14 kwietnia 2016
alt
fot. Greg Noo-wak

Kiedy umierają bajki

Agata Duda-Gracz poszukuje współczesnych odpowiedników bohaterów Szekspirowskiej „Burzy”, aby w przejmujący sposób opowiadać o samotności. W świecie „Po burzy Szekspira” nie ma miejsca na naiwną wiarę w baśniowe zakończenia i potęgę magicznych sił.

Prospero siedzący na kanapie w powycieranych spodniach od pidżamy i brudnym podkoszulku ewokuje obraz gorzkiej samotności. Szekspirowska burza nie rozgrywa się na wyspie, lecz w jego głowie. Jest on jedyną postacią dramatu, która istnieje w świecie przedstawionym na Scenie Ciśnień Teatru Muzycznego Capitol – wszyscy pozostali bohaterowie są wytworami jego wyobraźni; pochodzą ze wspomnień lub wizyjnych projekcji prezentujących typy ludzi, na które Prospero dzieli społeczeństwo. Spektakl jest podobno efektem rozliczania się reżyserki z tym, w co do tej pory wierzyła, a co dziś zaczyna się jej wydawać naiwne i błahe – obraz jest przez to gorzki, bo Duda-Gracz odczytuje „Burzę” z perspektywy doświadczania samotności.

Wszystko, co pojawia się na scenie, rozgrywa się wyłącznie w głowie Prospera, a metafora ta jest bardzo czytelnie przeprowadzona przez reżyserkę. Poszczególne sceny nie muszą się pojawiać w porządku chronologicznym, a wydarzenia niekoniecznie będą się łączyć ze sobą zgodnie z zasadami logiki. Kolejne części tej opowieści nie zawsze będą się rozpoczynać i kończyć w przewidywalny sposób. Myślami Prospera rządzi chaos, co Dudzie-Gracz udaje się świetnie oddać poprzez dynamikę spektaklu oraz sposób prowadzenia narracji. Dzięki temu reżyserka zapewnia sobie dużą swobodę inscenizacyjną, tworząc na wskroś autorską opowieść. Ani na chwilę nie przestaje jednak czerpać inspiracji z Szekspira. Wrażenie nieracjonalnego chaosu i oniryczności potęgują także pomysły plastyczne (autorstwa samej Dudy-Gracz). W tej przestrzeni kolejni bohaterowie, gdy tylko się o nich wspomni, wyłaniają się zza kanapy lub wypadają z szafek – strzeliste meblościanki to dominujący element scenografii. Nie bez znaczenia jest także świetnie skomponowana muzyka Jakuba Ostaszewskiego – tylko ona i kilka wokaliz w wykonaniu Emose Uhunmwangho stanowią warstwę muzyczną spektaklu. „Po burzy Szekspira” – choć wystawione na scenie teatru muzycznego – nie wykorzystuje formy typowego musicalu.

Prosper (Zbigniew Ruciński) w monologu otwierającym spektakl zwraca się do publiczności – choć w pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że mówi do stojącego przed nim telewizora – używając szyderczych określeń, takich jak „obmierzła banda w bilety zbrojna”. Jego tyradę inicjuje pytanie: „Myślicie, że was nie widzę?”, po którym rozpoczyna się litania świadcząca o żalu bohatera, która jest przykładem zgorzkniałej krytyki niemal wszystkich i wszystkiego. Ale Prosper opowiada także o swojej rodzinie – żonie-alkoholiczce (Helena Sujecka), która zginęła w pożarze, oraz córce Mirandzie (Justyna Szafran), zmarłej w wyniku nagłej śmierci łóżeczkowej. Fakt, że pojawiające się na scenie postaci naprawdę nie istnieją, staje się jasny dopiero po dłuższej chwili. Prospero wspomina o tym jakby mimochodem, jak wówczas, gdy ucina rozmowę z Mirandą słowami: „Szkoda, że cię tutaj nie ma”. Po takim komentarzu córka udaje się na kanapę ustawioną w głębi sceny, identyczną jak ta stojąca bliżej rampy. W podobny sposób wyjaśniona zostaje obecność Ariela (Ewelina Adamska-Porczyk), który pojawił się w mieszkaniu po wybuchu pożaru – stąd szary kolor jego skóry oraz zamiłowanie do zabawy zapałkami. Każdy z bohaterów wykreowanych przez Dudę-Gracz prezentuje się – jak zwykle w jej spektaklach – w sposób bardzo charakterystyczny i dopracowany, ale to właśnie Ariel wydaje się przyćmiewać innych, również niezwykle barwnych, mieszkańców wyimaginowanej wyspy Prospera.

Reżyserka ponownie trywializuje wszystko to, co u Szekspira magiczne i baśniowe – duch, który posiada nadprzyrodzone zdolności, wypowiada swoje zaklęcia z ironiczną obojętnością; w jego ustach „czary-mary” brzmi zupełnie beznamiętnie. W równie dosadny sposób wykpiona zostaje miłość Mirandy i Ferdynanda – ich spotkaniu towarzyszą kuriozalne uściski i pląsy. Ariel nieudolnie celuje w nich strzałami Amora, po czym obojętnym tonem obwieszcza „koniec strzałek” i stwierdza, że „odkłada łuk, no bo co?”. Okoliczności kolejnych scen opisują didaskalia odczytywane przez lektora, objaśniające ich miejsce lub sytuację jak zabawne śródtytuły. Na przykład wspomniany wątek miłosny rozgrywa się w części zatytułowanej „Wyspa Prospera świątynią miłości ojejciu”. Komicznych elementów nie brakuje, a stają się one szczególnie wyraźne, gdy na wyspie pojawiają się Kalibany (Emose Uhunmwangho i Cezary Studniak). Równocześnie każda dowcipna sytuacja zdaje się potwierdzać teorię, że szekspirowska „Burza” nigdy nie powinna być klasyfikowana jako komedia. Duda-Gracz nie wierzy ani w magiczne zdolności ducha, ani w miłość od pierwszego wejrzenia. Nie wierzy również w szczęśliwe zakończenia, dlatego „Po burzy Szekspira” dla wszystkich bohaterów kończy się klęską, a widzom przynosi wyłącznie pesymistyczne refleksje.

Wyraźnie rysuje się przepaść dzieląca bohaterów zaczerpniętych z „Burzy” od dopisanych przez reżyserkę. Te cztery osoby, które trafiają na wyspę po przejściu burzy, zostały nazwane dość oryginalnie: Pan Od Muzyki, Chuj-gwiazda, Tzw. Wszyscy oraz Telewizor. Choć wszystkie postaci spektaklu przedstawione zostały z przymrużeniem oka, charakter tej czwórki ma wręcz cyrkowe zabarwienie – prowadzą trochę zabawne, a trochę bezsensowne rozmowy, przemierzają wyspę w poszukiwaniu telefonu, rzucając się w wyimaginowane zarośla, wspinają się na meblościanki niczym na wysokie skały. W kontekście zmąconego umysłu Prospera ich obecność znajduje uzasadnienie, ale ma też negatywne skutki dla wymowy całej inscenizacji. Duda-Gracz chętnie opowiada o jednostce w kontekście jej relacji ze społeczeństwem. Takie odniesienia, które pozwoliłyby jej na głębszą charakterystykę postaci, kreśli również w ramach opowiadanej historii współczesnego Prospera. Jednak wprowadzając na wyspę kolejnych przybyszów, reżyserka straciła z oczu wcześniejsze wątki i pozwoliła Mirandzie, Arielowi i Kalibanom zejść na drugi plan. Relacja córki i ojca to bodaj najbardziej obiecujący wątek w tym spektaklu. Pierwsze wspólne sceny, w których Miranda na prośbę ojca wygłasza uczone wykłady w duchu Duchampa – jak ta na temat szklanki z IKEI – czy na modłę feministyczną (będące jednocześnie bardzo udanymi popisami aktorskimi Justyny Szafran) intrygują sposobem przedstawienia więzi łączącej Prospera z córką. Jednak ten obiecujący obraz zostaje porzucony na rzecz niezbyt udanego wątku czwórki rozbitków mających symbolizować różne typy obecne we współczesnych ludzi, co nie wprowadza do interpretacji „Burzy” ciekawych innowacji. Niewykorzystany jest także potencjał, który wiąże się z pomysłem przedstawienia Kalibana jako pary – małżeństwa w rasowym mezaliansie. „Współcześni dzicy”, którzy nie mają lodówki, są zakałą dla sąsiadów i gustują w muzyce disco-polo, to postaci dające aktorom duże możliwości. W finale Duda-Gracz powraca jeszcze do udanych pomysłów związanych z tym bohaterem i tworzy z niego – jak sam się w pewnym momencie nazywa – „makbetowego Kalibana”, co wiąże się z namowami żony, by zamordował króla i zajął jego miejsce. Próba zabicia Prospera i przejęcia władzy – jak i wszelkie inne działania bohaterów spektaklu – kończy się jednak niepowodzeniem.

Ostatecznie tylko Ariel „oddala się niemagicznie”, po publicznym zdemaskowaniu schodząc ze sceny. Nie jest obdarzonym czarodziejskimi mocami duchem, a jedynie „brudnym golasem”, jak określa go Kaliban. Wolność oznacza dla niego zwyczajność i pozbawienie złudzeń. Pozostali mieszkańcy wyspy przywdziewają spodnie od pidżamy i brudne koszule, które i z nich czynią Prosperów własnej wyobraźni, po czym zasiadają na kanapie przed telewizorem.

Duda-Gracz czyta Szekspira, aby opowiadać o samotności. Nie jest ona karą ani nagrodą, lecz smutnym faktem, dotkliwym zwłaszcza wtedy, gdy go sobie uświadomimy. Świadomość samotności odbierać może wiarę w jakiekolwiek baśnie. Rozpętana burza jest punktem granicznym – kiedy się dokona, nic nie będzie już takie samo. Spektakl jest spójny, wszystkie elementy do siebie pasują, bo też większość wyszła spod ręki jednej osoby – Agata Duda-Gracz tworząc tekst, scenografię, kostiumy i reżyserując to, co uprzednio wymyśliła, stworzyła kompletny, w pełni dopracowany świat. Mieści się on w głowie Prospera i dlatego sama koncepcja fabularna zdaje się dominować w tym przedstawieniu, przytłaczając nieco inne jego mocne strony – choćby świetną grę aktorów czy muzykę.

Agata Duda-Gracz, „Po burzy Szekspira”
Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu
reżyseria, scenariusz, scenografia, kostiumy: Agata Duda-Gracz
muzyka: Jakub Ostaszewski
choreografia: Tomasz Wesołowski
reżyseria świateł: Katarzyna Łuszczyk
premiera: 8.04.2016

 

Bo można
17 października 2019

Bo można

Kiedy nie zostały już żadne szczyty do zdobycia, proste „bo jest” – czy też raczej „bo można” – sprawiało, że próbowano okiełznać góry na nowe sposoby: bez zabezpieczeń, bez tlenu, w stylu alpejskim czy wreszcie zimą...

Język przeszłości
15 października 2019

Język przeszłości

Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu...