10 stycznia 2019
syn

Dobry chłopak był…

Choć w filmie Felixa Van Groeningena jest wiele czułości i rozdzierającej serce emocjonalności, wydaje się przykładem dzieła z misją, kręconego na społeczne zamówienie. Nie ma jednak co się dziwić, jak głoszą napisy umieszczone na końcu filmu, przedawkowanie narkotyków to najczęstsza przyczyna zgonu w USA wśród osób poniżej pięćdziesiątego roku życia. „Mój piękny syn”, podobnie zresztą jak wchodzący do polskich kin zaledwie tydzień później „Powrót Bena”, jest filmem uwrażliwiającym na zagrożenia płynące z narkomanii, ale co najważniejsze, skupiającym się w pierwszej kolejności na dramacie rodzica, który bezsilnie musi patrzeć na powoli umierające dziecko.

Jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, i tym razem „sprawa” przeważyła nad opowieścią. Choć historia Davida i Nica Sheffów jest oparta na prawdziwych wydarzeniach, nie odznacza się oryginalnością czy szczególną wyrazistością. Tej brakuje również bohaterom, którzy są raczej figurami zatroskanego ojca i uzależnionego syna niż wielowymiarowymi postaciami. Próba uniwersalizacji historii zakończyła się jej spłaszczeniem. Ale Van Groeningen robił, co mógł, by nie popaść w banał i częściowo mu się to udało. Producenci dobrze wiedzieli, kogo zatrudniają do tego projektu. Belgijski reżyser jest znany z umiejętności nasycania swoich dzieł wyjątkową emocjonalnością, w końcu jest odpowiedzialny za jeden z najbardziej rozdzierających serca filmów ostatnich lat, „W kręgu miłości”.

Van Groeningen postanowił zbudować na ekranie więź łączącą ojca z synem, na której miał zamiar zawiesić całą opowieść. Użył do tego nielinearnej narracji, dzięki której nieustannie wędrujemy w czasie i przestrzeni – a to cofamy się do lat dziecięcych Nica, a to pędzimy wraz z nim w coraz mroczniejsze rejony uzależnienia. Gdyby nie postępująca siwizna na głowie Davida, granego przez Steve’a Carella, to pewnie całkowicie pogubilibyśmy się w tych czasoprzestrzennych podróżach. Nie da się zaprzeczyć, że te skoki są potrzebne, by budować emocjonalny wymiar historii, ale równocześnie trudno nie odnieść wrażenia, że wiele z nich ma jedynie funkcję pięknych widokówek z przeszłości, rozczulających niewinnością tytułowego „mojego syna”.

Podobnie jest z muzyką, która ma ewidentnie podbijać emocje, co czyni skutecznie, a na dodatek z klasą i wielokrotnie w nieoczywisty sposób – bo kto by się spodziewał, że w jednym z fajniejszych wspomnień ojca z dzieciństwa jego syna rozbrzmiewać będzie „Territorial Pissings” Nirvany? Ale nawet z najlepszą, najbardziej nastrojową muzyką może w pewnym momencie stać się to samo, co z obrazkami słodkiego dzieciaka – zaczynają jawić się jako ersatz prawdziwych emocji. Wypadają sztucznie jak maska, pod którą skrywa się dobrze znana historia dziecka czującego się niezrozumianym i nieustannie zamartwiającego się rodzica.

Najbardziej w tym wszystkim szkoda aktorów, bo Timothée Chalamet i Steve Carell zagrali brawurowo. Każda z ról jest inna – Chalamet jest znacznie bardziej ekspresyjny, a Carell raczej stara się dusić wulkan emocji w sobie. W tej aktorskiej potyczce ciekawiej wypadł młodszy aktor, ale głównie dlatego, że miał więcej do zagrania. Jego postać nieustannie udaje – by nie zdradzić się z nałogiem, że nie jest naćpany. Ale narkotyki nieustannie wydobywają z niego prawdę, gdy do głosu dochodzą głęboko skrywane emocje: bezsilność, złość i agresja. To sprawia, że rozpiętość ekspresji Chalameta jest naprawdę imponująca – od młodzieńczej łagodności, przez druzgocącą dwulicowość, aż po narkotyczne deliria.

Niemniej ten aktorski popis ostatecznie nie przełożył się na przekonującą kreację, ponieważ jego postaci zwyczajnie brakuje życia. Sprawia wrażenie marionetki w rękach nie tyle narkotyków, ile reżysera – przypiął on bohaterowi łatkę narkomana-recydywisty, której nie udało się Chalametowi pozbyć. Cała obecność tej postaci na ekranie sprowadza się do nieustannego brania i odstawiania. Dokładnie to samo można powiedzieć o postaci Davida, która również została sprowadzona do jednej emocji – zamartwiania się. Postać grana przez Carella nerwowo chodzi po pokoju, wydzwania po szpitalach, jeździ po mieście w poszukiwaniu syna, a nawet zażywa metamfetaminę, by sprawdzić, co czuje jego syn. Jest tak wzorowym ojcem, że szybko przestaje być interesujący.

Całą fabułę można by streścić słowami znanej piosenki Kazika: „Dobry chłopak był i mało pił…”. W tym wypadku chłopak był piękny i tylko trochę popalał trawkę. Davidowi w dalszej części filmu, gdy dowiaduje się, jakie i ile narkotyków brał jego syn, towarzyszy takie samo zdziwienie jak sławnemu „tacie dilera”. Z jednej strony widzowi to zaskoczenie się nie udziela, bo doskonale zna schematy fabularne, jakie rządzą tego typu historiami. Ale z drugiej strony przecież nie przełamywanie konwencji jest najważniejsze w filmach takich jak „Mój piękny syn” – te mają poruszać, uwrażliwiając na ważny społeczny problem i dzieło Van Groeningena jest w stanie tę funkcję spełnić.

 

„Mój piękny syn”
reż. Felix Van Groeningen
premiera: 4.01.2019

Baśń o nieodwracalności
22 marca 2019

Baśń o nieodwracalności

„Jak wytresować smoka” to tytuł zdający się być kpiną z kultury poradników, przedstawiających gotowe zestawy rozwiązań na każdą okazję. Przede wszystkim dlatego, że filmowa trylogia DreamWorks, inspirowana książkami Cressidy Cowell, ukazuje proces odwrotny do tresowania...

Historia stroi instrumenty
21 marca 2019

Historia stroi instrumenty

Język Jelinek to niezwykle trudny materiał teatralny – zarówno dla aktorów, jak i widzów. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że odbiór ponadgodzinnego spektaklu wykorzystującego tekst nasycony niezliczonymi odniesieniami to wysiłek intelektualny wymagający takiej koncentracji, że łatwo zgodzić się na (przynoszący ulgę) odbiór sensualny...

Pochwała zwięzłości. O krótkiej formie filmowej
20 marca 2019

Pochwała zwięzłości. O krótkiej formie filmowej

„Najtrudniejsze w realizacji pozostają obrazy, których treść i przesłanie zamknięte są w minimalnych ramach czasowych” – Henryk Lehnert wiedział, co mówi. Nakręcił blisko czterysta krótkich filmów, w Polsce i na świecie dostał za nie kilkaset nagród, by ostatecznie, za sprawą tych szalonych statystyk trafić do „Księgi rekordów Guinnessa”...