Archiwum
16.03.2012

Goreyowski ośmiopak

Tomasz Kowalski
Literatura

Jeśli wziąć pod uwagę przeciętną długość utworów Edwarda Goreya i jego zamiłowanie do eksperymentowania z miniaturowymi formami, wydana przez Wydawnictwo Znak książka jawi się jako całkiem pokaźny zbiór.

Po jej przeczytaniu wrażenie to szybko ustępuje jednak miejsca niedosytowi. Bo choć „Osobliwy gość i inne utwory” zawiera osiem obrazkowo-tekstowych historyjek stworzonych przez amerykańskiego pisarza i rysownika, na myśl przychodzą natychmiast kolejne, polskiemu czytelnikowi w większości nieznane, spośród ponad stu książek jego autorstwa. Chociaż chciałoby się więcej, nie można jednak narzekać: dokonany przez wydawców wybór jest spójny i reprezentatywny, a przekład Michała Rusinka w pełni zasługuje na uznanie.

Żeby uprzedzić ewentualne rozczarowania – w Goreyowskim świecie nie każdy się odnajdzie, zwłaszcza jeśli nie jest przyzwyczajony do sporej dawki absurdu, nonsensu i czarnego humoru, te bowiem przede wszystkim budują klimat tworzonych za pomocą obrazu i słowa mikronarracji. „HANDLARZ NARZĄDÓW robi swoje / po cichu, ciemku i ukradkiem. / To prosty fach: wystarczy szpadel, / a ciał jest zawsze pod dostatkiem.” – czytamy na przykład pod jednym z rysunków w „Fatalnej pigułce”.

Niezwykle trudno opisać Goreyowskie historyjki, każda próba streszczenia z góry skazana jest tu na niepowodzenie. Nie dlatego, że treści opowiedzieć się nie da, ale ze względu na nieuchwytność tego, co dzieje się na styku rysunku i tekstu, które wzajemnie się oświetlają, same w sobie tworząc niejednokrotnie, niezależnie od całości, autonomiczne dzieło. Dla przykładu: „Chińskie obeliski” opowiadają o zwyczajowej przechadzce Autora, zakończonej tragicznym wypadkiem – zostaje zabity przez spadającą urnę i pochowany w słabo widocznym miejscu na cmentarzu. Nawet jeśli dodać, że podczas spaceru spotyka rozmaite osoby, nie mówi to zbyt wiele. Stworzone charakterystyczną kreską rysunki oraz niezwykła dbałość o detale w połączeniu z precyzyjnym rytmem tekstu, jego rymami i abecadłowym uporządkowaniem, zasługują na znacznie więcej niż ograniczony do paru zaledwie zdań opis.

Spośród ośmiu zamieszczonych w zbiorze tekstów aż pięć zależy formalnie od alfabetu, chociaż i tutaj autorzy wyboru postarali się o różnorodność. Obok tekstów, w których każdy wers lub dystych zaczyna się od kolejnych liter (w jednych tłumacz zachował układ alfabetu angielskiego, inne dostosowane zostały do polszczyzny), pojawiają się utwory uporządkowane według odmiennego klucza. W „Fatalnej pigułce” w każdej strofie pojawia się zaczynająca się od kolejnej litery nazwa zawodu czy też osoby, w „Z nosa pod górkę” zasada ta dotyczy przysłówków określających narysowane postaci i zdarzenia. Większość utworów jest wierszowana, w poszczególnych wersach zachowywany jest zazwyczaj identyczny układ sylab i akcentów. Na tym tle wyróżnia się napisana prozą „Porzucona skarpetka”, jednak i w niej znaleźć można tak charakterystyczne dla Goreya niespodziewane, absurdalne zakończenie.

Punktem wyjścia raz bywa tu zdarzenie zupełnie zwyczajne, prowadzące jednak do zaskakujących konsekwencji, jak na przykład wyjście na spacer, innym razem – niecodzienne, od samego początku wyglądające na niezwykłe. „Ptaszysko”, poruszająca historia o przyjaźni i o tym, jak skomplikowane są relacje (międzyludzkie?), zaczyna się tak: „Raz wielki ptak się usadowił / na meloniku Emblusowi. / Nie dla kaprysu, co ciekawsze, / lecz by zamieszkać z nim na zawsze”. Dalej jest już tylko ciekawiej, znajomość pomiędzy nimi rozwija się i trwa rzeczywiście aż do grobowej deski.

Oprócz nietypowych zdarzeń utwory Goreya wypełnia galeria dziwnych postaci. Należy do nich nie tylko „osobliwy gość”, który dał tytuł całemu tomowi, ale także rozmaite okazy opisane w „Zupełnym zoo”, w którym zapoznać się można z Fiszczem („stwór nieczuły i ospały, / co zwykle wisi u powały”), Jelbem („byłby zdolny do rozbojów, / gdyby go nie trzymano w słoju”) czy też Zotyjem – „Co to takiego są Zotyje? / Zotyj był jeden. Już nie żyje”. Czegóż innego można się jednak spodziewać po autorze, którego upodobanie do kolekcjonowania dziwnych, nieprzydatnych przedmiotów sprawiło, że jego dom jeszcze za życia autora przypominał muzeum osobliwości, było powszechnie znane?

Wiele obrazków aż prowokuje do rozwinięcia historii, stworzenia na ich podstawie własnej opowieści – co bowiem stoi na przeszkodzie, by przedziwnym gatunkom stworów opisanych w „Zupełnym zoo” dopisać dalszy ciąg charakterystyki albo dopowiedzieć sobie wcześniejsze losy wszystkich dwadzieściorga sześciorga dzieci, które ulegają rozmaitym fatalnym wypadkom w „Cmentarzyku”? Wypadki to zresztą zgoła niepospolite (Gorey za dziećmi wyjątkowo nie przepadał): Karolcia zostaje „walnięta toporem”, w Natalkę ktoś wbija szydełko, Yorick zostaje rozgnieciony, a Zuzanka zapija się ginem.

Myli się jednak ten, kto uważa, że za wszystkim tym stoją wyłącznie nieskrępowane igraszki wyobraźni, przepełnionej duchem zabawy. Egzystencjalna refleksja płynąca z lektury Goreya zdecydowanie nie należy do wesołych – żyjemy w świecie pełnym absurdów i dziwności. Owszem, możemy się z tego śmiać, ale śmiech ten będzie zawsze albo reakcją obronną, albo – w najlepszym wypadku – wyrazem pogodzenia z faktem, że nie można się od tego piętna w żaden sposób uwolnić.

Edward Gorey, „Osobliwy gość i inne utwory”
przekład: Michał Rusinek
Wydawnictwo Znak
Kraków 2011

Fot. Edward Gorey, „Cmentarzyk”

alt