27 czerwca 2019
Doreen-Ma-1

Fałszywka

Czułem się rozbity, kiedy rozsiadając się w wygodnym fotelu w multipleksie, padłem ofiarą przyciężkich zapowiedzi nadchodzących premier. Gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie nawiedzone domy pełne duchów i zjaw, nawiedzone aparaty fotograficzne z nawiedzonymi kliszami, nawet nawiedzone zabawki przy okazji ósmego sequela „Laleczki Chucky”. Nastała więc w mainstreamowym obiegu osobliwa moda na grozę, wszystkim zachciało się nagle podążać za tym popularnym trendem, zaroiło się w kinach od horrorów rozmaitej maści. Czym gatunek ten jest, każdy wie i widzi, nie każdy jednak powinien próbować w nim swoich sił, czego sztandarowym przykładem okazał się najnowszy film Tate’a Taylora. „Ma” to piąta woda po kisielu najlepszych produkcji studia Blumhouse ze znakomitymi „Uciekaj!” i „To my” Jordana Peele’a na czele. Powiedzieć, że nie udało mi się nawiązać kontaktu z tym filmem, to nic nie powiedzieć. Od tygodnia trwam w autentycznym porażeniu i osłupieniu. Prawda jest bolesna, ale z absolutną pewnością mogę stwierdzić: nie widziałem od bardzo dawna tak niezręcznej, tak spektakularnej klapy.

Nie bez przyczyny powołałem się na przykład Peele’a, bo to właśnie ten człowiek przekonał świat, że formę dreszczowca należy dziś rozprężać, problematyzować i traktować jako pojemną metaforę, że najlepsze filmy nurtu mogą stać się nieprzebraną skarbnicą wiedzy o całokształcie życia społecznego, diagnozą tego, co u statystycznego Kowalskiego wywołuje realne zaniepokojenie. Strategia oparta o zasadę, że zło to nie tyle krwiożercze monstrum, ile siła tkwiąca w nas samych i wynik naszego postępowania, jest oczywiście stara jak świat, ale to właśnie ona sprawiła, iż horror przestał być uznawany za gatunek podrzędny, a sukces niskobudżetowego „Uciekaj!” otworzył drogę kolejnym twórcom, których poszukiwania spotkały się z ogromną skalą zainteresowania. Po obejrzeniu „Ma” muszę przyznać, że Taylor miał realne podstawy ku temu, by spróbować sił na tym podatnym gruncie, w końcu twórcę głośnych „Służących” interesują ważkie społecznie tematy: problem wiktymizacji, molestowania i nadużyć na tle rasowym w amerykańskich szkołach. Cel jest szczytny – zgoda. Szkoda tylko, że Taylor nie czuje przyjętej konwencji. Bez przerwy myli zapał do nakręcenia „horroru z ambicjami” ze stylizacją, naśladownictwem, i najtańszą z istniejących form pozerstwa, których namiętnie nie znoszę. Trudno się dziwić, że „Ma” wygląda jak fałszywka przy oryginale, jak odbębnione na kolanie zadanie z „umiejętnego poruszania się w obrębie festiwalowych trendów”. Jednym słowem: wypada to naprawdę koślawo.

Owszem, film o wyzysku i uprzedmiotowieniu kobiecej seksualności swoje ważyć powinien, ze względu jednak na to, że mówimy o kinie grozy, wypadałoby też porządnie postraszyć. Szkopuł w tym, że Taylora nie stać ani na szczyptę grozy, ani jakiegokolwiek napięcia. Być może jednak należy zacząć od początku. Rzecz idzie tak: przypadkowa kobieta urządza w swojej piwnicy  imprezy, na których dzieciaki z sąsiedztwa mogą bez przeszkód poszaleć. Nikogo nie pyta o dowód, mocne trunki leją się strumieniami. Wszyscy wiemy, co się wydarzy: zblazowane popijawy zepsutej młodzieży i obowiązkowa jatka z udziałem wybranych delikwentów. Największy zarzut scenariuszowy wiąże się zresztą z tym ostatnim. Z biegiem czasu widz zostaje uraczony kilkoma tanimi, niezbyt zgrabnie wprowadzonymi retrospekcjami, które mają odsłonić mroczne intencje tytułowej mamuśki. Sue Ann jako nastolatka padła ofiarą okrutnego spisku kolegów z klasy, którzy wykorzystali seksualną niewinność i naiwność dziewczyny zadurzonej po uszy w chłopaku ze szkoły. „Po latach zapłacą za to nie tylko prześladowcy, ale również ich Bogu ducha winne dzieci!” – zdaje się wypowiadać, a właściwie wykrzykiwać brzemienne w skutki słowa bohaterka Olivii Spencer. I tak oto obraz udający tajemnicze, niespodziewane, mocne uderzenie ginie w nadobecnych dosłownościach, uproszczeniach i pretensjach.

Wróćmy jednak do strachu. Największym zarzutem, jaki można postawić „Ma”, a przy okazji największym grzechem przy próbie narzucenia na siebie kostiumu horroru, jest to, że marność historii, która prowadzi do krachu postaci i dramatu, nie chce przekształcić się w choćby odrobinę dreszczu na skórze. Taylor strzela do widza jump scare’ami i czymś, co przypominać miało krwawą, gore’ową masakrę niczym ślepakami, robiąc to pro forma, jakby były przynudnawą koniecznością. Inną kulą u nogi jest fakt, że dziwna piwnica nie zostaje ograna jako przestrzeń uwodząca klaustrofobicznym nastrojem, nie czuć w niej stęchłego zapachu osaczającego pomieszczenia. Tym, co nadaje dziś ciężar takim filmom jak „Hereditary: Dziedzictwo” czy „To my”, są między innymi warstwa plastyczna filmu i bajer estetyczny, które pozwalają uraczyć widza ostrą jak papryczka chili atmosferą. U Taylora zbyt rzadko pracuje obraz, reżyser popełnia kardynalny błąd, nasycając ekranowy świat umiarkowanie atrakcyjną paletą stylu zerowego. Nawet wymyślne finałowe tortury – przypalanie ofiar żelazkiem parowym czy zszywanie ich ust nicią krawiecką – przypominają bardziej codzienne obowiązki pomocy domowej ze „Służących” niż jakąkolwiek formę opresji. „Ma” zdaje się podszyta powściągliwością przed uderzeniem mocno tam, gdzie mogłoby naprawdę zaboleć.

Złości więc zbyt łatwo zmarnowany potencjał, a przy tym absolutna amatorszczyzna, której od zapomnienia nie ratuje żadna scena, żaden przebłysk geniuszu czy choćby kusząca perspektywa wykorzystania ogromnego potencjału humorystycznego zawartego w idiotycznych decyzjach podejmowanych przez nastukanych nastolatków i emploi tytułowej bohaterki. Z reguły nie występuję w roli krytyka wichrzyciela, który dobiera się do skóry biednych filmowców, ale w przypadku „Ma” jest doprawdy tragicznie. Ciężko wysiedzieć w fotelu, kiedy już po pierwszym kwadransie jakikolwiek entuzjazm z człowieka wyparowuje. Szkoda tylko, że jeszcze na długo po seansie zostaje niesmak. Podzielam opinię Jakuba Popieleckiego, który użył w tym kontekście ordynarnego i mało subtelnego, ale jakże celnego porównania, zestawiając „uciechę” widza z konsumpcją ciasta z „toaletową wkładką”, jakim Olivia Spencer uraczyła bohaterkę graną przez Brye Dallas Howard w „Służących”. Oby jak najmniej równie przykrych niespodzianek, czego sobie i Państwu życzę.

 

„Ma”
reż. Tate Taylor
premiera: 21.06.2019

Budowanie domu w sobie
07 grudnia 2019

Budowanie domu w sobie

Prace Christophera Kulendrana Thomasa wpisują się w szeroki nurt dzieł tworzonych przez artystów rozmaitych dziedzin w emocjonalnej reakcji na doznane wojenne traumy indywidualne lub zbiorowe.
Skanowanie dna
06 grudnia 2019

Skanowanie dna

Gdyby nie Piernikowski, nie byłoby Młodego Kotka, a może nawet i Siksy, a jeśli by byli, to ich tegoroczne płyty – odpowiednio „Tychy” i poświęcony Gnieznu „palemosty nielegal” – choć wydane później niż „The best of moje getto”, nie zyskałyby oddźwięku nawet tak skromnego, jakim się dziś cieszą...