26 października 2012

Jaki kraj, takie interesy

Chociaż spektakl „Firma” w Teatrze Nowym w Poznaniu opowiada o kolei, nie skupia się na naszych przykrych doświadczeniach związanych z tym środkiem transportu, ale raczej próbuje dociekać ich przyczyn. Beztroskie zachowanie establishmentu zestawione jest tu z liczbami dowodzącymi patologii, ostatni rycerz prawdy to bloger, toczący samotny bój ze „skorurymporyrowaną” władzą, a całość utrzymana jest w nastroju sentymentalnej tęsknoty za czasami, kiedy czekanie na zamkniętej dzisiaj stacji miało jeszcze sens.

Opowiadana na scenie historia mogłaby stanowić kanwę kryminału politycznego o współczesnej Polsce pełnej przekrętów, o których niewiele się mówi. Znamy efekty prywatyzacji PKP: tysiące kilometrów zlikwidowanych połączeń, wyprzedawany za bezcen majątek i miliardy złotych, które po prostu się „rozeszły”. Tekst Pawła Demirskiego obnaża buraczane elity i przedstawia nasz kraj jako przedsiębiorstwo rodzinne, w którym za sznurki pociąga Wujek PRL. Monika Strzępka reżyseruje go, powtarzając sceny spadających, jakby z nieba, papierów z gotowymi ustawami, a krew przypadkowych ofiar ekonomicznej transformacji wylewa się nawet z kubków kawy. Nie jest to jednak thriller z życia sfer rządzących. Całość przekonuje siłą informacji, ale nie porywa, bo nieco za dużo tu chaosu i wypowiadanych słów.

Monika Strzępka i Paweł Demirski to jeden z najgorętszych duetów autorskich (reżyserka / dramaturg) w teatrze polskim ostatnich lat. Niejednokrotnie udowadniali, że są błyskotliwi, odważni estetycznie, bezkompromisowi światopoglądowo i zdecydowani w krytyce absurdów otaczającej nas rzeczywistości (tak w wymiarze ekonomicznym, jak i politycznym czy historycznym). Każda ich nowa premiera rozbudza nadzieje publiczności spragnionej dyskusji o sprawach ważnych. Wysoko postawioną poprzeczkę łatwo strącić. Jednak problemem w najnowszym spektaklu tej pary nie są nadmierne oczekiwania widzów, a zbyt wiele wątków, szkicowanych sytuacji i wcieleń pojedynczych aktorów. Monotonia i afabularność przełamywanej raz po raz narracji może nużyć, tym bardziej, że wyłaniającej się z tej opowieści diagnozie (Polska „nierządem stoi”) brakuje odkrywczości.

Obraz kraju przypomina w „Firmie” wizje z kazań księdza Skargi, opisującego płótno, które każdy ciągnie w swoją stronę, starając się urwać jak najwięcej dla siebie. Autorzy przedstawiają na scenie spiskową teorią dziejów, ukazując powiązania biznesu, polityki i służb specjalnych, których przedstawiciele dzielą majątek narodowy jak własny tort urodzinowy, popijając go wódką i szampanem. Sytuacja PKP, rozbitych na niewiarygodnie wiele spółek, które kilka osób ze szczytów władzy wyprzedaje za nikły procent ich wartości, staje się metaforą upadku państwa.

Jak ważne mogło być to przedstawienie, świadczą przywoływane fakty. Krótkie teksty wyświetlane na tylnej ścianie sceny mówią o redukcji zatrudnionych, zamykaniu wielu tysięcy kilometrów linii kolejowych, nieudolnym wykorzystaniu funduszy unijnych, znikomych – np. względem dofinansowania dróg – inwestycjach w infrastrukturę transportu szynowego i zdefraudowanych setkach milionów złotych. Wspominane jest wydłużenie czasu podróży na najważniejszych trasach i liczba ofiar wypadków kolejowych. Bez podpisów, które nie tylko przypominają te zdarzenia, ale też informują o kolejnych stacjach scenicznej wędrówki, nie udałoby się rozpoznać poszczególnych elementów narracji, prezentowanych bez zachowania chronologii zdarzeń. Widzowie prowadzeni są od restauracji, w której establishment świętuje finansowy sukces, przez nieczynne dworce kolejowe, do sejmu, gdzie właśnie wprowadza się ustawę o „komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji” PKP. Widzą wnętrza gabinetu którejś ze 186 spółek, na które rozbito firmę, sytuację w miejscu kolejowej katastrofy i pod zajmującą się nią prokuraturą. Całość rozgrywa się w pomiędzy rokiem 1999 a 2030, więc rekonstrukcja przeszłości i obrazy współczesne przeplatane są hipotezami na temat przyszłości.

Zmieniają się czasy, sytuacje i okoliczności. Gdy formułuje się zdecydowane tezy, jedną diagnozę można pozostawić bez zmian: polityk to złodziej, kapitalista ma krew na rękach, a ostatni rycerz prawdy i tak poniesie klęskę. Znakomita scenografia Michała Korkowca ukazuje wierzę kontroli lotów Portu Lotniczego Szymany. To nadmiar środków, prowadzących do refleksji, z którą spotykamy się od lat: władza, biznes i służby stale współpracują, traktując państwo jak prywatny folwark. Sprawa PKP może zostać porównana do tajnych baz CIA, bo poseł, dyrektor i prokurator (dziś premier) trzymają się razem, kryjąc swoje interesy i pisząc ustawy pod wzajemne dyktando. Skoro „prokurator umorzy”, ze spokojem kradną: rozmontowują szyny, sprzedają wagony, manipulują wycenami spółek kolejowych. Mają mocne plecy, bo za każdym stoi wujek ze służb PRL. Znakomicie klasyczny styl gry scenicznej Aleksandra Machalicy nie współgra z postacią dawnego funkcjonariusza. Nie sprawdza się też, kiedy wchodzi on w rolę kolejarza, płaczącego jak bóbr po restrukturyzacji firmy. Tylko grając przez chwilę pijanego, agresywnego aparatczyka, aktor pozbywa się koturnów.

Wujek PRL to były mąż, uosabiającej sukces, „kobiety dwudziestolecia”. Nigdy z nim nie zerwała, choć lubi manifestacyjnie się z nim rozwodzić. Tę najbardziej wyrazistą rolę spektaklu gra Antonina Choroszy. Zimna, władcza i wyrachowana, jako jedyna z grona sześciu postaci „trzymających władzę” nigdy nie traci pewności siebie, ani nie ujawnia słabości. Jest wcieleniem czystego zła, choć czasem nazywana jest ciocią, a czasem – panią premier. Na tle mało przekonujących ról męskich pozytywnie wyróżniają się też kreacje tworzone przez inne aktorki – Małgorzatę Łodej-Stachowiak, Martę Szumieł, a zwłaszcza Sławę Kwaśniewską. Ta ostatnia, właśnie TERAZ, jak oznajmia podpis na ścianie, idzie spędzić noc na nieczynnej stacji kolejowej; tam odzyskuje wrażenie sensu, bo na peronie zawsze na coś się czeka. „Dostarczycielka melancholii rozrywkowej”, jak sama się nazywa, to postać ciekawa, jednak jej pojawienie się nie wystarcza, żeby na planie fabularnym ukazać konsekwencje degradacji kolei, dotykające tak zwanych zwykłych ludzi. Codzienny bój podróżnych zastąpiony zostaje tęsknotą za jajkami na twardo jedzonymi w drodze i wspomnieniem wspólnoty, tworzącej się w pociągach unieruchomionych godzinami pomiędzy stacjami. „Ach”, uśmiecha się tęsknie aktorka, „było jak na letnim obozie”.

Gościnnie pojawiający się w spektaklu Michał Opaliński gra bezkompromisowego i zdecydowanego tropiciela afer, który nagłaśnia je na internetowym forum. Szybkim wypowiadaniem tekstów i nerwowym sposobem bycia kreuje postać jedynego sprawiedliwego, co (wobec delikatności tonu i subtelności gestu) nie zawsze przekonuje. Pozostali aktorzy mają trudniejsze zadania, bo zmieniają się ich funkcje na planie fabularnym i relacje z innymi bohaterami spektaklu. Widz potrzebuje czasem chwili, żeby zrozumieć nową sytuację i nowy sposób zachowania – pojawiające się nagle gwałtowne emocje, niespodziewane upojenie alkoholem, nieumotywowane wybuchy uczuć.

Trzygodzinny spektakl przeciążony jest dialogami. Publiczność ożywia się jedynie słysząc proste dowcipy, powtórzenia i przeinaczenia trudnych wyrazów. Forma sceniczna nie zawsze nadąża za tekstem, spektakularna scenografia pełni jedynie funkcje symboliczne, aktorzy za wszelką cenę starają się wykorzystywać posiadany warsztat do budowania charakterów, a zdarza się, że grają kilka różnych postaci. Próba przełamania monotonii prezentacji jest wyjście postaci na widownię, z której autotematycznie komentują„brzydki” spektakl. Zabieg ten sprawia jednak wrażenie, asekuracji twórczej. Być może autorzy sami nie wiedzą, jak potraktować swój eksperyment. Jeśli ma być to metafora – zbyt dużo tu publicystycznej dosłowności, a jeśli interwencja – futurystycznych wizji i abstrakcji.

Paweł Demirski
„Firma”
reżyseria: Monika Strzępka
Poznań, Teatr Nowy
premiera: 6.10.2012

fot. materiały prasowe

Śląska karuzela
20 listopada 2018

Śląska karuzela

W „Drachu” Szczepan Twardoch rezygnuje z linearnej narracji – szatkuje biografie swoich bohaterów, zmuszając czytelnika do bardzo uważnej lektury i samodzielnego układania jej elementów w całość...

(Po łebkach) w stronę queerstory
16 listopada 2018

(Po łebkach) w stronę queerstory

Zaczyna się i kończy mocno. Z pomysłem. Gorzej z środkiem, od metodologii po treść. Smakowicie zapowiadająca się „Dziwniejsza historia” Remigiusza Ryzińskiego przypomina queerstoryczny kalejdoskop, wirujący w takim tempie i naszpikowany tyloma lusterkami, że o zagubienie przyprawił samego autora, bo o ile wypada pochwalić Ryzińskiego za intencję, o tyle wykonanie pozostawia momentami sporo do życzenia...