15 kwietnia 2020
z25719243V,Fosse-Verdon
Fosse/Verdon | ©HBO

Fosse/Verdon albo miłość/nienawiść

Z nienajlepszymi serialowymi i filmowymi biografiami artystów jest jak ze słabymi kryminałami. Tam już w pierwszym odcinku wiemy, kto zabił. Tu – już od początku wiemy, kto jest kim.

Z niemal rocznym opóźnieniem do HBO GO trafił wreszcie serial „Fosse/Verdon”. Serial miał premierę w kwietniu ubiegłego roku, przez kolejne miesiące gremia rozmaitych nagród zdążyły go docenić w kilku mniej znaczących kategoriach i jednej kluczowej. Michelle Williams, odtwórczyni roli Gwen Verdon, została obsypana statuetkami. Równolegle z nią doceniana była (w tej samej kategorii – w konkursach filmowych) Renée Zellweger za rolę Judy Garland. Obie wykreowane przez aktorki postaci to nie tylko dwie wybitne artystki sceny i musicalu, ale też kobiety, które obok wyzwań estrady zmagały się z problemami życia prywatnego. W 2019 roku połączyły je nie tylko premiery ekranowych biografii, ale także bolączki tych dzieł. Role Zellweger i Williams są wspaniałymi osiągnięciami artystycznymi, lecz nie można tego samego powiedzieć o produkcjach, w których wystąpiły. „Judy” jest niewątpliwie dużo gorszym filmem niż „Fosse/Verdon” serialem. W obu przypadkach jednak zmagałam się z tymi samymi zarzutami i wątpliwościami: nudą, sztywnością konwencji, nieprawdopodobną przewidywalnością opowieści. Wszystko to sprawia, że po obu seansach (w których uczestniczyłam w niewielkim odstępie czasu), odnoszę wrażenie jakiegoś osobliwego przesilenia i potwornej niemożności reżyserów, owładniętych potrzebą oddania sprawiedliwości artystom i artystkom, którzy przerastają ich o dwie głowy.

Żałuję, że większa grupa twórców nie poszła drogą śmiało wytyczoną przez „Feud: Bette and Joan”. Dobrą próbą wydaje mi się zadanie sobie pytania, czy biografie i relację bohaterów da się streścić w dwóch zdaniach. Przy „Feud” najpierw długo się zastanawiam, a następnie wypowiadam chaotyczne ogólniki, które nie oddają sedna serialu ani relacji aktorek. Przy „Fosse/Verdon” sprawa wydaje się dużo łatwiejsza: dwoje tancerzy i artystów nie potrafiło tworzyć ani żyć bez siebie nawzajem. Życiowy, artystyczny i historyczny koszt tej relacji poniosła Verdon.

Historia ich związku i artystycznej współpracy, rzecz jasna, nie wyczerpuje się w tych zdawkowych zdaniach. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jedynym, co zapewnia relatywną istotność tego dzieła, jest wspaniała w swojej subtelności kreacja Michelle Williams. Nie sposób mieć zastrzeżeń do Sama Rockwella w roli Boba Fosse’a – jest to poprawne rzemiosło, któremu tylko czasami przeszkadza nieporadnie doklejona łysina. Większość pozostałych aktorów także uwija się jak w ukropie, by oddać złożoność i wyjątkowość tej opowieści. Niestety tutaj znajdziemy nietrafione wybory. Ani nastoletnia córka pary, ani ich najbliższa przyjaciółka – przedwcześnie zmarła Joan (w tej roli Aya Cash, najlepiej znana z „You’re the Worst”) nie okazały się najlepszymi decyzjami castingowymi. Ich niedopasowanie do filmu jest jak wspomniana łysina Fosse’a – trochę za bardzo sztuczna, trochę zbyt jawnie pokazująca, że oglądamy upozowany „na epokę” i „na prawdę” serial.

Relacja między Verdon i Fosse’em zbudowana jest na nieustającym napięciu, toksycznych grach i twórczej pasji, za którą nie nadąża ich małżeńskie i rodzicielskie życie. Zarówno Verdon, która wybiera karierę tancerki wbrew (nieco uogólnionym w serialu) przeciwnościom losu, jak i Fosse, wyrywający się przeznaczeniu czekającemu na biednego chłopca w przedwojennym Chicago, stawiają wszystko na jedną kartę. Mimo powtarzanej w serialu mantry, że Fosse nie spełnił swojego marzenia, by zostać drugim Fredem Astaire’em, nie sposób mieć wątpliwości co do jego sukcesów. To do dziś jedyny twórca, który w jednym roku nagrodzony został Oscarem, nagrodą Emmy i Tony. Jego „Kabaret”, „Cały ten zgiełk” czy wcześniejsza „Słodka Charity” na stałe zapisały się w historii kina. Los był mniej łaskawy dla Gwen Verdon, co w serialu omawiane jest przez parę bohaterów wielokrotnie.

Kłótnie małżonków należą niewątpliwie do jednych z najtrudniejszych scen, jakie przyjdzie oglądać widzowi. We właściwie każdym z tych emocjonalnych dialogów sprawy zdają się jasne, a przez to trudne do przełknięcia. Fosse nałogowo zdradza (a mowa tu nie tylko o romansach, ale i profesjonalnych zobowiązaniach) swoją żonę, jego tłumaczenia są koszmarnie stereotypowe, nie można też spodziewać się zmiany w jego postępowaniu. Trudność nie polega jednak na zaakceptowaniu wizerunku wspaniałego artysty i paskudnego mężczyzny (nic nowego pod słońcem), ale w upartym masochizmie Verdon, który przerwany zostanie dopiero przez (niekonsekwentną) separację pary. Cichą obserwatorką i ofiarą ich toksycznej relacji jest córka Nicole – jak szybko się zorientujemy, próbująca szukać ukojenia w substancjach, którym ojciec był bardziej wierny niż własnej żonie.

Akompaniamentem awantur, pożegnań i ponownych powitań, walki na artystyczną śmierć i życie jest tu zaskakująco powściągliwie ukazana strategia Fosse’a wobec pracujących z nim kobiet. Na nieprzerwaną i obrzydliwą serię składają się historie dziesiątek kobiet – uwodzonych, molestowanych, zastraszanych w przypadku odmowy stosunku seksualnego, usuwanych z obsady po odrzuceniu awansów reżysera, wreszcie: zmuszanych do niewidoczności. Za osobliwy pomysł uważam rozkoszowanie się twórców serialu faktem, że Gwen Verdon jest jedyną kobietą traktowaną przez Fosse’a z szacunkiem. Nie jestem pewna, czy to w istocie prawda – odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia raczej z jedyną kobietą, która nie była od niego w pełni zależna. Jej niezależność nie jest jednak powodem do ośmieszenia i poniżenia – doskonale podkreśla to przyspieszenie montażu, gdy w mieszkaniu reżysera pojawiają się kolejne tancerki – pozostałych kobiet. To zaskakująco konserwatywna i „wczorajsza” strategia serialowa, która stwarza wrażenie, że mamy do czynienia z krytycznym lub pogłębionym portretem twórcy. Reżyser serialu zdaje się także w innych fragmentach z upodobaniem czerpać z dobrze znanych chwytów filmowych – wypadają one jednak dość męcząco i dysfunkcjonalnie. Zamiast pogłębienia psychologicznego mamy niekończące się cięcia przed kulminacją sceny (tu np. pukanie Verdon do drzwi), powtórzenia, ciągłe przyspieszenia, retrospekcje, niby-stand-up Fosse’a stylizowanego na Lenny’ego Bruce’a. Wszystko to sprawia wrażenie pewnego chaosu i – niestety – zamiast wzmacniać emocjonalne napięcie, kompletnie je gubi. Bardziej niż opowieść o dwójce zaplątanych w siebie nawzajem ludzi mamy dziwnie podkręcone dwa portrety, które we fragmentach ujawniają potencjalnie wielki serial. I że ów potencjał rozpadł się na narracyjne chwyty i wspaniałą kreację Michelle Williams.

W jednej z najbardziej subtelnie napisanych i zagranych scen niemal pięćdziesięcioletnia Verdon rozpoczyna przygotowania do roli w „Chicago”. To jej największe artystyczne marzenie, odsuwane w czasie przez niechęć męża do realizacji tego projektu. Tancerka nie jest już tak doskonale sprawna, widoczne stają się jej ograniczenia, których nie chce zaakceptować. Podczas pobytu w letnim domu schodzi na śniadanie. Siada przy stole z dwudziestokilkuletnią kochanką swojego męża, tancerką i aktorką Ann Reinking, przygotowuje sobie posiłek. Sięga po croissanty, następnie bułeczki, ostatecznie ze spokojem wybiera tylko winogrona i jakiś inny owoc. Nie jest to ani ostentacyjna, ani martyrologiczna scena. A jednak to w takich ujęciach widać, jak bardzo chybione było postawienie na środki filmowe o subtelności armaty.

Ostatecznie jest to bowiem – mimo widocznych wysiłków – serial pozbawiony oryginalności, śmiałości w ujęciu biografii obojga artystów. Przeładowany powtarzającymi się zabiegami narracyjnymi i montażowymi, umęczony własną społeczną istotnością i chybioną powagą. W tym tkwi dziwna słabość tego serialu – nie w niedoskonałości, ale w próbie zadowolenia absolutnie wszystkich. Mamy więc zbyt słabo zarysowany kontekst społeczno-polityczny, niedopieszczone biografie i – co chyba najbardziej rozczarowujące – morał całej tej historii, oczywisty już w czwartej scenie. Ewidentne wydaje się, że twórcy w pocie czoła dowodzą niesłusznego i haniebnego niedocenienia Verdon – każdy widz o zdrowych zmysłach będzie podzielał to przekonanie. Z odcinka na odcinek coraz bardziej wydaje się, że ów błąd zostaje powielony poprzez niewykorzystanie potencjału Williams, która w swoją postać wciela się z przenikliwością godną wszystkich telewizyjnych nagród. Tymczasem scenariusz zostawia ją gdzieś w pół drogi pomiędzy charyzmatyczną artystką, targaną sprzecznością uczuć, a właściwie banalną opowieścią, która nie znajduje żadnego wyjaśnienia czy uzasadnienia w tym, jak została napisana. Nie widzę w tym błędu Williams – dostrzegam go w schemacie, który zaprzęgnięto do opowiedzenia tej historii.

Równocześnie twórcy zdają się nie mieć także ciekawego pomysłu na postać Fosse’a. Nie spodziewałam się, że dojdę do takiej konkluzji, ale po męczących mnie przez parę tygodni przemyśleniach stwierdzam, że także sylwetka toksycznego męża-artysty, emocjonalnego i artystycznego wampira, skrzywdzonego w dzieciństwie utalentowanego chłopca, domaga się bardziej złożonej, zarazem empatycznej i nie tak łatwo rozgrzeszającej opowieści. Retrospekcje mają tu zastępować pogłębioną refleksję, tworzą jednak banalny obraz traumy, która przeradza się w traumatyzowanie najbliższych. Wykorzystywania przez innych, które po latach, kiedy mężczyzna ma nie tylko siłę, ale i władzę ,przeradza się w wykorzystywanie zależnych od niego.

Serial nie jest w stanie uchwycić tego, co sprawia, że Fosse i Verdon nie tylko nie mogli bez siebie żyć, ale nie potrafili stworzyć w pełni indywidualnie (bez emocjonalnego i artystycznego wsparcia małżonka) nic szczególnie oryginalnego. Można podejrzewać, że to jeden z powodów, dla których Thomas Kail i Steven Levenson sięgnęli po tę historię. Wydaje się, że dwa portrety, które stworzyli, sprawdzają się nieźle jako konwencjonalna opowieść na nasze – relatywnie świadome wzajemne uwikłania płci, sztuki, rozrywki oraz przemocy – czasy. To, rzecz jasna, można uznać za dobrą wiadomość. Tak przewidywalna konwencja nie jest jednak w stanie sprawić, bym poczuła, że miłość/nienawiść w „Fosse/Verdon” nie była przejmująco smutnym banałem.

 

„Fosse/Verdon”
twórcy: Thomas Kail, Steven Levenson
dostępny na: HBO GO

Numinosum
21 maja 2020

Numinosum

[…] jednocześnie fascynuje i przeraża, wywołuje ekstazę i grozę. […] Tak świętość jako zjawisko próbował wyjaśnić religioznawczy klasyk Rudolf Otto; ale dokładnie tak samo można określić doświadczenie religijne, o którym opowiada w serialu „Devs”...

Porozmawiajmy o umieraniu
19 maja 2020

Porozmawiajmy o umieraniu

Szczerość Chast ciekawie odbija się na samej formie komiksu – bo tak naprawdę mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko komiksem. To raczej pamiętnik, do stworzenia którego Chast wykorzystała nie tylko komiks, ale także notatki, wiersze, szkice i zdjęcia...