119988868_330103198442768_2243332820107369182_n
z archiwum organizatora

Klub dla pazernych

Z Sylwestrem Gałuszką, prowadzącym Kolonię Artystów w Gdańsku, rozmawiam w przeddzień kolejnej edycji Open Source Art Festival w Sopocie.

 

 

Filip Szałasek: Wiele miejsc podobnych do Kolonii Artystów poniosło w trakcie pandemii spore straty. Dzięki czemu udało ci się przetrwać?

Sylwester Gałuszka: Surowy lockdown wydawał się nie mieć końca, jednak tak naprawdę trwał krótko. Gdyby przeciągnął się na sezon letni, z pewnością wszystkim byłoby znacznie trudniej. Udało nam się przetrwać dzięki wsparciu publiczności i przyjaciół Kolonii Artystów. W okresie pandemii sprzedawaliśmy bony na koncerty, które można było zrealizować w Kolonii do końca roku. Odbyły się już koncerty Michała Jacaszka, Aleksandry Słyż i Tomasza Bendarczyka. Na jesień i zimę zaplanowałem między innymi występy Jozefa van Wissema oraz Malediwów. Wiele instytucji kultury postawiło na zwiększanie swojej widoczności w internecie; my również o to dbaliśmy, jednak z umiarem, nie chcąc dokładać się do wszechobecnego przebodźcowania treściami wizualnymi. Mieliśmy dwa wydarzenia, które odbyły się online.

 

Dla kogo prowadzisz Kolonię? Czy Twoja publiczność w Gdańsku ma jakaś charakterystyczną cechę, która wyróżnia ją na tle odbiorców w Polsce?

Publiczność Kolonii wyróżnia się pazernością, jest głodna wrażeń artystycznych. Chciałbym przyciągać ludzi, którzy oczekują przeżyć i nowych doświadczeń. Kolonia jest dla każdego, kto interesuje się sztuką współczesną, niszową muzyką. Wbrew temu, co zdarza mi się czasem słyszeć, nie trzeba koniecznie samemu być artystą, by móc czuć się tu dobrze. Taką mam nadzieję. Staram się tak przygotować każde wydarzenie, aby odbiorcy poczuli wyjątkowość i swobodę przynależności.

 

Wydarzenia, które organizujesz, przyciągają uwagę włodarzy miasta? Albo mówiąc wprost: czy jesteś zadowolony z polityki kulturalnej Gdańska, jeśli chodzi o wydarzenia związane z kulturą dźwięku?

Pierwsze z pytań należy skierować raczej do samych włodarzy. Nie spotykam środowiska urzędników miasta Gdańska na naszych wydarzeniach. Podobnie jak nie odnajduję tu kuratorów czy dyrektorów instytucji trójmiejskich (oprócz Piotra z Gdańskiej Galerii Miejskiej). Jednak jestem wdzięcznym beneficjentem miejskich dotacji kulturalnych. Mam nadzieję, że polityka kulturalna miasta ostatnich lat, która była korzystna dla bezpośrednich organizatorów wydarzeń, stanie się tradycją, bo moim zdaniem jest warta kontynuowania, szczególnie takie twory jak Rada Kultury, powołana przez prezydenta Adamowicza, czy projekt Otwartych Pracowni Artystycznych.

Myślę, że na tle innych dużych miast Polski gdańska polityka odznacza się wspierającą postawą. Choć oczywiście można w niej coś poprawić: można by na przykład silniej stawiać na młodsze pokolenie, nieznanych jeszcze artystów, bo w ten aspekt zawsze warto najmocniej inwestować. Działania niezależne również bardzo cenię, choć częściej są one koniecznością niż wyborem. Natomiast w szerszej skali marzę o zminimalizowaniu prekariatu pracowników kultury, szczególnie mając świadomość, jak silnie ten obszar jest w wielu różnych aspektach uzależniony od sektora publicznego; jego ekonomia jest specyficzna.

 

Jak oceniasz trójmiejską scenę muzyczną na tle Polski i Europy? Jakie są Twoim zdaniem jej najbardziej palące problemy? Czego/kogo brakuje Ci w Trójmieście pod względem miejscówek koncertowych?

Trójmiejska scena muzyczna zawsze była dla mnie interesująca i odznaczała się wyjątkową dynamiką na tle kraju. Mam na myśli takie formacje jak Miłość, Ścianka czy działalność Mikołaja Trzaski, Tymona Tymańskiego, a obecnie Nagrobki i Trupa Trupa.

Jednak ja wywodzę się z Kolonii, która działała na totalnie niezależnym gruncie w Stoczni Gdańskiej. To tam poznałem gdańską muzykę elektroniczną: Jacaszka, Krzysztofa Topolskiego (Arszyn), Marcina Dymitera (Emiter) czy Adama Witkowskiego. Obecnie brakuje mi samoorganizujących się, oddolnych inicjatyw, które nie są nastawione na zysk. Odnoszę wrażenie, że coraz częściej eventy muzyczne są traktowane przez organizatorów jako dodatek do gastronomii. Brakuje mi inicjatyw, które nie mają logo sponsora na czapce i koszulce.

 

z archiwum organizatora

 

Jesteś jednocześnie kuratorem, koordynujesz wydarzenia, opiekujesz się barem i sklepem… Praca w kulturze to stresujące zajęcie, które z uwagi na wpisany w nią multitasking potrafi wypalić. Jak sobie z tym radzisz, a może w ogóle nie masz z tym problemu? Jakie umiejętności i cechy wyrobiłeś w sobie, prowadząc Kolonię?

Prowadząc Kolonię – galerię i małą scenę koncertową – zawsze posługiwałem się intuicją i otwartością. Myślę, że moim atutem w tej kwestii jest doświadczenie, ale nie mam schematów ani tabelek na wszystkie problemy produkcyjne. Ta „praca” – choć nie jest to słowo, którego sam bym użył na określenie mojej działalności – jest oczywiście ogromnie zajmująca, ale z biegiem lat uczę się dystansować od codzienności. Umiejętności? Komunikacja i punktualność, czyli ogólny szacunek dla drugiego człowieka. Staram się także przez cały czas aktywnie pielęgnować w sobie ciekawość – do nowych osób, nowych artystów, wydarzeń. Prowadzenie Kolonii nauczyło mnie powstrzymywania się od osądów, co niekiedy jest kwestią bezgranicznej nadziei.

 

Jak wygląda Twoim zdaniem festiwal muzyczny przyszłości? Czy już teraz – za granicą lub w Polsce – mają miejsce tego rodzaju wydarzenia?

Przyszłość jest pociągająca, ponieważ nie do końca potrafimy ją przewidzieć. Zamiast tego (na szczęście!) możemy sami ją kreować, przynajmniej do pewnego stopnia. Jedno jest pewne – tak długo jak ludzie będą wypowiadać się za pomocą dźwięków, będą istniały różnorodne formy zgromadzeń, celebrujące w mniejszych lub większych przestrzeniach odbiór muzyki i sztuki na żywo, gdzie ważne jest przeżywanie wspólnotowe, tak odmienne od przeżywania sam na sam w zaciszu domowym. Ostatnie miesiące dobitnie pokazały, że działania festiwalowe i koncerty produkowane online nie mają większego sensu, jako pozbawione realnego spotkania człowieka z człowiekiem.

Tego lata miałem okazję uczestniczyć w pewnym podwarszawskim festiwalu o nieco odmiennej formule od tych powszechnie przyjętych – bardzo kameralnym, blisko natury, a jednak niepozbawionym interesujących muzycznych przeżyć. Obserwuję wzrost popularności właśnie takich form zarówno w kwestii festiwali, jak i ogólnie ludzkich form zgromadzeń, współprzebywania czy po prostu wypoczynku – na niewielką skalę, na łonie przyrody. Czy to jest faktycznie nasza potrzeba, czy może efekt COVID-owej polityki, nie wiem, ale ten sposób organizacji może wiązać się z większą uważnością odbioru, co jest bardzo cenne.

 

Niedługo startuje kolejny OSA Festival. W jaki sposób programuje się tego typu wydarzenia w trakcie / po pandemii?

Tematem tegorocznej edycji jest Chaos. Chaos jest pierwotny, drapieżny i bezkompromisowy. Ustalając to parę miesięcy wcześniej, zupełnie nie spodziewałem się, co czeka nas wkrótce. Co roku poruszamy inny temat, ale zostawiamy zarówno odbiorcom, jak i zaproszonym artystom duże pole do własnej interpretacji motywu przewodniego i akumulacji wrażeń. Praca nad trzydniowym programem wydarzenia, w skład którego wchodzą koncerty i wystawa, to systematyczny, roczny wysiłek. Nawet moje wyjazdy urlopowe są nafaszerowane poszukiwaniami muzycznymi. Szczególnie czujnie obserwuję berlińską scenę. Wszystko po to, aby jak najciekawsze i świeże odkrycia muzyczne zapraszać do Trójmiasta. Najwięcej intensywnej pracy jest oczywiście w sierpniu i we wrześniu. Obecny kształt programu jest wynikiem kilku wytycznych, które sobie narzuciłem. Zapraszając artystów, kierowałem się przede wszystkim precyzyjnym dopasowaniem do tematu. Drugim parametrem była dostępność w terminie, w którym odbywa się OSA Festival. Kilku zaproszonych artystów ograniczyło swoje koncerty w tym roku. Na drodze do ostatecznej formy programu powstało kilka wersji. Jednak OSA to także kameralne wydarzenie, choć w nazwie ma chętnie szeroko używane ostatnio słowo „festiwal”. Nie mamy kilku nakładających się scen. Koncerty następują po sobie, a przestrzeń między wykonawcami a publicznością nie jest odgrodzona bramkami.

 

 

z archiwum organizatora

 

Domyślam się, że uważnie śledzisz polską scenę muzyczną. Jakie labele i których wykonawców szczególnie dobrze wspominasz jako organizator koncertów, a które polecasz jako słuchacz?

Mam swoje internetowe adresy, które regularnie odwiedzam, ale poruszam się po realnym świecie bardziej niż po wirtualnym. Aktywnie uprawiam turystykę festiwalową. Dzięki temu oprócz osobistych przeżyć mogę obserwować reakcje publiczności na każdym z koncertów. Zweryfikować, co było sukcesem, a co zostało źle zorganizowane. Polecam wybrać się na takie festiwale, jak Atonal, CTM Berlin, Mutek, Rewire, Lunchmeat Festival, Ars Electronica czy Sonar Festival Barcelona czy nasz krajowy Sokołowsko. Moje wspomnienia są mieszanką wielu wspaniałych koncertów. Nie oddzielam pracy organizacyjnej od rekreacyjnego słuchania.

Labele, które zapadły mi najbardziej w pamięć, to DYM prowadzony przez Mateusza Rosińskiego oraz działania wydawnicze Adama Frankiewicza z Pionierska Records. Polecam również dużo dobrej muzyki, którą wydawał Michał Biedota jako BDTA. Bardzo cienię dźwięki, które wychodzą od Bocian Records. Z zagranicznych jestem oddanym fanem wytwórni Subtext Recordings. Wszystko, co od nich wychodzi, jest spójne z moją wrażliwością. W tym roku zimą w Kolonii będziemy mogli usłyszeć między innymi Aho Ssan oraz duet Ecker & Meulyzer właśnie z Subtext. Na OSA Festival przez dziesięć lat wystąpiło około 100 muzyków. Najmocniej zapamiętałem Hermana Kolgena, Jana Jelinka, Alva Noto, Rolly’ego Portera, Kali Malone, Caterinę Barbieri, Valeria Tricolego.

 

Czytujesz polską „prasę” muzyczną: serwisy, blogi, fanpeje płytowe? Czy jako organizator koncertów dbasz jakoś szczególnie o kontakty z dziennikarzami muzycznymi – czy nie warto tego robić?

Oczywiście, można powiedzieć, że jestem uzależniony od codziennego sprawdzania serwisów związanych z muzyką i sztuką współczesną, słucham radia internetowego NTS.live, śledząc nowości muzyczne ze świata. Wykonuję też cotygodniowe update’y blogów i fanpejdży. Kiedyś często pisałem maile do dziennikarzy i wysyłałem pakiety z zapowiedziami koncertów w Kolonii. Jednak oni zazwyczaj nie odpisują, więc ja też przestałem wysyłać informacje o tym, co się dzieje na kolonijnej scenie. Obecnie Facebook i Instagram są najlepszym medium do przesyłania informacji o wydarzeniach i kontaktu z odbiorcą.

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...