11 września 2017
bunkier
Nomusa Makhubu, „Self-portrait Project" (Projekt autoportret), 2006, seria fotografii, dzięki uprzejmości artystki i Erdmann Contemporary

Imbryk Cèline’a i bawarski Negr

Mamy po polsku co najmniej trzy tłumaczenia „Jądra ciemności” Josepha Conrada, między innymi Anieli Zagórskiej (1937), Jędrzeja Polaka (1994) i Barbary Koc (2000). Czasem brzmi w nich „Ohyda!”, a czasem „Zgroza!”. Mamy też poręczną, uczniowską ściągę, której osobliwość polega na tym, że bryk jest dwa razy obszerniejszy od tekstu właściwej książki. Na niewiele się to jednak przekłada, wciąż bowiem mało z tej lektury rozumiemy, i nie mam na uwadze jedynie jej obecności, bądź nie, na aktualnej liście lektur szkolnych.

Mało rozumiemy, choć klucze do przemyślenia lekcji Conrada są właściwie wokół nas. To mogą być wciąż modne w mieszczańskim designie zielnikowe miniatury florystyczne, jakie wiesza się na wytapetowanych ścianach. Takim kluczem mogą być także statusowe zestawy porcelany (choć określenie „china” nie powinno wskazywać oczywiście na miejsce produkcji!). Podobnie mogą zadziałać nawet okładki edukacyjnych jakoby czasopism opisujących podróże, inne kontynenty i morza. O modnych ciuchach i biżuterii nie wspominając.

W takich właśnie kontekstach pokazano wspomniane przedmioty na otwartej właśnie w krakowskim Bunkrze Sztuki wystawie „Nowy region świata”. Joscelyn Gardner opowiedziała za pomocą zielnikowych miniatur o dramacie niewolnic, traktowanych przez właścicieli plantacji jako darmowy i zawsze dostępny obiekt seksualny. Jakkolwiek aborcja była przez prawo kolonialne na Karaibach surowo karana, kobiety sięgały po rośliny zapobiegające ciąży. W ten sposób oswojony wizualnie wizerunek krzewu kawy dopełniony został metalową obrożą, szykaną za odmowę urodzenia kolejnego niewolnika. Inną glosą tej opowieści – o której pisze w katalogu Olga Stanisławska – jest choćby okładka „w Sieci”, na której widniała Europa w postaci blondynki rozszarpywanej przez czarne ręce. Aktualna histeria na wieść o obcych gwałcicielach pisze kolejny rozdział dziejów kontroli własnych kobiet i wyparcia historii o masowych gwałtach dokonywanych przez białych na wszystkich kolonizowanych kontynentach.

Porcelanowy imbryk został potraktowany przez Jean-Ulricka Déserta jako materiał do wpisania weń delikatnej typograficznie inskrypcji. Ozdobne zawijasy są fragmentem „Przyczynku do pogromu” Louisa-Ferdinanda Céline’a, niewydawanego we Francji od 1945 roku.

„Kiedy już wszystko obróci się w gruzy, wyłoni się Negr, to będzie jego godzina, to będzie jego kolej, może wraz z Tatarem. To w końcu Negr, prawdziwy tatuś Żyda, który ma członek jeszcze większy, jako jedyny dominuje u kresu dekadencji. Dość tylko spojrzeć na nasze ślicznotki, jak się prowadzą, jak przechodzą od żydka do negra, niepokorne, szelmy, świadome wibracji”.

Tekst z imbryka rezonuje rozmowy, jakie i dzisiaj przy popołudniowej herbatce toczy się w wielu domach nad Wartą, Wisłą i Bugiem. Ani macice, ani brzuchy nie są wasze – trzeba zmartwić feministki – to zasoby kultury i cywilizacji. Nic wam do nich.

Janek Simon, konstruując własny model galwanometru, poddał badaniu okładki przedwojennego miesięcznika „Morze i Kolonie”, będącego artykulacją kolonialnych rojeń nowopowstałego państwa, które wstało z kolan po ponadwiekowym doświadczeniu bycia kolonią. Identyczną analizę dałoby się zapewne przeprowadzić także na okładkach późniejszych „Kontynentów”, „Poznaj Świat” czy pism w rodzaju „Podróże”. Ich okładki w dalszym ciągu przecież budowane są według logiki egzotyki i obcości. Czy widział ktoś kiedyś na nich nagą Europejkę? To, co skończyłoby się pewnie skandalem, a może i procesem karnym, nie kończy się niczym, gdy oglądamy piersi kobiet kolorowych.

Doskonałym pomysłem było połączenie wernisażu „Nowego regionu świata” z otwarciem pierwszej w Polsce ekspozycji prac Ines Doujak „Bezpańskie głosy”. Austriacka artystka na wiele sposobów przepracowuje problem związany z produkcją sieciowych – ale również tych z szacowną etykietą haute couture – ubrań, analogiczny w istocie do wyzysku niewolniczego. „Robotnicy, ryzykując zdrowiem i życiem, harują w pozamykanych na klucz halach wyposażonych w wadliwe instalacje elektryczne, by zdążyć na czas z zamówieniami”. A zamówienia są coraz częstsze, bo kapryśny konsument chce nowych kolekcji co miesiąc, co kilka tygodni (sprawdź w swoim ulubionym sklepie).

Zapożyczona od martynikańskiego filozofa i pisarza Éduarda Glissant’a fraza „nowy region świata” opisuje sytuację, w której cała planeta staje się przestrzenią przepływów i powiązań, co sam próbowałem przed dekadą oddać w tytule książki „Wiele światów, jedno miejsce”. Wszystkie narody, religie, języki, style życia, historie i ustroje wchodzą w kontakt, filtrując się nawzajem i krzyżując. Dawne mapy są już tylko całunem pośmiertnym postrasowego i postzachodniego świata, nawet jeśli tu i ówdzie wznosi się okrzyki typu „Tu jest Polska!”. Jak pisze założyciel Invisible Borders Trans-African Photographers Organisation, których prace są pokazywane na wystawie: „nie ma peryferii i centrów, ale raczej obszary różnorodnych narracji”. Idzie zatem już nie tylko o przepracowanie kolonializmu, ale o uświadomienie sobie jego ciągłego istnienia w wersji ekonomicznej, zdalnej, poniekąd odcieleśnionej. Jeszcze dalej spogląda Yedda Morrison, której wersja „Jądra ciemności” zawiera wyłącznie słowa odnoszące się do natury; to znak, by próbować opuścić antropocen/kapitałocen i przejść do epoki posthumanistycznej, wielogatunkowej.

Nie wszystkie prace dotyczące tak poważnej tematyki są do imentu poważne. Marie-Hélène Cauvin pokazała „Kamizelkę kuloodporną”. To rysunek ciała „twardego”, nagiego do pasa mężczyzny, pokryty ochronnymi tatuażami, z których najważniejsza jest podobizna Matki Boskiej Częstochowskiej (skądinąd „czarnej” Madonny). W inny sposób uruchomił ironiczny zmysł wspomniany już Désert. W cyklu fotografii „Negerhosen” możemy zobaczyć samego artystę ubranego w tradycyjne, ludowe Lederhosen, krótkie spodnie na szerokich szelkach (oraz kapelusz z piórkiem), pozującego do pamiątkowych zdjęć na tle niemieckich zabytków i niemieckich mieszczan. Gra koloru skóry artysty, białej skóry stroju ludowego i idiomu zdjęć „na tle”, skutecznie rozpruwa matrycę myślowego komfortu.

Wystawa kilkudziesięciu prac artystów z Afryki, Karaibów, Ameryk i Europy jest częścią Festiwalu Conrada. Towarzyszy jej świetny katalog z mądrym tekstem Stanisławskiej. Sama wystawa trafia w sedno, zmusza do myślenia, rewiduje nawyki, a nawet słusznie przestrasza. Wychyla się w przyszłość, bo ona winna być naszym zmartwieniem i nasza nadzieją. I chociaż potwierdzam adekwatność Conradowskiego opisu: „w mieście zadręczał mnie widok spieszących się na ulicach ludzi, którzy wydzierali sobie nawzajem grosiwo, by pożerać swe haniebne dania, łykać niedowarzone piwo i snuć marzenia, niepokaźne i głupie”, to jednocześnie wiem, że wystawa opowiada o czymś równie ważnym. Że opowiada historię powszechną.

 

„Nowy region świata”
artyści: Ewan Atkinson, Kader Attia, Sammy Baloji, Fiona Banner, Marie-Hélène Cauvin, Jean-Ulrick Désert, Jan Dziaczkowski, Gilles Elie-Dit-Cosaque, Brendan Fernandes, Joscelyn Gardner, Nomusa Makhubu, Christine Meisner, Yedda Morrison, Rachelle Mozman Solano, Claudia Rankine & John Lucas, Zina Saro-Wiwa, Wilhelm Sasnal, Janek Simon, Hank Willis Thomas, Invisible Borders Trans-African Photographers Organisation
kuratorki: Anna Bargiel, Olga Stanisławska
Kraków, Galeria Sztuki Współczesnej Bunkier Sztuki
9.09–12.11.2017

 

W Powszechnym bez zmian
17 listopada 2017

W Powszechnym bez zmian

Sceneria najnowszej premiery warszawskiego Teatru Powszechnego, „Mefista” w reżyserii Agnieszki Błońskiej żywcem wyjęta jest nie tylko z „Klątwy”, ale także z „Upadania” (ostatniej premiery zeszłego sezonu)...

Niespełnienia
16 listopada 2017

Niespełnienia

Wydaje mi się, że nie wypada krytykować powieści Liny Wolff. Po pierwsze – dlatego, że jest skandynawska, że szwedzki adres autora od jakiegoś czasu w Polsce oznacza doskonałą jakość. Po drugie – książka jest bardzo inteligentnie napisana, odkrywa przed nami kolejne poziomy interpretacji i gdyby wykorzystać przymiotniki, jakimi chętnie ozdabia się na Zachodzie okładki książek, można byłoby napisać, że to rzecz brawurowa, ekscentryczna, postnowoczesna czy wyjątkowo oryginalna...