15 października 2019
pod-powierzchnią copy

Język przeszłości

W powieści Daisy Johnson nic nie jest przewidywalne. Nic nie jest też łatwe ani wyjaśnione. Za pozornym chaosem kompozycyjnym i magmatyczną fabułą kryją się jednak niemal krystaliczna przejrzystość i przerażająca precyzja. Mimo że od pierwszych stron „Pod powierzchnią” narzucają się skojarzenia z grecką tragedią, w szczególności z mitem o Edypie wraz z całą rodzinną układanką, warstwa symboliczna tworzy nie tyle ramę dla całej powieści, ile raczej serię niedokończonych aluzji.

Największym wyzwaniem w lekturze „Pod powierzchnią” jest – zgodnie z modernistycznymi ideałami powieści – czas. Gdyby oznaczało to jedynie zaburzenie linearności czy też liczne retrospekcje, interpretacja byłaby wprawdzie wymagająca, ale nie karkołomna. W przypadku prozy Johnson – która dała się poznać już wcześniej jako autorka bezkompromisowa – mowa o zagmatwaniu godnym największych szaleństw początku minionego wieku. Czas zdaje się zasadniczym tematem „Pod powierzchnią”. W różnych formach osacza zarówno główną bohaterkę, Gretel, jak i wszystkie pozostałe postaci. Relacja matki i córki została zawieszona szesnaście lat temu i zostaje nawiązana ponownie, kiedy pamięć matki odchodzi w przeszłość.

Matka traci pamięć, traci rozum, traci swój język. Gretel, próbując zmusić ją do opowiedzenia historii, której sama nie potrafi poskładać ani zrozumieć, staje się więźniarką czasu. Z jednej strony podejmuje beznadziejną walkę o utrzymanie matki na powierzchni, nie pozwalając jej ostatecznie zapaść się w świecie obłąkanej wyobraźni i zdziecinnienia. Z drugiej  – usiłuje wywołać przeszłość, tak jak próbuje się wywołać duchy: bez wiary, że może się to udać, ale z dziką fascynacją, kiedy pojawiają się pierwsze sygnały, że jednak coś się wydarzy. Mimo że Gretel sięga pamięcią do swojego dzieciństwa, nie znajduje w tym okresie satysfakcjonującego początku własnej opowieści.

Wszystko, co na nowo przeżywa Gretel z mamroczącą matką u boku, zdaje się splątanymi losami osób, które kiedyś były jedynym znanym jej światem. Jeżeli brzmi to osobliwie, to dlatego, że pisarstwo Johnson bazuje na takich emocjach i powiązaniach, na ścisłym spleceniu ze sobą poszczególnych wątków, postaci, skojarzeń i wyobraźni –że w wielu fragmentach stają się nie do rozplątania. Nie oznacza to jednak porażki pisarskiej czy błędów warsztatowych. Nie sposób mieć jednak wątpliwości co do zamysłu autorki – zdaje się on aż nazbyt intensywnie eksplorowany, by mógł pozostać zagadką. Dziwność doświadczenia lepkiej przeszłości, którą bohaterka przeżywa raz jeszcze z nieomal masochistycznym zapałem, jest podstawą tej opowieści. Wszystko to, co jest domeną przeszłości, nie może zostać zrozumiane teraz, kiedy osoby, historie, słowa zniknęły albo zmieniły się tak dalece, że nie sposób w nich rozpoznać tego, co minione Nie wszystko może stać się jasne, bo nie wszystko miało takie być. Nie wszystko można opowiedzieć na nowo, bo dzisiejszy język nie odpowiada temu, czego doświadczało się, żyjąc na barce. Nie wszystko można wyjaśnić samej sobie, bo dziwność tamtego życia jest częścią własnej historii. Johnson nie wykorzystuje popularnej we współczesnej prozie metody polegającej na ponownym przeżywaniu przeszłości i przechodzeniu od etapu traumatycznego odrzucenia do akceptacji własnych blizn. Powiedziałabym, że zachodzi tu wręcz proces odwrotny. Odkrycie sekretów nie polega na ich rozwiązaniu (to szalenie ciekawy wątek) – ale na uświadomieniu sobie, że przeszłość skażona jest sekretem. Johnson cofa się przed pokusą autodetektywistycznej powieści. Zamiast tego łączy losy niejasne z głębokimi, choć nieco natrętnie powtarzanymi refleksjami na temat nieprzejrzystości języka.

Można postawić zasadne pytanie, czy wysiłek, który trzeba włożyć w tę lekturę, rzeczywiście jest tego warty. Wątpliwość ta pojawia się w tle innych czytelniczych refleksji – o oryginalności i zręczności narracyjnej autorki, a także rozmaitości używanych przez nią konstrukcji tekstowych. Bardzo ciekawym zabiegiem stosowanym przez autorkę jest kontaminowanie cech charakteru oraz anegdot z życia różnych postaci. Nie mamy w tym zakresie żadnej wskazówki ani kompozycyjnego ułatwienia. Mimo że pojawiają się kolejne imiona – Marcus, Margot, Fiona (by wspomnieć te najważniejsze) – niełatwo przyporządkować im historie i zrekonstruować wzajemne relacje. Jeżeli matka staje się obecnym/nieobecnym centrum opowieści, to za jej sedno Gretel uważa niewątpliwie zagadkę czasu oraz płci i seksualności wspomnianych trzech osób. Marcus mieszkający wraz z nimi na łodzi staje się obiektem zarówno cierpliwej obserwacji nastoletniej Gretel, jak i zapośredniczonej miłości do matki i Fiony – sąsiadki o intrygująco nieschematycznej osobowości. Obserwacja tego, co dzieje się z Fioną; co się dzieje w opiekującej się później Gretel rodzinie zastępczej; wreszcie: co dzieje się w miłosnych relacjach bohaterów – staje się dla głównej bohaterki tyleż obiektem nostalgicznej kontemplacji, co nieznośną układanką ze zbyt wieloma niewiadomymi. Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu. Ostatecznie stworzyła bowiem narrację rozpaczliwą i tragiczną zarazem. Nie tyle przez samą fabułę, która z czasem zaczyna się obłędnie kręcić w kółko, ile przez postawę głównej bohaterki: jest ona wręcz zacietrzewiona i nie cofa się przed żadną metodą dotarcia do sedna własnej historii. To proza nie dająca absolutnie żadnych odpowiedzi, gęstniejąca z każdą kolejną anegdotą i refleksją.

Co wyprawiałaś? – pytam. – Co wyprawiałaś?

Nie mogłam sobie przypomnieć tamtego słowa. Ale teraz sobie przypomniałam.

Przystaję, a ty ruszasz przodem, zdecydowanie, energicznie machając rękami. Jest coś dziecięcego w twojej logice, twoje dłonie trzymające napisane słowo między zębami, twój wyciągnięty język, by to słowo odzyskać. Tak samo jak wtedy, na rzece: zjadłyśmy serce zwierzęcia, by ukraść jego siłę.

 

Frapującym wątkiem powieści jest język prywatny matki i córki. Tworząc całe serie neologizmów, matka w pewnym sensie uzależnia córkę od swojej obecności. Gretel nie od początku wie, że słowa, których używa z matką, nie są zrozumiałe dla nikogo innego. Dotyczy to prostych czynności, ale także jednego z upostaciowionych lęków bohaterki: Bonaka. Czym jest Bonak? czy istnieje? czy istnieje takie słowo? co oznacza Bonak? Pytania, które Gretel zadaje sobie samej i matce, dotyczą możliwości wyrwania historii z czasu, zrozumienia języka poza kontekstem. Ekspozycji tego problemu służy też praca, którą wykonuje bohaterka: aktualizując encyklopedyczne hasła, próbuje ogarnąć je bez konieczności stosowania aktywnej komunikacji. Słowo, na którym się zatrzymuje, to break (niestety polskie tłumaczenie nie zdołało stworzyć spójnej wersji językowej części powieści budującej wątek słownikowy i encyklopedyczny; w oryginale litera „b” powraca wielokrotnie: w poszukiwaniu Bonaka, znajdowaniu przegródki z tą literą etc.). Wydaje się, że to jedna z ważniejszych metafor w powieści – nie chodzi o znaczenie słowa break, ale o próbę ogarnięcia dręczącego bohaterkę języka, wydestylowania jego prawdziwego znaczenia, pozbawienia go dziwności, za którą odpowiadają inni i którą formują w nas inni od wczesnego dzieciństwa. To oczywiście próba skazana z gruntu na porażkę – tak jak skazany na wypełnienie swego losu jest Edyp. Podczas lektury „Pod powierzchnią” powracałam myślami nie do samego mitu, ale do jego nowoczesnej realizacji: „Homo Faber” Maksa Frischa. Czytając o kolejnych spotkaniach Waltera, mamy poczucie fatalizmu dotyczące w najpierw seksualności, a ostatecznie – nieuchronności odkrycia druzgocącej prawdy. Edyp w wersji Johnson jest na wskroś współczesny, a jego fatalizm pozbawiony nadziei na przywrócenie równowagi. Na koniec, kiedy Gretel zasiada znów do swojego biurka, pozostaje pytanie: skoro nie można wrócić do początku, przeżyć na nowo przeszłości, czemu jeszcze służy opowieść o naszym życiu? Odesłaniu matki do przeszłości? Odejściu bez słowa?

 

Daisy Johnson „Pod powierzchnią”
tłumaczenie: Jan Kabat
Świat Książki
Warszawa 2019

Budowanie domu w sobie
07 grudnia 2019

Budowanie domu w sobie

Prace Christophera Kulendrana Thomasa wpisują się w szeroki nurt dzieł tworzonych przez artystów rozmaitych dziedzin w emocjonalnej reakcji na doznane wojenne traumy indywidualne lub zbiorowe.
Skanowanie dna
06 grudnia 2019

Skanowanie dna

Gdyby nie Piernikowski, nie byłoby Młodego Kotka, a może nawet i Siksy, a jeśli by byli, to ich tegoroczne płyty – odpowiednio „Tychy” i poświęcony Gnieznu „palemosty nielegal” – choć wydane później niż „The best of moje getto”, nie zyskałyby oddźwięku nawet tak skromnego, jakim się dziś cieszą...

(Nie)nasycenie
05 grudnia 2019

(Nie)nasycenie

„Przypominając sobie naszą ubiegłoroczną zapowiedź Boskiej Komedii, doszłam do wniosku, że wiele z naszych uwag, propozycji, postulatów zostało w tym roku spełnionych albo chociaż zauważonych” – Julia Kowalska i Julia Lizurek rozmawiają ze sobą o 12...