29 kwietnia 2020
MV5BMTA0NzkwOTc4MzZeQTJeQWpwZ15BbWU4MDgwNjM3MDgz._V1_SY1000_CR0,0,1481,1000_AL_
© Copyright 2019, FX Networks. All Rights Reserved | źródło: imdb.com

Długie zęby

Pomysł Taiki Waititiego na film „Co robimy w ukryciu” urzekał prostotą. Miał wręcz formę krótkiego żartu. Chodziło o zwykłą zabawę konwencją horroru, wydobycie z niej potencjału komediowego za pomocą formuły mock-dokumentu. Stworzony sześć lat później serial pod tym samym tytułem wydaje się w stu procentach powielać pomysł Nowozelandczyka. Tu również mamy stylizację na dokument, ponownie głównymi postaciami są wampiry, a wszystko opowiedziane jest w komediowym tonie. Co zatem sprawiło, że serial pozbawiony został lekkości i bezpretensjonalności filmowego pierwowzoru? Być może nikt nie powiedział twórcom, że nawet najlepszy dowcip, jeśli ciągnięty jest zbyt długo, przestaje w końcu śmieszyć.

„Co robimy w ukryciu” z 2014 roku było praktycznie pozbawione fabuły. Dzięki stylizacji na dokument, w którym grupa filmowców obserwowała życie codzienne trzech najprawdziwszych wampirów, zamieszkujących dom w nowozelandzkim Wellington, Waititi mógł skoncentrować się na czystej zabawie mitem długozębnego władcy ciemności i konwencją filmu wampirycznego. Zupełnie nie interesowała go spójna historia. By śmieszyć i bawić, wystarczyła odpowiednia sceneria i grupa bohaterów, których codzienne zwyczaje „dokumentowała” ekipa filmowa. Żart tkwił w dysonansie między legendami o krwiopijcach – znanymi zarówno ze sztuki „wysokiej”, jak i popularnej – a ich „prawdziwym” i współczesnym życiem. W kamerze „dokumentalistów” czwórka mieszkańców neogotyckiego domostwa jawiła się jako egzaltowani mitomani i zmanierowani nieudacznicy, a nie bezlitośni kaci, terroryzujący miejscową ludność niczym Wład Palownik, filmowy Nosferatu czy legendarny Dracula. Choć chyba najśmieszniejsze było to, że bohaterowie pozorujący na krwiożercze monstra ostatecznie wydawali się bardziej ludzcy i czuli niż pożerane przez nich ofiary.

Wystarczyło więc, że Waititi pokazał, jak jego bohaterowie radzą sobie z codziennością – znajdowaniem ofiar, utylizacją ich ciał, spieraniem wszechobecnej krwi. Humor płynął z rozdźwięku między mrocznymi legendami i pozami zmanierowanych wampirów a ich zwyczajną, wręcz nudną monotonią codzienności, w której muszą radzić sobie z prozaicznymi problemami. Pomysł był bardzo prosty, ale zaopatrzony w złożone konteksty. Filmowe „Co robimy w ukryciu” to pastisz horroru – Waititi sięgnął po tropy (scenografię gotyckiego domostwa, wszechobecną krew, makabrę body horroru) znane z klasyki kina wampirycznego i odzierał je z grozy, zamieniając jednocześnie w żart. Dokładnie to samo uczynił z romantycznym mitem wampira, jakby nie zauważając, że XIX wiek skończył się dwa stulecia temu. O ile gotycyzm i średniowieczne legendy raczej dekonstruowano, niż wyśmiewano, to twórcy nie mieli litości dla współczesnej popkultury żerującej na klasycznych przedstawieniach wampirów. Można było usłyszeć cichy chichot z „Wywiadu z wampirem” i bardzo głośny rechot ze „Zmierzchu”.

Ale film Waititiego był również pastiszem mock-dokumentu, gatunku w Nowej Zelandii szczególnie popularnego; głównie dzięki Peterowi Jacksonowi, który swoim „Zapomnianym srebrem” zdołał okpić opinię publiczną, dowodząc w emitowanym przez telewizję publiczną filmie, że to właśnie ich krajan był pionierem kinematografii. Waititi nikogo nie nabrał, bo nikogo nabrać nie miał zamiaru. W końcu opowiadał o wampirach i to w wyraźnie komediowym, prześmiewczym tonie. Na dodatek sam wcielił się w głównego bohatera. Konwencja udawanego dokumentu posłużyła mu jedynie do wydobycia głębszych pokładów absurdu z faktu pokazywania codzienności mitycznych potworów, ścierających się w nierównej walce z nowoczesnością, która nijak miała się do romantyzowanego świata ich wrażliwości.

Co z tego zostało w serialu? Bardzo dużo, może nawet zbyt dużo. Mamy niemal identyczny punkt wyjścia, choć zupełnie innych bohaterów – tym razem akcja dzieje się w amerykańskim Staten Island. W niemal identycznym neogotyckim domostwie żyje czwórka wampirów: Nandor, Laszlo i Nadja – klasyczni krwiopijcy z upodobaniem do stawianych kołnierzy, peleryn, falban i koronek. Ich współlokatorem jest Colin Robinson, czyli wampir energetyczny, wysysający z ludzi ostatnie soki za pomocą przydługich „ciekawostek” i czerstwych żartów. Grupę głównych bohaterów uzupełnia Guillermo, czyli „zaufany człowiek”, a w rzeczywistości sługa Nandora. To właśnie on, nieśmiały, nieco korpulentny i cichy chłopak jest naszym przewodnikiem po mrocznym świecie.

Ponownie mamy do czynienia z pastiszem mock-dokumentu, ale nie jest on stosowany tak konsekwentnie jak w filmowym oryginale. Bohaterowie chętnie ujawniają obecność kamery, zerkając w jej stronę czy bezpośrednio się do niej zwracając. Tym razem jednak paradokumentalny styl stanowi tylko ornament, operatorską manierę, którą twórcy otrzymali w kłopotliwym spadku po filmowym oryginale. Nie ma pierwotnej funkcji bezpretensjonalnego dowcipu. Żart ciągnięty przez dziesięć odcinków (nawet krótkich, bo dwudziestominutowych) zacznie w końcu męczyć. Dlatego scenarzyści musieli tym razem stworzyć bardziej wyrazisty szkielet fabularny, zagryzając tym samym pierwotną ideę swobodnego igrania z wizerunkiem wampira.

Jesteśmy więc „raczeni” kolejnymi perypetiami piątki bohaterów, którzy to próbują zapanować nad światem za pomocą hipnotyzowania rady miejskiej, to znowu muszą wyciągnąć jednego z nich ze schroniska dla dzikich zwierząt czy zorganizować doroczną wampirzą orgię. Pomysły fabularne raz sprawdzają się lepiej, raz gorzej. W najlepszych momentach zbliżają się do maestrii filmu Waititiego, bazując na tym samym założeniu – przyglądaniu się mitowi wampira we współczesnym świecie. Taki jest na przykład odcinek, w którym krwiopijcy ruszają na miasto, korzystając z własnych sposobów na imprezowanie, na przykład upijania krwią zalanych w trupa bywalców barów. Niestety w większości przypadków rozwiązania fabularne są ewidentnie wymuszone i chybione – jak na przykład historie zamienionego w nietoperza wampira, który trafia do schroniska dla dzikich zwierząt, czy Nandora starającego się o amerykańskie obywatelstwo. Niewiele ma to wspólnego z wampirycznością bohaterów – nie wchodzi w dialog z ich popkulturowym wizerunkiem, nie stanowi pastiszu horroru ani nie poddaje dekonstrukcji mitu. Funkcją tych krótkich historii jest próba stworzenia mniej lub bardziej śmiesznego gagu.

Razić może również niekonsekwencja w prowadzeniu fabuły. Serial bowiem stoi w niewygodnym rozkroku między proceduralem a opowieścią ze spójną historią. Osią każdego odcinka jest jedno wydarzenie z życia domowników mrocznego domostwa, ale od czasu do czasu pewne wątki powracają. Kłopotliwe jest tu przede wszystkim owe „od czasu do czasu”, bo trudno ustalić jakąkolwiek zasadę, której twórcy scenariusza w tym względzie by się trzymali. A szkoda, bo są to najciekawsze momenty serialu. Szczególnie obiecujące było pojawienie się bohaterki granej przez Beanie Feldstein, znanej choćby ze „Szkoły melanżu”. Młoda gwiazda gra zakochaną w LARP-ach dziewicę, wzbudzającą litość Nadji, która postanawia zamienić ją w wampirzycę. Energia Feldstein jest tak wielka, że młoda aktorka mogłaby unieść cały serial na własnych barkach; niestety, dano jej jedynie pół odcinka.

Jedna rzecz twórcom serialu się jednak bezsprzecznie udała. Mam na myśli wprowadzenie zupełnie nowej postaci, która reprezentuje nieznany dotąd typ wampira – wampira energetycznego. Colin Robinson jest najnudniejszą i najbardziej irytującą osobą na świecie. Nosi najbardziej nijakie ubrania, na nosie ma najmniej ciekawe okulary, a w swoim pokoju wiesza bezpłciowe obrazy ukradzione z hotelów. Żywi się znudzeniem innych, dlatego swoich rozmówców namiętnie usypia opowiadaniem najbardziej żenujących ciekawostek i najmniej udanych żartów. Jest tak ciężkostrawny, że nie mogą go znieść nawet jego współlokatorzy. Postać Colina jest jednym z niewielu prawdziwie oryginalnych elementów serialowego „Co robimy w ukryciu”, poszerzając na dodatek pole pastiszu o nowe formy wampiryzmu.

To symptomatyczne, że właśnie najnudniejszy bohater okazał się najbardziej fascynującym w całym serialu. Wiele to o „Co robimy w ukryciu” mówi – że jest to dzieło zrobione na siłę, bez pomysłu i niesprawdzające się w formule serialu, ale jednocześnie że twórcy miewają przebłyski satysfakcjonującej kreatywności. Na HBO GO właśnie szczerzy kły drugi sezon serialu, ale ja osobiście nie mam ochoty sprawdzać, co jego bohaterowie będą tym razem robić w ukryciu.

 

„Co robimy w ukryciu”
twórca: Jemaine Clement
FX
dostępny na HBO GO

Numinosum
21 maja 2020

Numinosum

[…] jednocześnie fascynuje i przeraża, wywołuje ekstazę i grozę. […] Tak świętość jako zjawisko próbował wyjaśnić religioznawczy klasyk Rudolf Otto; ale dokładnie tak samo można określić doświadczenie religijne, o którym opowiada w serialu „Devs”...

Porozmawiajmy o umieraniu
19 maja 2020

Porozmawiajmy o umieraniu

Szczerość Chast ciekawie odbija się na samej formie komiksu – bo tak naprawdę mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko komiksem. To raczej pamiętnik, do stworzenia którego Chast wykorzystała nie tylko komiks, ale także notatki, wiersze, szkice i zdjęcia...