06 sierpnia 2018
pawel-czerwinski-730611-unsplash (1)
fot. Paweł Czerwiński via Unsplash.org

Fotoplastykon pana Czarka

Na dzisiejszym rynku księgarskim dominują powieści opasłe, a najchętniej czyta się prozę realistyczną, literaturę faktu i odbijane na matrycy gatunkowej kolejne tomy z kręgu kryminału i sensacji. Debiutować powieścią niewielką, niepodpadającą pod rynkowe kryteria powodzenia, antygatunkową i wytrącającą z rutyny czytania według prawideł, do których przywykliśmy, nie jest łatwo i chwała Wydawnictwu W.A.B., że zdecydowało się na taki eksperyment.

Marta Kozłowska „Stopą od nogi” zaprasza nas do świata onirycznej wyobraźni, w ramach której rzeczywistość ma kształt sennego marzenia, myślowej legorei, a niekiedy koszmaru. W pierwszym odbiorze powieści cokolwiek, co ma wspólnego z realistycznie pojmowanym sensem, nie istnieje – rządzą absurd, irracjonalność i nieprawdopodobieństwo. Nie może być inaczej, skoro bohater Czarek Hydraulik z zawieszonej „wszędzie i nigdzie” polskiej prowincji budzi się pewnego dnia i stwierdza, że „przestał się w sobie mieścić”, że „ostatecznie się sobą sprzykrzył”. Ale nowy dzień przynosi niespodzianki, które wytrącają go z codzienności i wciągają w wirówkę nonsensu (by odwołać się do tytułu opowiadania Janusza Głowackiego), jaką będzie jego podróż ku przekroczeniu – siebie, konwencji i realności. Mała odyseja, na którą wyrusza Czarek a.k.a. (czyli znany od pewnego momentu jako) Stopa od Nogi, to dla czytających najpierw podróż w krainę języka. Dlatego od razu dodam: tę powieść należy przeczytać przynajmniej dwukrotnie. Powodem jest właśnie kraina językowych skojarzeń, zbitek i niekonwencjonalnych semantyk, od których roi się opowieść. Kto da się uwieść temu poziomowi przekazu, może prześlepić to, czemu wszystkie te zabiegi służą. Kiedy czytamy: „Do szpilek i nylonowych pończoch panie noszą włosy na nogach”, nie o zwykłe odwrócenie sensu tu chodzi ani o tanie efekciarstwo, lecz o jeden z elementów wglądu we wspomnienia naszego bohatera, który w dziupli pewnego drzewa przygląda się realiom swojej młodości w PRL. Słowem, niebanalność języka służy autorce pokazaniu, że wbrew pozorom nawet najbardziej zmarginalizowane życie, toczące się wśród ludzi, którzy podobno w jedynym, w czym uczestniczą, to „tylko w obrotach kuli ziemskiej”, jest tym właśnie – pozorem. Pretekst, jakim jest śmierć głuchoniemego przyjaciela Czarka, miejscowego listonosza, z którym późniejszy Stopa toczył (sic!) nieustające dyskusje, uruchamia lawinę zdarzeń – językowych, tożsamościowych i etnograficznych, którym Czarek świadkuje, daje się porwać i pochłonąć, by wrócić odmieniony i z poczuciem, że zdobyta w trakcie peregrynacji wiedza sprawi, iż powrót na dobre nie będzie możliwy.

Nie ma sensu opowiadać fabuły tej przypowieści o człowieczym losie. Nie tylko dlatego, że – jak piszą wydawcy – jest ona nieograniczona prawami logiki i fizyki. Nie mam bowiem wątpliwości, że Kozłowska, wykształcona antropolożka kultury, zaprasza nas w istocie w realia mitu, sens którego wyłania się, jak w klasycznych analizach Claude’a Lévi-Straussa, nie w semantyce opowieści, ale w przeplataniu się metonimiczno-metaforycznych wątków (jej fragmentów) budujących sens na innym poziomie. Co więcej, idąc tym tropem, nie waham się nazwać Czarka tricksterem, a więc postacią uczestniczącą w cyklu tworzenia i niszczenia. Nasz udomowiony przechera jest jednocześnie pomniejszoną kopią Campbellowskiego bohatera kulturowego, który świadkuje stanowi świata, w jakim przyszło mu żyć, dokonuje czynów przekraczających jego wyobraźnię, do jakich – jak się jednak okazuje – jest świetnie przygotowany. Trickster zmienia się, dostosowuje do sytuacji, jest zmiennokształtny, ale zawsze czujny i wrzucony w wir wydarzeń. I najważniejsze: w swojej podróży w czasie i przestrzeni Polski wskazuje na niedoskonałości świata materialnego, obnaża ułudę szczęśliwości, jaką proponuje nam współczesność widziana jako konsumpcyjny raj. Czarek nie stroni od używek, pomagają one dostrzec w drodze to, co na co dzień umyka, pomagają nawiązać więzi z najdziwniejszymi nawet postaciami (z knypkiem Homo Faber, Wesołym Romkiem etc.), wreszcie – uwalniają świadomość i język z oków zdyscyplinowania i „normalności”.

Czytana powtórnie, i po raz trzeci, powieść objawia się dopiero w pełni, kiedy przenikniemy już zasłonę języka opowieści, kiedy stanie się on „nasz” („Siódmego dnia Stopa od Nogi miał sen tak nudny, że się obudził”), uwagę przyciągnie świat przedstawiony. Na stu kilkudziesięciu stronach mamy tych światów mnóstwo, a każdy z nich zostaje przenicowany, doświadczony i porzucony na rzecz kolejnych wyzwań. Nieuchronnie nasuwają mi się skojarzenia z fotoplastykonem. Kto pamięta to, archaiczny dzisiaj artefakt kultury, wie, że było to wieloboczne urządzenie do oglądania fotografii stereoskopowych dzięki specjalnym wizjerom. Z reguły było ich 25. „Stopa od nogi” podzielona jest na 23 rozdziały, które mogą być traktowane jako analogie takich właśnie wizjerów. Co więcej, o ile w fotoplastykonie chodziło ostatecznie o efekt diaporamy (zsynchronizowanie obrazu i muzyki), o tyle mamy podobny wzór odczuwania w powieści, choć zamiast muzyki obrazy świata zsynchronizowane są z użytym językiem opowiadania o nich. Rzeczywistość „skleja” się z planem jej wyrażania, dlatego musimy tę pierwszą odeń – tak – „odkleić”, by przyjrzeć się jej ponownie.

Powieść, mimo pozornej absurdalności i oparcia na grze wyobraźni, jest twardo zakotwiczona w konkrecie etnograficznym. Jest wiwisekcją Polski i Polaków, wszystkich uroszczeń, marzeń, brzydoty i tęsknot, jakie mamy niezależnie od miejsca zamieszkania, statusu i przynależności klasowej. „Niedosłowność” diaporam Niebieskiego Miasta, realiów zaciemniania „markietu” przed niecierpliwymi konsumentami, festiwali i jarmarków kretynizmu, wojny kibiców ŁKS i Widzewa i wielu innych fragmentów świata, którego doświadcza Czarek z synem i Roszkiem (mówiący pies, uczestnik wojen w Afganistanie i Iraku), to wszystko jako żywo przypomina przetworzony w stylu Kozłowskiej opis etnografii doświadczenia. To etnografia artystyczno-ironiczna, w pełni objawiająca się przykładowo w diaporamach (rozdziałach) „cygańskich”. Czytamy charakterystykę Wesołego Romka: „Jak gros Cyganów, tak i on urodził się skończony. W sensie gotowy. To jest kompletny. Duży, w kapeluszu, z pełnym uzębieniem. Takim matczyne łono go popełniło, takim przez życie kroczył i takim dnia pewnego w mogile miał spocząć. Takim samym jak on sam” [s. 71]; jego prababka z kolei całe życie sprzeciwiała się integracji społecznej Romów, powiadając „my, Cyganie, swoje wiemy: ludzi po prostu chcą nam rozszczelniać” [s. 77]. Pomny tego Romek ma pomysł na życie: „Ja się inaczej ludziom ukazuję. Jako stereotyp przychodzę. Jako stereotyp po wsiach, miastach kołuję” [s. 80]. Mnóstwo w innych miejscach takiej inteligentnie zaznaczonej etnologicznej wrażliwości i prześmiewczej interpretacji wielokulturowości butikowej.

Jak się rzekło, powieść domaga się lektury wielokrotnej, objawiając co rusz to nowe uroki, poziomy i znaczenia. Znajdziemy tutaj pięknie podane wątki nostalgiczne, szaleńcze wizje księżycowe, detaliczne opisy lokali, których już coraz w Polsce mniej, ludzi śmiesznych, ludzi pięknych, historyczne mitologie „rodowe”…. Ale nade wszystko mamy opowieść o zdobywaniu doświadczeń i mądrości przez Stopę od Nogi. Kiedy po rocznej odysei wraca Czarek w domowe pielesze, widzi, że w efekcie nie należy już do świata, z którego wywędrował. Najbliżsi zaadaptowali się i „kupili” świat, który Czarek widzi już inaczej i doń nie jest w stanie metonimicznie przylegać. Nie zostanie Krótkowzrocznym Garbusem, co wszystko ma na wyciągnięcie ręki i na wysokości wzroku. Stopa, jak jednak na trickstera przystało, być może nie żyje, być może znów się przepoczwarzył, kto wie. Wszak „Wrzesień podchodził październikiem, gdy Stopa wysiadł z autobusu i znalazł się na jawie. Wciąż nie otwierał oczu. Udawał, że nadal go nie ma, że jeszcze się nie włączył” [s. 166]. Podróże zmieniają ludzi, ale tylko mądrych. Stopa zmądrzał i musi zapłacić za to cenę nieprzynależenia: „Stopa przysiadł na czubku targanej wiatrem stuletniej sosny i tak już pozostał” – to ostatnie zdanie powieści.

Smutna w istocie, mądra książka, ukrywająca tę mądrość za wieloma zasłonami. To książka o nas, bez wątpienia.

 

Marta Kozłowska, „Stopa od nogi”
Wydawnictwo W.A.B.
Warszawa 2018

Polski mecenas bitników
16 października 2018

Polski mecenas bitników

Klub otwarty w 1964 roku przez polskiego imigranta był przez kilka lat prawdziwą mekką nowojorskiego środowiska artystycznego. Mimo to pozostawał białą plamą w życiorysie amerykańskiej Polonii...

Epika, liryka, dramat
12 października 2018

Epika, liryka, dramat

„Kamerdyner” to film ze wszech miar epicki: rozciągnięty na lata, łapiący wielką historię, nakręcony z ogromnych realizatorskim rozmachem. Ale jest w nim również wiele z intymnego liryzmu...