29 października 2018
elroyale

Hotel na środku pustkowia

Udany debiut reżyserski nie musi od razu oznaczać otwartej furtki do przyszłej kariery – na własnej skórze przekonał się o tym Drew Goddard, o którym po nakręceniu świetnego „Domu w głębi lasu” słuch nagle zaginął. To oczywiście pewna dramatyzacja wydarzeń – przez chwilę twórca zaangażowany był w komiksowe widowisko „Sinister Six” (które nigdy nie ujrzało światła dziennego), a w międzyczasie pracował nad wieloma scenariuszami, między innymi do obsypywanego nagrodami „Marsjanina” Ridleya Scotta. Ale na nowy film w całości wyreżyserowany przez kogoś, kto wtedy uznany został za jedną z największych nadziei kina gatunkowego, przyszło nam czekać dobre osiem lat. „Źle się dzieje w El Royale” pojawia się jednak w końcu na ekranach światowych kin; bez wielkiej promocji i trochę znikąd, co tak naprawdę dobrze współgra z tym, że to dzieło widocznie odcięte od współczesnego kinowego krajobrazu. Po pierwsze dlatego, że wydaje się ono inwestycją zakładającą szczyt formy Goddarda, pozwalającą mu na sporą artystyczną swobodę – całość trwa niemal dwie i pół godziny, ma same wielkie nazwiska w obsadzie i niemały budżet. Po drugie dlatego, że to film powracający w fabule do lat 50. i 60., ale przywołujący też wspomnienia lat 90. przez przyjmowaną konwencję i wykorzystywaną estetykę. Brzmi to trochę jak przepis na pokracznego kinowego potwora Frankensteina i rzeczywiście, raz na jakiś czas można sobie o tym podczas seansu przypomnieć. Ten, kto zaznajomiony jest z twórczością reżysera, wie jednak, że ma on na tyle charakterystyczny styl, aby odciągnąć od podobnych niedostatków uwagę.

I tak właśnie zaczyna się „Źle się dzieje w El Royale” – od powolnego, niespiesznego, pełnego charakteru wstępu, podczas którego przedstawiane są nam kolejne postaci i subtelnie wprowadzane są sygnały pozwalające nam domyślać się, w którym kierunku potoczy się fabuła. Sama historia pozostaje klasyczną zabawą z oczekiwaniami widza, zbudowaną na stereotypach i konwencjach hollywoodzkiego kina sensacyjnego – mamy garstkę nieznajomych sobie postaci, z których każda wydaje się ukrywać swoje prawdziwe motywacje, mamy zamknięte miejsce akcji – tytułowy hotel o podejrzanej przeszłości – i mamy powody sądzić, że gdzieś na terenie tej posiadłości schowany został tajemniczy skarb. Pierwsza połowa seansu to cierpliwe splatanie tych wątków, a twórcy z widoczną radością bawią się w mylenie tropów i przedłużanie udzielania odpowiedzi na stawiane przez widza pytania. To też prawdziwy popis aktorskiego warsztatu – mamy tutaj bawiącego się jak zawsze świetnie na ekranie Jeffa Bridgesa, wspaniałego Jona Hamma, stanowiącą serce całości Cynthię Erivo i bardzo świadomą konwencji Dakotę Johnson. Ich charyzma, iskrzące się dialogi i budowane przez twórców napięcie muszą nam wystarczyć, bo zanim dowiemy się, o czym film tak naprawdę jest – minie już dobra godzina seansu.

Nie wypada przez to oczywiście zdradzać, o co toczy się gra i jakie są stawki. Można jednak wspomnieć o tym, co Goddarda w całym tym chaosie interesuje – a to pozostaje wciąż bardzo bliskie jego fascynacji z „Domu w głębi lasu”. Tam na warsztat wzięty został horror, a tutaj jest to kino kryminalne po rewolucjach Quentina Tarantino, ale metoda przywoływania na ekranie kolejnych gatunkowych schematów i bezlitosnego dekonstruowania ich aż do punktu, w którym zaczynają one przypominać smutne odbicia samych siebie, pozostaje podobna. Powracają również konteksty oglądania i podglądania innych, a także dwulicowości i konieczności publicznego ukrywania swojej prawdziwej natury. Podział na dwie sprzeczne sobie strony – dobrą i złą – staje się niemalże mantrą filmu, który koniec końców próbuje przekonać nas, że takie podziały pozostają bez znaczenia, a moralna ambiwalencja wpisana jest w naszą naturę. Podjęta zostaje również próba refleksji nad tym, dlaczego opowieści o ludziach robiących niewybaczalne rzeczy tak bardzo nas fascynują. A wszystko w ramach kina rozrywkowego, w którym nacisk stawia się zawsze przede wszystkim na dobrą zabawę.

I „Źle się dzieje w El Royale” sprawdza się przede wszystkim właśnie jako rozrywka. Chociaż wciąż jest to kino oparte na inteligentnym scenariuszu, nie ma tutaj równie dużej przenikliwości, co w debiucie Goddarda, przede wszystkim dlatego, że nie czuć też aż tak dużej zjadliwości wobec przedstawianego gatunku. „Dom w głębi lasu” był w końcu z jednej strony hołdem złożonym horrorowi, a z drugiej – złośliwą satyrą na jego temat. Tutaj twórcy wydają się jednak znacząco mniej przywiązani do estetyki kina kryminalnego. Kino sensacyjne lat 90. po premierze „Pulp Fiction” samo w sobie wykazywało się przecież dużą dawką samoświadomości, także przeprowadzane tutaj rozliczenie nie ma w sobie aż tak wielkiej siły oddziaływania. Pod wieloma względami można więc oglądać „Źle się dzieje w El Royale” jako zwyczajnego reprezentanta nieco zapomnianego gatunku.

Podobnie jest niestety z finałem. Przypowieść o moralności traci na wyrazistości wraz z wprowadzeniem trzeciego aktu i wtedy też zaczynają się problemy. Nie dlatego, że rozwiązanie zostaje niewprawnie zaaranżowane albo wydaje się odcięte od reszty filmu, a raczej dlatego, że nie potrafi sprostać wytworzonym przez cały seans oczekiwaniom. Ponieważ napięcie buduje się tak długo, a odkrywanie kolejnych tajemnic i prawdziwych motywacji bohaterów przynosi tyle satysfakcji, nadchodząca konkluzja wydaje się nieco zbyt prosta i nie aż tak emocjonująca w porównaniu do tego, co obserwowaliśmy na ekranie wcześniej. Nie psuje to raczej dobrej zabawy, a sam finał ma w sobie kilka ciekawych momentów (także takich o zaskakującym ładunku emocjonalnym), ale koniec końców trudno nie opuszczać sali kinowej z poczuciem pewnej niekompletności całego obrazu.

Nawet jednak biorąc pod uwagę wszystkie te wady, dwóch godzin spędzonych przeze mnie w El Royale nie uważam za czas stracony. To wciąż kino, które nie tak często przychodzi nam oglądać w multipleksie, z powodzeniem przypominające o tym, co przyciągało uwagę w pozycjach, do których się odwołuje. Powraca tutaj poczucie moralnej rozpusty ukazywanej w konwencji sztuki popularnej, wrażenie, że każda z postaci może umrzeć w najbardziej nieoczekiwanym momencie i charakterystyczne przedstawianie przemocy w nieco ironicznym, na wpół żartobliwym kontekście. To też obraz, w którym pomimo mainstreamowych zapędów wciąż próbuje się eksperymentować z formą, a akcja budowana jest przede wszystkim na wyrazistych postaciach. A że „Źle się dzieje w El Royale” ma też do zaoferowania piękne, klimatyczne zdjęcia i wspaniałą ścieżkę dźwiękową, warto przymknąć oko na to, co w tej wizji nie działa i wybrać się na wycieczkę do tego sztucznego, nieco psychodelicznego świata nasiąkniętej kinem fantazji.

 

„Źle się dzieje w El Royale”
reż. Drew Goddard
premiera: 12.10.2018

Baśń o nieodwracalności
22 marca 2019

Baśń o nieodwracalności

„Jak wytresować smoka” to tytuł zdający się być kpiną z kultury poradników, przedstawiających gotowe zestawy rozwiązań na każdą okazję. Przede wszystkim dlatego, że filmowa trylogia DreamWorks, inspirowana książkami Cressidy Cowell, ukazuje proces odwrotny do tresowania...

Historia stroi instrumenty
21 marca 2019

Historia stroi instrumenty

Język Jelinek to niezwykle trudny materiał teatralny – zarówno dla aktorów, jak i widzów. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że odbiór ponadgodzinnego spektaklu wykorzystującego tekst nasycony niezliczonymi odniesieniami to wysiłek intelektualny wymagający takiej koncentracji, że łatwo zgodzić się na (przynoszący ulgę) odbiór sensualny...

Pochwała zwięzłości. O krótkiej formie filmowej
20 marca 2019

Pochwała zwięzłości. O krótkiej formie filmowej

„Najtrudniejsze w realizacji pozostają obrazy, których treść i przesłanie zamknięte są w minimalnych ramach czasowych” – Henryk Lehnert wiedział, co mówi. Nakręcił blisko czterysta krótkich filmów, w Polsce i na świecie dostał za nie kilkaset nagród, by ostatecznie, za sprawą tych szalonych statystyk trafić do „Księgi rekordów Guinnessa”...