01 czerwca 2018
zaby
fot. © Teatr Studio

Just come to me, be what you want to be

„Żaby” Michała Borczucha z warszawskiej Teatrgalerii STUDIO są buńczuczne i pretensjonalne. To spektakl stworzony z pełną świadomością tego, że nie zmieni świata – bo zarówno jego treść, jak i język są nieoswojone, chropowate i zdradliwe. W „Żabach” podstawowymi środkami wyrazu są szaleństwo, celebracja i – przede wszystkim – afirmacja.

W zaprojektowanej przez Dorotę Nawrot przestrzeni znajduje się niewiele elementów: blaszany tunel, kupa piasku, kilka waz stylizowanych na starożytne naczynia i parę stanowisk do wyrabiania z gliny. Poszczególne przedmioty nie znajdują się wyłącznie na scenie – koła garncarskie stoją pod nią, podobnie jak rząd krzeseł, gdzie także toczy się akcja. Na ekranie wyświetlany jest obraz z kamery umieszczonej za kulisami. Świat wymyślony przez Nawrot wydaje się ironiczną wariacją na temat tego, co dawne, stare, antyczne – sugerują to wazy, nawiązanie do rzemiosła, rdzewiejący tunel. Scenografka zachęca do myślenia o starożytnym tekście w kontekście wciąż toczącego się procesu; na scenie to, co było, jest i (może) będzie, nieustannie się przeplata, łączy, zlewa. Jednym z efektów „Żab” wydaje się inicjowanie biegnącego nurtu, wędrówki, podróży toczącej się niejednostajnym, swoistym rytmem. Koła garncarskie się kręcą, wyrabiane są kolejne naczynia, w tunelu co rusz ktoś się chowa, ktoś inny z niego wychodzi, a aktorzy przechodzą przez scenę, jakby mimochodem zmierzając od kulisy do kulisy.

W pierwszej scenie Krzysztof Zarzecki, Marcin Pempuś, Andrzej Szeremeta i Jan Dravnel wygłaszają zabawną prelekcję. Ich niezobowiązujący dialog łączy dwa tematy przedstawienia: seksualność i język, który o niej opowiada. Aktorzy wskazują na ekran, gdzie wyświetlany jest obraz zza kulis, ukazujący siedzące obok siebie Ewelinę Żak, Monikę Niemczyk, Dominikę Biernat, Halinę Rasiakównę i Monikę Obarę. Zarzecki proponuje kolegom, by wyobrazili sobie zesłanie na bezludną wyspę w towarzystwie tych kobiet: którą z nich wybraliby na matkę swoich dzieci? A z którą chcieliby uprawiać wyuzdany seks? Mężczyźni nie zdradzają swoich wyborów. Ta sytuacja, jak celnie zauważa Dravnel, nie różni się od codziennego postrzegania kobiet. Aktor zdradza, że kiedy spotyka jakąś przedstawicielkę płci przeciwnej, od razu zastanawia się, czy chciałby się z nią przespać. Seksizm tej sceny ujawnia przemoc męskiego spojrzenia – ale czy nie jest pułapką, jaką zastawiają na widzów twórcy „Żab”? Nie wierzę w seksizm w przedstawieniu Michała Borczucha, który już nieraz udowadniał, że jest reżyserem wrażliwym genderowo. Zainscenizowany dialog pokazuje, jak łatwo zbagatelizować dyskryminujące teksty: tylko część widowni jest zniesmaczona tym, co słyszy; spora grupa naprawdę dobrze się bawi. Ale ta wymiana zdań odsłania też zupełny brak języka, którym bez dyskryminowania można mówić o seksualnym pociągu, pożądaniu, podobaniu się sobie. Aktorzy celowo wykorzystują językowe kalki, które powinny być piętnowane w dyskursie, wykazując tak brak alternatyw. Borczuch zastanawia się, czy alternatywą jest język antyczny: zarówno w „Żabach”, „Ptakach”, jak i „Chmurach” (komediach inspirujących Tomasza Śpiewaka) Arystofanes bez skrępowania mówi o ludzkich fizjologii i seksualności. Co z tego, skoro w dzisiejszym teatrze jego słowa brzmią archaicznie? Aktorzy z zadęciem i emfazą inscenizują kilka antycznych dialogów, wyśmiewając je tak i kompromitując. Język nie może zostać po prostu zapożyczony, a skoro ani przeszłość, ani teraźniejszość nie oferują adekwatnego sposobu ekspresji, trzeba uruchomić proces poszukiwania nowych rozwiązań.

W spektaklu Borczucha ekspresja rozumiana jest szeroko – chodzi też o ciało nieustannie dyscyplinowane przez język i kulturę. W jednej ze scen Rasiakówna siedzi na środku sceny wpatrzona w dno wazy, kojarząc się z wyrocznią, myślicielką, mędrczynią. Pozostali aktorzy w grupach wykonują coś na kształt ćwiczeń gimnastycznych, ale to, co robią, nie zostaje nazwane ani obudowane jakąkolwiek narracją. Liczą się wyłącznie kształty, jakie przybierają ciała połączone ze sobą w relacji z innymi ciałami. Ta trwająca kilka minut etiuda kompromituje normatywną kulturę, którą symbolizuje Rasiakówna. Natura, ekspresja ciała, wyrażanie siebie poprzez ruch bierą górę nad ludzką mądrością i nadawaniem znaczeń.

Rasiakówna jest milczącą bohaterką jeszcze jednej sceny. Janek Sobolewski prosi w niej pozostałych, by ustawili się odpowiednio przy ścianie, ekranie czy tunelu, jeśli kiedykolwiek w życiu uprawiali seks bez zabezpieczenia, kochali się z osobą, która ma na imię tak samo jak oni czy robili sobie test na HIV. Aktorzy potulnie „przyznają” się do kolejnych „wybryków”, karnie przemieszczając się po scenie. Wyjątkiem jest właśnie Rasiakówna, która w tym czasie – obojętna wobec działań innych – kilkakrotnie przechodzi przez scenę. Bezbłędnie wykorzystuje swoją surowość, dowodząc dowolności reakcji na takie wyznania. Mogą one mieć charakter afirmatywny, ale nierzadko są środkiem służącym dyscyplinowaniu i upokarzaniu.

Upokorzenie i wstyd związany z seksualnością powraca w kolejnych scenach „Żab”. Gdy wybrzmiewa „La Passion” Gigi D’Agostino, wszyscy wskakują na scenę i zaczynają tańczyć. Po chwili gaśnie światło – aktorzy pląsają nadal w rytm piosenki, której tekst i teledysk bardzo otwarcie mówią o podnieceniu i pożądaniu drugiej osoby. To, jak ten utwór zostaje przełożony na ruch, jak ciała aktorów go interpretują, nie jest widoczne dla publiczności – może nie znajduje się to w granicach tego, co dopuszczalne w dyskursie, dlatego podlega cenzurze i pozostaje w cieniu. W innym momencie spektaklu Ewelina Żak gra zatroskaną matkę dojrzewającego syna (Jan Dravnel). Nastolatek intensywnie rośnie: powiększające się stopy i dłonie, zmieniona cera i pojawiające się na ciele owłosienie martwią matkę, która dla podkreślenia odmienności jego kondycji nazywa go Minotaurem. Ze swoich trosk zwierza się mężczyźnie naprawiającemu jej kablówkę (Krzysztof Zarzecki). Ten sugeruje, by nie próbowała traktować zachowania swojego dziecka jako wykraczającego poza normę. Przecież proces dojrzewania seksualnego nie musi przystawać do wzorów: nakładanie na jednostkę presji oczekiwań jest jedną z metod ujarzmiania seksualności, której nie należy poddawać zakazom i nakazom.

W spektaklu ważny jest też wątek związany z homoseksualizmem. Janek Sobolewski i Robert Wasiewicz otwarcie mówią o swojej orientacji, którą Borczuch wprowadza w szerszy kontekst erotycznych i społecznych więzi. W jednej ze scen Dominika Biernat zwierza się Wasiewiczowi, że fantazjowała o swoim przyjacielu – geju. Ten z kolei wyznaje jej, że kochał się ze swoją przyjaciółką. Pożądanie okazuje się niezależne od deklarowanej orientacji, po co więc kurczowo trzymać się sztywnych podziałów na to, co hetero i homonormatywne?

Najdosadniejszym argumentem za potrzebą nauki języka, by mówić o seksualności i jednocześnie za afirmacją innego niż stereotypowe (i często homofobiczne) postrzegania gejów, jest scena kończąca spektakl. Wasiewicz opowiada w niej Sobolewskiemu o mężczyźnie, z którym jechał taksówką po jednej z całonocnych imprez. Posługuje się przy tym nie tylko słowem, ale też ruchem i muzyką – wykonuje bardzo osobliwy układ taneczny; uderza w trójkąt, niektóre zdania wyśpiewuje. Do aktorów dołącza Marcin Pempuś, który odgrywa część zdarzeń z relacjonowanego poranka. Opowieść Wasiewicza jest bardzo romantyczna, mężczyzna kładzie ogromny nacisk na atmosferę, podkreśla dramaturgię spojrzeń i pojedyncze gesty. Skonfrontowana z jedną z wcześniejszych scen, w której Sobolewski ironizował, że wszyscy jego partnerzy seksualni nie zmieściliby się na widowni, opowieść Wasiewicza pokazuje odrębne, nieobecne w popularnym dyskursie spojrzenie. Geje prezentowani są w nim jako osoby myślące wyłącznie o seksie. Liryzm (miejscami aż śmieszny i karykaturalny) historii Wasiewicza okazuje się trudny do przełożenia na gesty – mężczyzna instruuje Pempusia, kilkukrotnie go poprawiając, prosząc o inny ton głosu czy większą subtelność. Postulat nauki języka zdolnego mówić o takich doświadczeniach okazuje się bardzo ważny.

„Żaby” to – po „Zewie Cthulu” z Nowego Teatru w Warszawie – kolejne bardzo zaangażowane społecznie przedstawienie Michała Borczucha. Przejawia się to na różnych poziomach: od tematów, poprzez rezygnację z nadmiernego estetyzowania (odwracającego uwagę od krytycznej refleksji), po nowatorski i świadomy styl gry aktorskiej. Spektakl niejednokrotnie zwraca uwagę na coś, co przeoczamy, upraszczamy, czego nie umiemy nazwać. Pojawienie się takiego przedstawienia w ramach teatru repertuarowego, gdzie może być powtarzane przez jeszcze kilka, kilkanaście, może i kilkadziesiąt wieczorów, daje nadzieję, że rozkręcany na scenie proces budowania innego postrzegania i sposobów wyrażania ludzkiej seksualności przeniesie się także na widzów.

 

Tytuł recenzji zapożyczony został ze słów piosenki: Gigi D’Agostino „La Passion”.

 

 

Tomasz Śpiewak, „Żaby”
spektakl oparty na fragmentach komedii Arystofanesa („Żaby”, „Chmury”, „Ptaki”), powieści Krzysztofa Niemczyka „Kurtyzana i pisklęta” oraz aktorskich improwizacjach
reżyseria: Michał Borczuch
scenografia i kostiumy: Dorota Nawrot
reżyseria światła: Jacqueline Sobiszewski
choreografia: Paweł Sakowicz
Teatrogaleria STUDIO w Warszawie
premiera: 06.05.2018

Polski mecenas bitników
16 października 2018

Polski mecenas bitników

Klub otwarty w 1964 roku przez polskiego imigranta był przez kilka lat prawdziwą mekką nowojorskiego środowiska artystycznego. Mimo to pozostawał białą plamą w życiorysie amerykańskiej Polonii...