27 listopada 2019
28dni2maciejzakrzewski
fot. Maciej Zakrzewski | materiały teatru

Dwa kolory: czarno-biały i czerwony

„Ja mam to po mamie. I jej mamie. I jej mamie. I jej mamie. I jej mamie...” – wyśpiewuje w oratorium menstruacyjnym chór kobiet. Zostały one bez swojej zgody czy świadomości wpisane w (tak zwany) naturalny porządek rzeczy – planetarny układ ciał. Kamila Siwińska wyreżyserowała dramat rosyjskiej autorki Olgi Szylajewej, opowiadający o wiecznym cyklu, któremu podporządkowane jest kobiece ciało. Ten cykl organizuje nie tylko rytm wypływania krwi spomiędzy ud, ale także powracające poczucie winy i wstydu. Siwińska w „28 dniach” mówi: kobieta krwawiąca to kobieta samotna. Kobieta żyjąca w społeczeństwie, które tabuizuje jej cielesność i seksualność, to kobieta przedmiotowo wplątana w spiralę przemocy.

Przestrzenią komunikacyjną jest w „28 dniach” ciągły dialog, energetyczna oraz światopoglądowa wymiana pomiędzy chórem a NIĄ – bohaterką osobną. Jej historia ogniskuje całe spektrum emocji i zdarzeń, które twórczynie spektaklu uznały za reprezentatywne dla etapów kobiecego cyklu menstruacyjnego. ONA (Monika Roszko) cierpi podwójnie: odczuwa zarówno ból psychofizyczny, jak i doświadczenie dziejowej niesprawiedliwości. Jej kobiecość pada ofiarą nieustannej łupieży; pozbawia się ją bezpieczeństwa, możliwości samostanowienia i wyboru. Zostaje wystawiona na pastwę biologicznych uwarunkowań, dla których nie znajduje przekonywującego usprawiedliwienia. Chór (Barbara Krasińska, Teresa Kwiatkowska, Małgorzata Peczyńska, Alona Szostak, Ewa Szumska, Kornelia Trawkowska) złożony jest z kobiet-matron – oschłych piastunek, które tłumaczą podstawowe prawa organizujące zaangażowane w sprawę kobiecego ciała rzeczywistości: biologiczną i społeczną. Odpowiadają w trybie polemicznym, ganią i radzą tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Chór – występujący wobec NIEJ w relacji nie tyle siostrzanej, ile matczynej – przyjmuje także rolę osobliwych edukatorek seksualnych, opowiadając o procesach biologicznych i intymnych sekretach ciał. Jednak słowa mają tutaj najmniejsze znaczenie, prawdziwa opowieść „wybrzmiewa” poprzez choreografię Alisy Makarenko, której udało się ruchem powołać do życia czujny i czuły organizm sceniczny. Ukłony dla aktorek, które stworzyły cudowną wspólnotę ciał – różnych i różniących się od siebie, w zindywidualizowany sposób rozumiejące muzykę i rytm. W najbardziej różnorodny i konsekwentny sposób swoje postaci prowadzą Małgorzata Peczyńska i Ewa Szumska. Choć obu przypadło reprezentowanie dość jednowymiarowych, uproszczonych sądów na temat kobiecości, udaje im się zaznaczyć swoją podmiotowość względem kobiecej wspólnoty. Potrafią stać się osobne przy równoczesnej jedności z grupą.

Wspólnota bohaterek „28 dni” to zdecydowanie najmocniejszy element spektaklu Siwińskiej – w ich więzi tkwi jego siła. Postaci wyłaniają się z chóru podczas wstrząsającej, choć zdecydowanie zbyt pompatycznej sceny, w której relacjonowane są różne formy doświadczanej przemocy. Wyznania przerywane są wypowiedziami JEJ. Roszko uruchamia bardzo emocjonalne i dramatyczne tony, co – w przypadku tej konkretnej sceny – działa na niekorzyść kreacji: rozbija skupienie widzów i odczuwane przez nich napięcie wytwarzane przez chór. Na poziomie tekstu wprowadzany jest jednolity, niezróżnicowany obraz kobiecości protagonistki, który Roszko mogłaby skontrować pewną (tak przeze mnie wyczekiwaną!) nieoczywistością i niebanalnością. ONA (postać) została jednak nie tylko napisana, ale i zagrana bardzo grubą kreską, jakby aktorka korzystała z repertuaru stereotypów i przekonań dotyczących „właściwego” zachowania, wyglądu i odczuć ofiary. Powielanie tego typu kalek myślowych prowadzi do utrwalenia w społecznej świadomości zarówno samego obrazu pokrzywdzonej, jak i normatywizowania relacji przemocowych.

W spektaklu wykorzystano ciekawe kompozycje muzyczne Joanny Szumacher (kierownictwo muzyczne: Joanna Sykulska), wygrywające dźwiękiem własną, równie przejmującą historię. Wraz ze scenografią Alicji Kokosińskiej przenoszą widownię w przestrzeń prawdziwie kosmiczną, pozaziemską, osobną – zarówno względem cielesnego, jak i niematerialnego doświadczenia. Światło oraz sceniczne wizualizacje wzmacniają poczucie wyobcowania, kiedy ONA czuje się najbardziej samotna, a także podbijają często wręcz komiczny charakter grupowych wystąpień Chóru. Ciekawie pomyślana została scena, w której chórzystkom „wyświetlają się” na wysokości łona nagrania ukazujące ich własne ciała. Podczas gdy stoją z nakryciami głowy w kształcie biskupiej mitry (z nadrukowanym obrazem kobiecego sromu), rodzą się tak same z siebie, uświęcając własny majestat – kobiecość. Podoba mi się koncepcja przeniesienia wydarzeń w przestrzeń planetarną, kosmiczną. Niestety – jak można wywnioskować z dość jednowymiarowej retoryki „28 dni” – tą planetą jest z pewnością królowa sztampy w Układzie Słonecznym, Wenus.

Siwińska zaznaczała w przedpremierowych wywiadach, że jej spektakl będzie mówił o szeroko pojmowanej przemocy wobec kobiet, także tej dokonywanej przez inne kobiety. Liczyłam więc na szerszą, sproblematyzowaną refleksję, uwzgledniającą społeczno-ekonomiczne aspekty przemocy. W „28 dniach” przemocy na głównej bohaterce dopuszcza się jej partner (w tej roli znakomity Konrad Cichoń – kreujący postać stanowczą, mocną, o naprawdę obrzydliwym usposobieniu), ucieleśniający wszystkie cechy „przemocowego samca”. Kreacja ta byłaby idealną pożywką dla kontrowersyjnego tekstu Macieja Stroińskiego, opublikowanego na łamach październikowego numeru miesięcznika „Teatr” zatytułowanego „Czy feminizm jest seksizmem?”, bowiem rola NIEGO w dramacie ogranicza się jedynie do bycia przemocą. Stosuje ją w sposób werbalny, pomniejszając w NIEJ poczucie wartości, obrażając ją i dyskredytując. Jednakże wypowiedzi takie jak: „Mówię ci, że jesteś głupia, żebyś zmądrzała, że jesteś gruba, żebyś schudła” przynoszą chyba efekt odwrotny do zamierzonego – bawią (żenują?), zamiast wstrząsać i uwrażliwiać na przemoc doświadczaną przez wiele kobiet z rąk i ust mężczyzn. Choć jej rodzajów i narzędzi jest nieskończenie wiele, oglądając „28 dni”, nie mogłam pozbyć się niepokoju, że poznański spektakl przedstawiający terror relacji damsko-męskich w sposób tak niesproblematyzowany i czarno-biały, mówiący o niej zbyt infantylnie – banalizuje (czy nawet nieświadomie obśmiewa) przemoc.

Najpoważniejszy zarzut, jaki mam do spektaklu Siwińskiej, dotyczy jednowymiarowości i braku pogłębionej refleksji nad sposobem postrzegania kobiecego ciała w przestrzeni społecznej oraz polityczno-ekonomicznej. Reżyserka nie skorzystała z szansy zaktualizowania oraz dostosowania tekstu Szylajewej „28 dni. Tragedii cyklu miesiączkowego” do realiów polskiego dyskursu feministycznego. Sytuacja kobiet w Rosji, także tych reprezentujących najmłodsze pokolenie, do którego należy dramaturżka, jest zatrważająca. W lipcu tego roku Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał wyrok skazujący Federację Rosyjską do wdrożenia wymogów Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, od czego parlament rosyjski wielokrotnie się odwoływał. Według statystyk w Rosji każdego roku na skutek przemocy domowej ginie 14 tysięcy kobiet – w roku 2015 co czterdzieści minut na skutek pobicia z rąk swojego partnera umierała jedna Rosjanka. Kilka miesięcy temu parlament rosyjski podjął kolejną próbę depenalizacji tego przestępstwa, na szczęście – nieudaną.

Niestety w Polsce przemoc wobec kobiet jest także zjawiskiem powszechnym, na co wskazują chociażby wydarzenia związane z ujawnieniem aktów molestowania aktorek krakowskiego Teatru Bagatela (z którymi solidarność okazały twórczynie i aktorki spektaklu „28 dni” podczas premiery – był to wspaniały gest!), głośna sprawa skazania na karę pozbawienia wolności ofiary gwałtu (#solidarnizkatarzyną) oraz setki tysięcy jednostkowych, intymnych dramatów kobiet doświadczających terroru, o których wiemy jedynie z chłodnych statystyk albo nie dowiemy się nigdy. Polski aktywizm feministyczny ma już dostęp do narzędzi (i refleksji) dalece bardziej rozwiniętych i sproblematyzowanych niż te, o które nadal walczyć muszą Rosjanki. Stoimy więc wobec nich w pozycji uprzywilejowanej. Uprzywilejowany jest także nasz feministyczny teatr; na widowni Teatru Polskiego nie doszło przecież do bójki, jak miało to miejsce podczas rosyjskiej premiery. W polskiej rzeczywistości „28 dni” Siwińskiej reprezentuje, pożyczając termin od wybitnej badaczki teorii feministycznej, Nancy Fraser, feminizm dla 1%.

1% demaskowany jest w postaci samego Chóru, który stanowić ma grupę-próbkę rodem z modelowych założeń sondy ulicznej dla kobiet, pozornie reprezentując odmienne światopoglądy i stanowiska. Jednak nachalne zaznaczenie pokoleniowych czy wyznaniowych antagonizmów to za mało, by uznać, że „28 dni” uwzględnia głosy kobiet pochodzących z różnych środowisk. Chórzystki zdają się „spierać” jedynie dla efektu retorycznego, nie kreśląc różnic klasowych czy społecznego habitusu. Fundamentalne kategorie różnicujące nie zostały uwzględnione, otrzymujemy więc modelowo intersekcjonalną opowiastkę. Tabu wokół miesiączki dotyczy nie tylko bólu jajników i spierania krwi z bielizny w zimnej wodzie, ale obejmuje także milczeniem narzędzia wykluczenia ekonomicznego, które sprawia, że dziesiątki tysięcy Polek nie stać na zakup środków higieny intymnej. To wykluczenie jest także formą przemocy. Twórczynie „28 dni” zdecydowały się jednak na opowieść generalizującą, zakrywając oczy i uszy przed historiami kobiet nieustannie i dotkliwie krzywdzonych, w obronie których chciały zabrać głos. Kobiet, które nie trafią raczej na widownię Teatru Polskiego.

Proszę mnie źle nie zrozumieć, uważam, że „28 dni” Kamili Siwińskiej to spektakl ważny i potrzebny. Ciekawy realizacyjnie, porządnie zagrany i odważny. To głos nawołujący do dialogu kobiet z kobietami o nich samych – czego doświadczałam przez kilka ostatnich dni, dyskutując na jego temat. I jestem za to wdzięczna realizatorkom – zarówno jako widzka teatralna, jak i jako kobieta, która wstając z krzesła, zerka z przestrachem, czy nie poplamiła tapicerki. Ale jestem też zdania, że przestrzeń społecznego dialogu należy nieustannie poszerzać, pogłębiać i mówić „sprawdzam”. Wówczas będziemy rozmawiać o przemocy i wykluczeniu niefałszywym głosem. Tylko wtedy będziemy mieć poczucie, że zrobiłyśmy przeciwko nim wszystko, co można było zrobić.

 

 

Olga Szylajewa, „28 dni”
reżyseria: Kamila Siwińska
tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
scenografia: Alicja Kokosińska
choreografia: Alisa Makarenko
muzyka: Joanna Szumacher
Teatr Polski w Poznaniu
premiera: 8.11.2019

Budowanie domu w sobie
07 grudnia 2019

Budowanie domu w sobie

Prace Christophera Kulendrana Thomasa wpisują się w szeroki nurt dzieł tworzonych przez artystów rozmaitych dziedzin w emocjonalnej reakcji na doznane wojenne traumy indywidualne lub zbiorowe.
Skanowanie dna
06 grudnia 2019

Skanowanie dna

Gdyby nie Piernikowski, nie byłoby Młodego Kotka, a może nawet i Siksy, a jeśli by byli, to ich tegoroczne płyty – odpowiednio „Tychy” i poświęcony Gnieznu „palemosty nielegal” – choć wydane później niż „The best of moje getto”, nie zyskałyby oddźwięku nawet tak skromnego, jakim się dziś cieszą...

(Nie)nasycenie
05 grudnia 2019

(Nie)nasycenie

„Przypominając sobie naszą ubiegłoroczną zapowiedź Boskiej Komedii, doszłam do wniosku, że wiele z naszych uwag, propozycji, postulatów zostało w tym roku spełnionych albo chociaż zauważonych” – Julia Kowalska i Julia Lizurek rozmawiają ze sobą o 12...