piqsels

Emisariuszka rewolucji

Renata Lis napisała bardzo ciekawy tekst na temat książki Klementyny Suchanow. Eseistka jednocześnie ceni i gani biografkę Gombrowicza. Przekonuje nas do lektury „To nie jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze”, zwracając uwagę na resentymenty, uprzedzenia czy narracyjne mankamenty publikacji. Podzielam większość z recenzenckich uwag. Jednocześnie, po lekturze książki, mam chęć na drobną polemikę z Lis oraz zaakacentowanie kwestii, które nie wybrzmiały w dotychczasowych śladach recepcyjnych książki Suchanow (mam tu na myśli mniejsze i większe polemiki toczone w raczej zamkniętych kręgach Facebooka oraz bardzo istotny tekst Andrzeja W. Nowaka opublikowany w CzasKultury.pl. Mój recepcyjny ślad wobec ostatniej z wskazanych recenzji jest dopełnieniem, nie polemiką).

Najpierw jednak kilka słów tłumaczenia. Dlaczego mężczyzna pisze o feministycznej książce? Furtkę dla mojego głosu otworzyła sama Suchanow, która we wstępie do czytania książki zachęciła również mężczyzn. Według niej polski ruch feministyczny, w przeciwieństwie do innych (np. południowoamerykańskich), nie wyklucza udziału mężczyzn. Sprawy, o które walczą kobiety, dotyczą nas wszystkich. Jednocześnie Suchanow zaznacza, że mężczyźni powinni uszanować zasadę pozostawania w drugim rzędzie, najważniejsze jest doświadczenie i głos kobiet. To jasne. Sprawa płci aktywistek i aktywistów komplikuje się jednak w chwili, gdy walka z fundamentalistyczną agendą obejmuje również sprzeciw wobec dyskryminacji środowisk LGBT+. Tu nie ma rozwiązania, wzoru postępowania. Wydaje się, że obowiązującą zasadą powinna być po prostu współpraca. Nie mam właściwych odpowiedzi. Nie to jest celem tego akapitu. W niniejszym fragmencie chcę jedynie zasygnalizować powyższe kwestie i jednocześnie wytłumaczyć się z chęci zabrania głosu. Uczestnictwem mężczyzn w kobiecych ruchach emancypacyjnych zajmowałem się w innym miejscu (patrz: „Emancypanci i emancypatorzy”).

Książka Suchanow wymaga dużej uwagi. Jej lektura odsłania to, czego dotychczas brakowało w opisach polskiej wojny z gender. Mam tu na myśli publikacje popularne i naukowe Agnieszki Graff, Elżbiety Korolczuk, a także moje. Wojną z gender nazywam wzmożone po 2012 roku działania prowadzące do dyskryminacji kobiet oraz środowisk LGBT+. Dotychczas zajmowaliśmy się jej przejawami. Dyskutowaliśmy, opisywaliśmy lub ośmieszaliśmy słowa i gesty tych, którzy walczyli z „ideologią gender” czy „ideologią LGBT”. W ten sposób poruszaliśmy się po powierzchni. „Wczorajsza” próba chronologicznego opisu czy poszukiwania źródeł tez głoszonych przez polskich fundamentalistów teraz pogłębiona została o śledztwo, ukazujące organizacyjne i finansowe powiązania konserwatywnych instytucji dążących do zmiany praw i kształtu współczesnych, liberalizujących się społeczeństw zamieszkujących przynajmniej cztery opisywane przez Suchanow kontynenty.

Cztery kontynenty dają wyobrażenie rozmachu prowadzonego przez autorkę śledztwa. W ilości przytaczanych nazwisk można się pogubić, toteż Suchanow proponuje nam uproszczone biografie głównych bohaterów swojego śledztwa. Każdy z nich zostaje obdarzony wyrazistą cechę, staje się typem, który łatwiej nam zapamiętać. Format tak tworzonej narracji jest jasny. Coś za coś. Albo autorce uda się utrzymać naszą uwagę, albo pochyli się nad każdym opisywanym przez siebie epizodem, pogłębiając psychologię postaci. Wtedy figury przestaną nas złościć lub śmieszyć, a śledztwo pociągać. Ta metoda obejmuje również kreację samej narratorki. Suchanow na kartach swojej książki staje się emisariuszką światowej rewolucji kobiet. Korzysta z szyfrowanych komunikatorów, podróżuje po świecie, czyta zahakowane dokumenty, spotyka się z tymi, z którymi walczy. Jest jedną z tych doświadczonych aktywistek, którym nie trzeba wiele tłumaczyć, „są impregnowane na manipulacje i bullshit. Dociekliwe, inteligentne, dynamiczne, ze specyficznym poczuciem humoru” (s. 577). Jest tą, która różnymi zbiegami okoliczności dostaje się również na strzeżoną konferencje wroga, gdzie wysłuchuje apologii faszyzmu (Werona, 2019).

Suchanow jest sprawną badaczką narracji i biografii. Jej wiedza i umiejętności odbijają się w „To nie jest wojna”. Możemy się zżymać na fakt, że w centrum książki pojawia się postać odcinająca się od wcześniejszych działań polskich feministek, jakby narratorka była współczesną selfmade-woman, bez siostrzeństwa i bez matek w idei. Może wkurzać gest rezerwy wobec aktywistycznych i akademickich działań sprzed 2016 roku, szczególnie jeśli wykonuje go osoba związana z instytucjami akademickimi albo narratorka, dla której ważne są międzypokoleniowy kontakt i zrozumienie (pobocznym, choć ważnym wątkiem okazuje się ewolucja córki narratorki. Od wstydu i izolacji do współpracy z matką aktywistką). Podobne niezrozumienie budzić może fakt, że narratorka odżegnuje się od feministycznych teorii na rzecz ulicznej praktyki feministycznej walki, a jednocześnie swoją narrację wieńczy opisem spotkań, na których z feministkami z innych krajów dyskutuje taktyki walki z fundamentalistycznymi organizacjami. Linia między teorią i praktyką albo jest bardzo cienka, albo nie ma jej wcale. Skąd więc pomysł odcięcia, rysowania grubych konturów, wynajdowania koła w chwili, gdy można dokładać szprychy do tego, które już dawno się toczy – trudno ocenić. Można to usprawiedliwiać narracyjną konwencją, romantyzowanym rysem współczesnej emisariuszki-rewolucjonistki. Niech i tak będzie. Wszak jakoś muszę załagodzić uścisk własnego aktywistycznego ego.

Stworzona przez Suchanow narracja przypomina strukturę książek Gabriele Kuby, Marguerite A. Peeters, Marzeny Nykiel czy Agnieszki Niewińskiej. To autorki antygenderowych publikacji wydawanych w Europie od 2006 roku, które opisywałem w „Dogmacie płci”. Czytając Suchanow, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że używany przez nią tryb przypuszczający, sugestia zbieżności różnych wydarzeń, bez oparcia w faktach, przytaczanie kolejnych teorii, wszystko to składa się na spiskową teorię antyfeministycznych dziejów. O wykorzystaniu takiej metody prowadzenia badań i śledztw, nie tylko w kontekście książki Suchanow, bardzo szeroko i przekonująco napisał Andrzej W. Nowak. Podobnie w książkach wyżej wymienionych autorek przedstawiona została „feministyczna” czy „seksualna rewolucja”. Ten rys podobieństwa nie daje spokoju. Skłania do zadania sobie pytania, czy aby Suchanow nie podąża za fantazmatycznym wyobrażeniem, podobnie jak robią to wymienione autorki, które ostrzegają swoich czytelników przed „nowym totalitaryzmem LGBT”. Czy między tymi opowieściami jest różnica? Na czym ona polega? Czy to tylko lustrzane odbicia ideowych narracji kogoś, kto w równoległych wydarzeniach dopatruje się strukturalnego planu działań? Te zbieżności niwelują jednak fakty, do których dociera Suchanow. Wykaz osobistych i strukturalnych powiązań między opisywanymi przez nią instytucjami jest jasny. W ciałach kolejnych hierarchicznie połączonych naczyń – fundamentalistycznych stowarzyszeń czy fundacji, zasiadają te same osoby, a ich styczność z rządami poszczególnych państw jest zaskakująco widoczna. Z kolei w ukryciu pozostają ich finansowe źródła. Takich połączeń nie mogły zarejestrować wymienione wyżej autorki, admiratorki „seksualnej kontrrewolucji”. Suchanow pisze o jeszcze jednej różnicy między społecznymi ruchami feministycznymi a zorganizowanymi fundamentalistami. Po rozmowie z Aleksiejem Komovem notuje „Kiedy samemu jest się cynicznym graczem, trudno uwierzyć, że ktoś inny może działać bezinteresownie” (s. 195). To odpowiedź na fantazmatyczny zarzut dotyczący finansowych wpływów George’a Sorosa i działań emisariuszki.

Z tekstu Suchanow wynika wiele nauk. Wśród nich wagę zyskuje refleksja, która rysuje się między wierszami biografki Gombrowicza. Z jednej strony narratorka stwierdza, że XXI wiek wymaga innej formy działań niż wcześniejsze feministyczne aktywności. Wymaga szybkości, odnalezienia się na globalnej, hybrydowej wojnie. Z drugiej jednak strony, opisując system działań fundamentalistycznych instytucji, pokazuje stały kościec, hierarchiczny, zależnościowy wzór ich budowy. Przypomina to układy lenników i wasali. To z kolei przywołuje koncepcje Arjuna Appaduraia, który opisywał kształt współczesnych organizacji terrorystycznych („Strach przed mniejszościami. Esej o geografii gniewu”, tłum. Marta Bucholc, Warszawa 2009). Tak, w tym momencie fundamentalizm zamieniam z terroryzmem. Po lekturze książki Suchanow wydaje mi się to uprawnione. Ale wróćmy do koncepcji amerykańsko-indyjskiego badacza. Appadurai rozróżnił dwa sposoby działań współczesnych terrorystów. Pierwszy to działania oparte na szkieletowym funkcjonowaniu organizacji, drugi to aktywność komórkowa. Tę ostatnią wspierają globalizacja i glokalizacja. Terrorysta może pojawić się wszędzie. Jako samotny wojownik przenika przez sito służb. Równie samodzielnie konstruuje broń. Jako taki powoduje większy społeczny lęk – lęk przed mniejszościami właśnie (na boku zostawiam kontekst narcyzmu małych różnic). Aktywność szkieletowa wymaga wszystkiego, co pokazała nam Suchanow. Powiązań, wyraźnej hierarchicznej struktury, zależności. Bez nich nie ma działań. Dla Appaduraia to organizacje starego typu, z którymi łatwiej walczyć. W kontekście wojny opisywanej przez Suchanow refleksja badacza brzmi optymistycznie. Zniszczenie kośćca, struktury niweczy plany „kontrrewolucji”. Z tej przyczyny tak ważne jest toczone przez emisariuszkę finansowo-instytucjonalne śledztwo. Ujawnienie siatki powiązań, wpływów i maskowanych motywacji działań, a w końcu kłamstw. W tym sensie jej pisanie również jest aktywistyczne. I tu znowu pada sztuczna granica między ulicą a akademią.

Tekst rozpocząłem od nawiązania do słów Renaty Lis, na koniec wracam więc do jej publikacji. Lis krytycznie odniosła się do podtytułu książki Suchanow. Pisze, że autorka „bezrefleksyjnie posługuje się szkolnym stereotypem mroków średniowiecza”. Po lekturze fragmentów opisujących działalność Plinio Corrêa Oliveiry trudno zgodzić się z powyższymi słowami. Doktor Plinio, założyciel organizacji, która stała się wzorem dla działających dzisiaj fundamentalistycznych, antyegalitarnych i antyliberalnych ruchów, wprost odnosił się do postulowanego przez siebie porządku – „nowego średniowiecza”. Do rzeczonej wizji dążą fundamentalistyczni gracze zapełniający karty „To jest wojna”. W tym kontekście trudno podtrzymać zarzut recenzentki.

Niniejszym tekstem nie roszczę sobie żadnych praw do streszczania śledztwa i książki Suchanow. Nie zajmuję się tu opisem faktów, lecz formy publikacji. Zostawiam zatem ślad czytelniczej refleksji, którą powinno się czytać łącznie z wypowiedzią Renaty Lis, Andrzeja W. Nowaka i z samą książką Suchanow, nie zapominając o feministycznych, genderowych i aktywistycznych publikacjach oraz badaniach, które przemilczała autorka „Królowej Karaibów”. Wszak nie była i nie jest na tej wojnie sama.

Suchanow zamyka swoją opowieść następującymi słowami: „[…] ta książka nie chce się skończyć. Ona się sączy sama, pisana przez życie, a my siedzimy zamknięci w niej, wpisani w nią i również ją piszący. Jaki będzie ciąg dalszy tej historii, zależy też od nas” (s. 625). Wprost wzywa zatem do walki. Wcześniej w jednym z fragmentów „Kroniki feministycznej”, która przeplata kolejne rozdziały jej narracji, notowała: „Czas mija, zegar tyka. Fala fundamentalizmu podtapia nas, a my oswajamy się z potwornością. Zmieniono strategię. Zamiast od góry atak od dołu. Stan po stanie, gmina po gminie. Ziarno do ziarnka” (s. 618). Zestawione cytaty brzmią patetycznie. Niestety ów patos nie cmoka groteską, jak u Ginczanki czy opracowanego przez Suchanow Gombrowicza. Przeciwnie. Te zgrane przenośnie są językiem rewolucji. W tym kontekście zgadzam się z Andrzejem W. Nowakiem: Suchanow sufluje wizję nowego porządku, starego nie da się już utrzymać.

 

Klementyna Suchanow, „To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze”
Agora
Warszawa 2020

 

Przeczytaj także recenzję Andrzeja W. Nowaka  „Ujawnić hegemonię”, która ukazała się w CzasieKultury.pl 26 marca 2020.

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...