konarzewska
fot. Agata Kubis

Dziewczyna wie, czego chce

Ciekawe, jak działa lęk – chcemy się chronić do tego stopnia, że sami poddajemy się purytańskiej cenzurze. Stawiamy się w dobrym świetle, aby społeczeństwo zobaczyło, że wszyscy jesteśmy jednakowi i że można nas pokochać. Nas – z LGBT, nie normatywu, nas z dyskryminowanych grup. Chodzi o strategie grzeczności: wewnętrzne lęki, strach przed tym jak oceni nas „prawa strona”, „norma”, „większość” – mówi Marta Konarzewska, scenarzystka, krytyczka literacka, autorka tekstów i działań spod znaku queer.

Mateusz Demski: Nawet nie wiesz, jak bardzo uderzyła mnie Twoja wizyta w jednym z internetowych programów „publicystycznych”. Komunikaty perswazyjne z szeroko rozumianej mediosfery w zestawieniu z Twoją miną wywołały u mnie głęboki chichot.

Marta Konarzewska: O którym mówisz? Kilka ich było.

Ten, gdzie pośród heteronormatywnych psychologów i publicystów zostałaś przedstawiona – po prostu – jako lesbijka. Rozumiem, że poczułaś się w jakiś sposób dyskryminowana.

Standard. To jest trochę tak, że przychodzę do programu publicystycznego i przedstawia się mnie z „zawodu” jako lesbijkę – przedstawicielkę grupy ludzi, których życie widocznie ogranicza się tylko do reprezentowania homoseksualnego stylu życia. Nikt nie wspomina, że w publicznym dyskursie jestem autorką tekstów, polonistką, badaczką literatury, scenarzystką. Jestem tu oto homoseksualną maskotką, reprezentantką „tego czegoś”, o czym za chwilę będzie mowa. To nie sprowadza do stylu życia tylko mnie, lecz całą rzeszę ludzi. Dlatego zawsze z tym walczę. Moja codzienność, to nie tylko etykietka i definicja zamykająca się w moim dwunastoletnim związku – partnerce, relacji z drugą osobą. Przecież jest jeszcze zawód, są tematy, którymi zajmuję się na co dzień. Ograniczanie osób nie hetero do orientacji to przyczynek do ich dyskryminowania. Tak jak już napisałam kiedyś: homofobia to niekoniecznie bicie geja w ciemnej uliczce. Wystarczy przyzwolenie na oficjalny polityczny statement oparty na wyznaczaniu „inności” i polaryzacji społeczeństwa.

Skoro jesteśmy przy zawodach, tytułowa bohaterka filmu „Nina”, do którego współtworzyłaś scenariusz, na co dzień uczy w szkole. Nie powiesz mi, że to zbieg okoliczności. To, co zbudowało Ci markę na lewicy, to hasło „Jestem nauczycielką, jestem lesbijką”. Wtedy wypowiedziałaś się pierwszy raz. I rozpętała się burza.

Wierz albo nie, ale nigdy nie chciałam, żeby Nina była nauczycielką. Nie chciałam, żeby była ze mną kojarzona wprost. Broniłam się, jak mogłam, ale w którymś momencie pisania filmu z jego reżyserką, Olgą Chajdas, stało się jasne, że ten zawód najlepiej określi naszą bohaterkę. W oparciu o moje doświadczenia napisałam tylko jedną scenę: gdy Magda przychodzi do Niny, która nie może znieść faktu, że jej seksualność zderza się z konserwatywnym gorsetem miejsca pracy. Dokładnie pamiętam ten lęk. Kiedy myślisz: to nie są dwa niezależne życia, które prowadzę – to jest jedno życie. Po moim artykule „Jestem nauczycielką, jestem lesbijką” w „Gazecie Wyborczej” pisało lub podchodziło do mnie wielu podobnie wyautowanych nauczycieli. Bali się systemu i tych, którzy przed tym systemem się uginają. Bo życie ich zmusza. Nie każdy może sobie pozwolić na coming out.

Obecnie chyba coś się zmienia. Nie słyszałaś, że Przemysław Staroń, nauczyciel roku, podczas gali poprosił na scenę swojego ukochanego?

Super sprawa, ale myślę, że w szkole mimo wszystko jest coraz gorzej. Program, który jest proponowany uczniom, stanowi lekcję pod tytułem „Niewygodnych poglądów nie wypowiada się głośno”. Na szczęście młodzież jest inna, idzie dużo dalej. Nie boi się mówić o swojej seksualności, czerpie postępowe wzorce a to z internetu, a to od Anji Rubik, a to z Zachodu. Kilka miesięcy temu na marszu w Lublinie pojawiła się grupa nastolatków, która była zszokowana faktem, że w przedstawicieli środowiska queer można rzucać kamieniami. Z podobną empatią, a może zwyczajnie brakiem szaleństwa, spotkałam się w swojej szkole. Tylko uczniowie i ich rodzice trzymali mnie w tym miejscu. Zaprzyjaźniłam się z nimi. Nieważne, z jakich środowisk się wywodzili, czy byli konserwatywni, wierzący, prawicowi. Dla rodziców zawsze liczy się dobro dziecka. To na tej płaszczyźnie się z rodzicami układasz. Nie bałam się wyśmiania, niezrozumienia, odrzucenia ze strony ludzi, którym chodzi o to samo, co mnie. Przyszłość uczniów i uczennic.

I dlatego postanowiłaś zrezygnować z intymnych tajemnic. Pamiętasz swoje pierwsze reakcje na coming out?

Ten publiczny jest czystą ulgą – mówisz całemu światu, że nie mieścisz się heteronormatywnej normie i przestajesz się ukrywać. Trudniejsze są dwa poprzednie etapy: potrzeba samookreślenia i „przyznania się”. Bo tak właśnie się czujesz – coś ukrywasz, a potem się do tego przyznajesz przed rodziną. Mnie było o tyle łatwiej, że moja mama wiedziała, zanim jej powiedziałam. Byłam w „ok pozycji”, mogłam sobie na to pozwolić bez obawy, że ktoś wyrzuci moje rzeczy za drzwi. Problem pojawił się, kiedy musiałam stanąć przed młodszą siostrą, która na początku lat dwutysięcznych była jeszcze dzieckiem. Wtedy się wstydziłam, miałam wątpliwości. Wstyd to najtrudniejsza emocja. Wstyd to lęk – lęk przed zerwaniem więzi. Na zawsze. Mówi się, że to były inne czasy, a zachowania homoerotyczne były wtedy odbierane jak perwersja, że teraz już nie. Ale czy na pewno? Zwróć uwagę, że największy odsetek samobójstw notuje się wśród wierzących młodych osób LGBT, które nie mogą pogodzić się z poczuciem winy uwarunkowanym przez doktryny ich religii. Wstyd i poczucie winy – one stawiają cię pod ścianą, przyciskają cię do rogu, nie ma gdzie dalej iść.

To znaczy, że te dzieciaki są niewolnikami wychowania, do którego należą.

Są niewolnikami procesu dojrzewania. Wszystko wtedy naciska. A rozwiązania muszą być radykalne. I nie mówię tego paternalistycznie. Ja to pamiętam. I to się we mnie odnawia czasem. Bo proces dojrzewania to nie jest taka całkiem domknięta w człowieku rzecz.

W wideoeseju „Dziewczyńskość może być kategorią mocniejszą niż kobiecość” mówisz, że dzieciaki mają określony przez rodziców cel, sposób przedstawiania i skonsumowania.

To jest lęk i – powtórzę – potrzeba poczucia akceptacji. Tematem mojego selfie manifestu były adolescentki, czyli dojrzewające dziewczyny, ich pragnienie i kastrowanie pragnień. Heteromatryca czy też „podłe szaleństwo patriarchalnej kultury” jest temu ewidentnie winne – bardziej i mniej symboliczni ojcowie oraz matki. Ucinają libidinalną moc, która płynie z dziewczyny, a więc podmiotu, który za sprawą młodzieńczej energii chce wszystkiego. Teoria jest dość kontrowersyjna, nawet w środowisku feministycznym, bo to pragnienie niejednokrotnie jest kastrowane przez matki. Nie lubię purytańskich feministek, które krytykują ekspresje seksualne. Nie identyfikuję się z feminizmem, który pragnąłby nadać swoim córkom wizerunek Pippi Langstrump, ale nie pozwala im na bycie królewnami. Myślę, że każda dziewczynka jednocześnie nic nie wie, bo zalana jest falami pragnień, a jednocześnie wie wszystko – na ten moment. Właśnie wyznacza swoje granice i w tym sensie wie czego chce, ma dziwną wiedzę, która przekłada się na stosunek do świata, do siebie w tym świecie. I jeśli przyjdzie jej ochota na różowy kolor czy brokat, to ma prawo do takiej odrębności.

Środowiska lewicowe, LGBT, ruch feministyczny zmierzają zatem w złym kierunku? Ty otwarcie przyznajesz, że na Marszu Równości oberwałaś od swoich.

Nie. Feminizm jest bardzo zróżnicowany, mówiłam o ekstremum. Na gruncie polskim to ekstremum raczej wyobrażone. Nie jakieś grupy konkretnych feministek – raczej idee, myśli. Które jednak mogą przenikać feministyczną opowieść. Na przykład pojawiają się wśród krytyków selfie feministek z Instagrama, które posypują swój płacz brokatem i w ten sposób wyrażają siebie. Albo na przykład są półrozebrane. Wykorzystują patriarchalne sposoby prezentacji kobiecego ciała, a potem dostają od słusznie feministycznych matek po łapach – bo: rozbierasz się, pokazujesz się, szukasz męża. Jesteś złą feministką.

Sprawa ze środowiskiem jest bardzo pojemna. Na przywołanym Marszu Równości wszystko rozbiło się o to, że nie miałam na sobie koszulki. W świetle prawa nie popełniłam żadnego wykroczenia – moje brodawki były stosownie zasłonięte. Wewnętrzne ustalenia paradowe widziały to inaczej – że nie mam na sobie ubrania, stroju. A dla mnie to był strój, moja maska, kostium. Natomiast hasła „Śpię z kim chcę” czy „Miałam aborcję”, z którym paradowałam dwa lata później, były ekspresją wolności ciała zawłaszczanego przez politykę. To ciekawe, jak działa lęk – chcemy się chronić do tego stopnia, że sami poddajemy się purytańskiej cenzurze. Stawiamy się w dobrym świetle, aby społeczeństwo zobaczyło, że wszyscy jesteśmy jednakowi i że można nas pokochać. Przy okazji premiery „Niny” pojawiło się pytanie: czy my nie przedstawiamy bohaterki w sposób nazbyt promiskuitywny? Czy ona nie pije za dużo, nie pali za dużo, nie za dużo uprawia przygodnego seksu? Chodzi o strategie grzeczności – wewnętrzne lęki, strach przed tym, jak oceni nas „prawa strona”, „norma”, „większość”.

Powinienem teraz zaznaczyć, że Konarzewska nie wierzy w idealny obraz zjednoczonego LGBT.

Ja w ogóle mam problem z pojęciem zjednoczenia. Nie ma jedności. Co innego jest anarchistyczne, queerowe, feministyczne, zaangażowane politycznie środowisko, co innego osoby, które chodzą na imprezy do darkroomów albo po prostu żyją ze swoimi partnerami tej samej płci i nie odczytują swoich prywatnych spraw politycznie. Nie wiem nic o tym, aby w Polsce istniało sformalizowane środowisko lesbijek. Można mieć wspólne pojedyncze cele, przygodnie się solidaryzować, ale to nie to samo, co domykanie się w etykietkach. Myślę, że to tylko określenia, które nie są ani tożsamościowo, ani twórczo rozwijające.

No dobrze, to żeby wyjść temu naprzeciw – może kino poszerzy twoje tożsamościowe i twórcze ambicje? Nie chodzi mi o wojowanie ze strukturą rodzimego LGBT, ale o to, że możesz dzięki niemu wyjść z getta. Wyraźniej zobaczyć świat i odkleić łatkę.

Dokładnie. Tym bardziej że kino ma bardzo dobry, kobiecy moment, a dziewczyny z kamerami zaczęły wyczuwać, czego im potrzeba. W literaturoznawstwie feministycznym już w latach 70. mówiło się o pisaniu ciałem, kobiecości, narracji pączkującej i kontekstach waginalnych. Kino przejmuje ten profil, ale zaczyna przy tym uciekać od negatywnej dramatyzacji kobiecego doświadczenia czy zbiorowej histerii na ekranie. Reżyserki coraz częściej robią filmy z siebie. I nie chodzi o banalny czy też binarny podział, który każe wyrugować postaci męskie i zamienić ogół kina mainstreamowego w „Seksmisję”. Filmy tworzone przez kobiety to po prostu inna przestrzeń, osobny rodzaj wrażliwości, trochę inna fantazja, ekspresja. Wytwarzana z innego przeżycia, innego miejsca niż do tej pory eksplorowane. Może ta perspektywa, odmienne widzenie pozwoli oddalić się od binarnego myślenia, wojny kultur czy propagandy patriotyzm/nacjonalizm kontra reszta świata, które toczą się wokół nas. Może zabrzmi to naiwnie, ale wierzę, że w kinie najważniejsze są emocje. One zawsze przedostają się do widza.

Świetna konkluzja. Jak rozumiem, ten emocjonalny rys pojawi się w twoim scenariuszu o Marii Komornickiej, która przyjęła nową tożsamość – Piotra Własta. Dlaczego poetka Młodej Polski?

Bo to postać, która była dla mnie tajemnicą i wciąż nią pozostaje. Maria Komornicka w historii literatury została opisana, natomiast Piotr Włast – kolejny etap życia pisarki – pozostaje w mainstreamie niewidzialny. Komornicka to postać, która w wieku 16 lat współtworzyła manifest Młodej Polski. Założenie spodni, cross-dressing, zdobywanie passingu, czyli rozpoznawalności jako mężczyzna i przejście na drugą stronę genderu można odczytać na kilka sposobów: na przykład jako feministyczną emancypację, manifest wyzwolenia kobiety. Albo przeciwnie – wyzwolenia od kobiety, gest tożsamościowy. Są różne dyscypliny i perspektywy, ale bliżej jest mi do tej drugiej, choć w tamtych czasach nie używano jeszcze pojęcia „transseksualizm”. Faktem jest, że Komornicka/Włast to osoba niemieszcząca się w ramach binarności płci, która skrajnie mocno przeżywała wąskie ramy tożsamościowe, jakie kultura narzuca jednostkom. I poprzez swoją sztukę próbowała dotrzeć do tego, kim jest.

 

Rozmowa została przeprowadzona w trakcie Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Tofifest w Toruniu.

 

Zimny płomień
13 grudnia 2018

Zimny płomień

W „Krainie wielkiego nieba” wydaje się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu; od warstwy technicznej aż do kierujących całym przedsięwzięciem motywów. I chociaż Paul Dano omija wiele pułapek, jakie czyhają na twórców po raz pierwszy maczających palce w sztuce filmowej, traci też po drodze coś, co stanowiło zawsze największą zaletę debiutanckich produkcji: poczucie artystycznej swobody i chęć eksperymentowania...

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...