeniem, z przestrzenią wspólną, ze społecznością, z sąsiedztwem. Niekoniecznie o pomysłowość związaną z pomysłem na nowy biznes, ale z czymś, w czym jesteśmy jako wspólnota. I gospodarzem tej przestrzeni, miejsc, obiektów, ale też trochę miejskiego sąsiedztwa, nas jako wspólnoty, jest właśnie samorząd. Sposób, w jaki żyjemy ze sobą w mieście, jest regulowany określonymi przepisami. I tymi, którzy się na tych przepisach najbardziej znają, egzekwują je, mają określone narzędzia do działania w ich obrębie, są właśnie nasze samorządy i administracje różnego szczebla. Dlatego mechanizm wspierania pomysłowości miejskiej, który projektujemy, jest nakierowany nie tyle na wsparcie mieszkańców, ile na sprawienie, by ten styk na linii mieszkańcy–urząd działał możliwie jak najlepiej. Tworzymy pole dialogu, zgodnie z naszą nazwą i filozofią działania. Oczywiście to nie jest proste zadanie, w którym urząd mówi: „zróbcie jakoś tak, żeby tym mieszkańcom było łatwiej wszystko zrobić”, to proces, w którym najpierw jest przyglądanie się temu, jak na co dzień funkcjonują różne formy wsparcia dla inicjatyw mieszkańców, a potem to szukanie rozwiązań, żeby wszystkim zainteresowanym stronom było łatwiej współdziałać.

M.F.: Ostatecznie chodzi więc nie tylko o to, by zrealizować czyjś pomysł, ale raczej o negocjowanie jego sensowności i kształtu w obrębie społeczności, w której ma funkcjonować?

M.O.: Zdecydowanie tak. Kiedy ludzie gdzieś mieszkają, większość ma jakieś swoje oczekiwania i postulaty dotyczące tego, jak ta przestrzeń powinna wyglądać, zmieniać się. W najbliższym otoczeniu, we własnym mieszkaniu wciąż coś zmieniamy, dostosowujemy – to coś naturalnego. Jednak w chwili, gdy nasza inicjatywa wychodzi poza drzwi mieszkania, a więc zaczyna dotyczyć sąsiedztwa, pojawia się konieczność dialogu z innymi ludźmi, zwłaszcza z tymi, którzy w tym sąsiedztwie również zamieszkują, bywają, a także tymi, którzy są za tę przestrzeń formalnie odpowiedzialni. Oba te podmioty (zamieszkujący i formalnie odpowiedzialni) są zresztą złożone. Tak jak mieszkańcy rzadko mówią jednym głosem, tak pojawiają się różnice wewnątrz urzędu, pomiędzy różnymi odpowiedzialnymi instytucjami.

 M.F.: Nie jestem pewien, czy to takie naturalne, że każdy ma pomysł na swoją okolicę, a miasto chętnie go wesprze. Są przecież na świecie i takie miasta, w których mieszkańcy są po prostu klientami usług publicznych. Może są to też miasta, w których nie ma sąsiedztwa ani demokracji w bliskim nam rozumieniu.

M.O.: Każdy może sobie sam odpowiedzieć na to pytanie: czy można w satysfakcjonujący sposób żyć w mieście, w którym jesteśmy obecni w stosunkach klientelistycznych, to znaczy po prostu płacimy i wymagamy, a poza tym nic nie mamy do powiedzenia? Jak w tym wszystkim zmienia się poczucie „bycia u siebie” i „bycia w domu”? Dla mnie „bycie u siebie” wiąże się z tym, że mogę mieć swoją opinię, wyrazić ją i mieć jakiś wpływ na to, co się w najbliższym otoczeniu dzieje. Ale te potrzeby z pewnością bardzo się różnią w zależności od osoby – niektórzy w pełni realizują się we własnym mieszkaniu, inni szukają sposobu, żeby mieć szerszą przestrzeń i budują dom za miastem. Ja z kolei jestem przekonana, że chcę żyć wśród innych, w mieście, a jednocześnie czuć się u siebie: a więc wiedzieć, co się dzieje, móc podjąć jakąś aktywność. Gdy wyglądam przez okno na mój park (czyli park za moim oknem, park, w którym codziennie jestem) i widzę, że dzieje się tam coś bulwersującego, to nie mam w sobie takiej pokory, że „no, ale ktoś tym zarządza i nic mi do tego”. Nie jestem w takiej postawie odosobniona. Rozglądam się dookoła i widzę żywe reakcje ludzi na swoje otoczenie, mieszkańcy protestują, że ktoś chce im coś zabrać, choćby ławkę, albo są żywo poruszeni tym, kiedy w ich bliskim otoczeniu coś nowego się pojawi, zmieni i dają temu wyraz na różne sposoby, nieraz sami coś robią z własnej inicjatywy.

M.F.: Wspieranie oddolnej pomysłowości urasta w tym znaczeniu do bardzo doniosłego zadania – sprzyja wytwarzaniu obywatelskości.

M.O.: Tak, bo pomysły dotyczące otoczenia, sąsiedzkości, wspólnoty to pomysły obywatelskie. Ważne jest szukanie sposobów na wyważenie między dwoma skrajnościami – żeby z jednej strony nie było samowolki (każdy kupuje sadzonkę drzewka i sadzi, gdzie mu się podoba), z drugiej – nie było tak, że o wszystkim decyduje i wszystko robi tylko urząd czy administracja, a jako mieszkańcy nie możemy nic, nawet kwiatków wysiać. Żebyśmy jako mieszkańcy czuli się „u siebie” nie tylko we własnym mieszkaniu, nie tylko we własnym domu i ogrodzie otoczonym wysokim płotem, ale także na swoim podwórku, osiedlu i w mieście, potrzebujemy mieć – jestem o tym głęboko przekonana – poczucie sprawczości. W tym sensie nasze przedsięwzięcie dotyczące pomysłowości odnosi się do budowania obywatelskiej podmiotowości.

M.F.: Wasze badania nad miejską pomysłowością wskazują także, że niedostatek środków finansowych na działania mieszkańców jest tylko jedną z barier ich urzeczywistniania, niekoniecznie najważniejszą. Wniosek ten sugeruje jednocześnie, że proste dokładanie pieniędzy, chociażby w budżecie obywatelskim, automatycznie nie przełoży się na jakość czy inkluzywność tego mechanizmu.

M.O.: Tak, to było bardzo ciekawe odkrycie. A także jak wiele już jest, aż pojawia się pytanie: czy potrzeba czegoś więcej? Albo dlaczego to wszystko nie hula najwspanialej? Dobrze pamiętam rysunek, który pokazał nam Michał Pielechowski z Wydziału Rozwoju Społecznego Urzędu Miasta Gdańska, taki slajd podsumowujący ich filozofię działania w mieście w obrębie innowacji społecznych. Widać na nim, że jeśli tylko popatrzeć holistycznie na funkcjonowanie miasta i mieszkańców, to to wcale nie jest prosty schemat „mieszkańcy – pomysły – minigranty”, tylko kombinacja wielu różnych trybów i trybików, które wymagają naoliwienia. Wsparcie dla pomysłowości miejskiej nie oznacza zatem koniecznie dodawania nowych trybików (a więc nowych budżetów partycypacyjnych, nowych inicjatyw lokalnych), tylko raczej szukania w tym mechanizmie miejsc, gdzie coś się zaciera. Nasze badania dowodzą, że pomimo – albo właśnie dlatego – obecnie w Warszawie jest tak dużo opcji na pozyskanie wsparcia i finansowania inicjatyw mieszkańców, wcale niełatwo jest z nich skorzystać. Dlatego, że trudno się w tej mnogości połapać. Poza tym gdy badaliśmy trajektorię różnych pomysłów, to okazało się, że ludzie z pomysłami rzadko byli w stanie w oparciu o jeden mechanizm wsparcia zrealizować swoją ideę w stu procentach. Często okazywało się, że jakaś część pomysłu z przyczyn formalnych na taki czy inny konkurs się nie nadaje i trzeba jednak spróbować inaczej, niejednokrotnie łączyć elementy różnego wsparcia. Trochę to przypomina robienie szafy na wymiar – do naszej wnęki nie pasuje żadna gotowa ze sklepu, trzeba się nagimnastykować, wymierzyć, przycinać, dostosować. To samo się dzieje w mieście, gdzie jest się często odsyłanym ze swoją inicjatywą od jednych drzwi do drugich, krąży się między piętrami. Już samo takie pokierowanie i wprowadzenie przewodnika, dobrego ducha to już jest kropla oliwy w trybiki.

M.F.: Taki przewodnik byłby pewnie pomocny nie tylko dla osób, które mają skomplikowane pomysły, ale też dla tych z niewielkim doświadczeniem w realizacji jakichkolwiek działań z udziałem miejskich środków. Rzut oka na rozstrzygnięcia budżetu obywatelskiego w jakimkolwiek mieście udowadnia, że ta forma partycypacji strasznie się nam sprofesjonalizowała. Ma to oczywiście swoje zalety, ale ma też wady, zwłaszcza jeśli budżet obywatelski potraktować – jak proponujesz – jako szansę na upodmiotowienie nie tyle organizacji trzeciego sektora czy młodych lokalnych aktywistów, ile innych mieszkańców. To właśnie dostępność, poza efektywniejszym wykorzystaniem istniejących ścieżek i dróg wsparcia, stanowi kolejny fundament tworzonego przez Was mechanizmu. Są jednak także inne.

M.O.: Jak pokazały nasze badania, istniejące w Warszawie narzędzia finansowania pomysłowości mieszańców dobrze się sprawdzają w przypadku inicjatyw „ze środka”. Ale już takie mikrodziałania sąsiedzkie mają się u nas gorzej: by wspólnie przekopać trawnik i założyć rabatę, inicjatorzy nie mogą liczyć na budżet partycypacyjny, a procedura inicjatywy lokalnej okazuje się często zbyt skomplikowana. Do wielu niewielkich, acz bardzo ważnych w swojej masie inicjatyw nie potrzeba aż tak skomplikowanych narzędzi jak BP, IL czy minigranty (celowo używam tych skrótów, właśnie tak nieczytelne są te nasze super-hiper-mechanizmy dla wielu mieszkańców naszych miast!). Możemy powiedzieć mieszkańcom: „to wspaniale, że chcecie coś od siebie dać, macie pomysł i nawet zaangażujecie się sami. My możemy wam pomóc, wypożyczając bardzo skomplikowaną wiertarkę, tylko zastanówcie się dobrze: będziecie potrafili jej użyć?”. A można – orientując się w skali pomysłu – bardziej adekwatnie i mniej odstraszająco: „możemy pomóc, mamy tutaj parę śrubokrętów i wiertło ręczne, potrzebujecie coś więcej?”. Aby nie było jak obecnie, że jak chcesz zrobić coś, co nie łapie się do budżetu obywatelskiego czy innego narzędzia, to jesteś pozostawiony samemu sobie. Zobaczymy czy nam się to uda, bo to przecież jest wyzwanie, które sobie często stawiamy w różnych przedsięwzięciach społecznych: żeby wychodzić trochę szerzej. Może właśnie dzięki słowu „pomysłowość”, dzięki prostemu językowi będziemy mogli też dobrze się skomunikować z tymi, dla których wszystkie partycypacje są za trudne.

M.F.: Istotnym wymiarem projektowanego przez Was mechanizmu wsparcia miejskiej pomysłowości ma być funkcja archiwum – odsyłania do pomysłów, które realizują bądź w przeszłości realizowali już inni.

M.O.: Gdy się robi badania, a więc patrząc z dystansu na wiele inicjatyw mieszkańców, łatwo zobaczyć osoby, które równolegle w różnych miejscach miasta borykają z podobnymi problemami albo podejmują jakiś temat w innej części miasta już zrealizowany. Zresztą sami inicjatorzy też często mówili nam, że brakuje im takiego przepływu wiedzy. Sama również miałam takie doświadczenie: chciałam zrobić jakąś rzecz, po roku starań i gryzienia tematu z różnych stron natknęłam się na ślady osób, które wcześniej próbowały zrobić coś podobnego. Gdybym od początku o tym wiedziała, była w stanie porozmawiać z tymi ludźmi, to może wcześniej bym zrezygnowała albo inaczej pokierowała swoimi działaniami. Dopiero pracujemy nad tym, jak funkcję archiwum ugryźć, bo tu trzeba dodać jakąś nową wartość, sprawić, by doświadczenie odkładało się inaczej niż tylko w pamięci konkretnych osób. W tej chwili w Warszawie wiedza kumuluje się w postaci bazy wszystkich projektów zgłoszonych do budżetu partycypacyjnego w kolejnych edycjach. Gdy się ma wystarczające kompetencje i cierpliwość, można poszperać i skontaktować się z autorami tych projektów.

M.F.: Wszystko to, o czym mówimy, można nazwać „kulturą pomysłowości”. Jej specyfika polegałaby na tym, że nie fetyszyzuje samego pomysłu, nie jest podporządkowana myśleniu w krótkiej perspektywie oraz unika rywalizacji. W kulturze na rzecz pomysłowości nie chodzi o ściganie się z innymi na pieniądze, tylko o mechanizmy wspierające współdziałanie, o dostrzeganie pomysłowości u innych, którzy działają lub działali na rzecz podobnego celu. Celem jest więc także – uwaga, zabrzmi szumnie – idea wspólnego działania.

M.O.: Z biologicznego punktu widzenia to jest realne wyzwanie: żyć tak blisko ze sobą jak my żyjemy w miastach. To generuje napięcia. To, co teraz robimy, można widzieć jako element działań na rzecz tego, żeby żyło się koło siebie, ze sobą w sposób bardziej akceptowalny, nie mówiąc już o tym, że bardziej przyjemny czy karmiący. Oczywiście kultura tak rozumianej pomysłowości nie przeszkadza w wytwarzaniu tradycyjnie, a nawet rynkowo pojętych innowacji. Wręcz przeciwnie – wierzę, że na dłuższą metę nawet je wspiera. Trudno jednak nie zauważyć, że nasze działanie sytuuje się w kontrze do tego, jak obecnie zorganizowany jest system edukacji, ustawiający nas bardzo rywalizacyjnie. Potem to się wszystkim odbija czkawką przez całe życie. Negatywne skutki widać na wielu polach, także w tym, jak funkcjonują wspólnoty.

M.F.: Na koniec zapytam, na ile mechanizm, nad którym pracujecie, jest trwale zrośnięty z Warszawą czy nawet z konkretną tradycją społecznikostwa w dzielnicach Wawer i Żoliborz, które wzięliście na warsztat, a na ile czymś bardziej uniwersalnym?

M.O.: Sądzę, że będzie uniwersalny na poziomie kluczowych wartości, niezbędnych dla funkcjonowania żywej i zgodnej wspólnoty. Będziemy szukać sposobów na to, aby takie wartości ożywiać – to jest ogólnoludzkie i uniwersalne dla wszelkich wspólnot. Ale na poziomie architektury samego mechanizmu wspierania pomysłowości – to trudno mi na razie powiedzieć. Dla mnie samej jest to w tej chwili zagadką i jestem ciekawa, jak mogłabym odpowiedzieć na to pytanie za pół roku czy rok.

Po-jawienie
08 listopada 2019

Po-jawienie

Książka Morskiej zamyka (dla mnie) tegoroczny ciąg lektur prozy tworzonej przez kobiety piszące o lękach, traumach i rozpadzie. Otworzyła go Aleksandra Zielińska ze studium traumy i wycofania się z życia, kontynuowała Inga Iwasiów z kronikami rozpadu i zapowiedzią gniewu, a domyka (o)powieść o odrodzeniu...