04 maja 2017
jackie1

Dlaczego obejrzałam wszystkie odcinki „Siostry Jackie”

Wyznam na wstępie: nie jestem jedną z tych osób, dla których seriale medyczne to ulubiona rozrywka. Nie przepadam za widokiem krwi, realizm chirurgii i procedur medycznych raczej skłania mnie do zasłaniania oczu, a izba przyjęć napawa raczej niepokojem niż ekscytacją. „Chirurdzy”, „Ostry dyżur” czy „Doktor House” nie były moimi ulubionymi serialami. Co innego „The Knick” serial medyczny, ale daleko wykraczający poza konwencję spod znaku białych fartuchów, błękitnych wnętrz i procedur medycznych. Jednak i tutaj geniusz-lekarz, borykający i upajający się na zmianę swoim uzależnieniem jest w centrum zainteresowania widza. Kiedy więc słuchałam zachwytów nad różnymi medycznymi serialami, kiwałam zwykle głową bez większego zrozumienia. Aż obejrzałam „Siostrę Jackie”.

Och, jaki to jest dobry serial, chciałabym powiedzieć i odesłać tych, którzy go jeszcze nie widzieli, do oglądania, a sama rzucić się w odmęty re-watchu. „Siostra Jackie” („Nurse Jackie”) zasługuje jednak na wiele więcej pochwał, wiele więcej uzasadnień i tylko kilka zastrzeżeń. Emitowany w latach 2009–2015 serial kręcony był w Nowym Jorku, a dwie główne przestrzenie akcji stanowiły szpital, w którym pracuje Jackie Peyton, oraz jej dom w dzielnicy Queens. Poza tym widzimy właściwie niewiele Nowego Jorku – czasem kawałek ulicy, czasem restaurację, do której Jackie chodzi wraz ze swoją lekarką-przyjaciółką, częściej bar jej męża Kevina. Powiedzieć zresztą, że Jackie jest pielęgniarką, to nic nie powiedzieć. Jej status w szpitalu jest nie tylko wyjątkowy i uprzywilejowany, ale wydaje się ona wzorem zarówno dla początkującej w tym fachu Zoey Barkow (w tej roli wyjątkowa Merritt Wever, która zasługiwała na nigdy niezrealizowany spin-off), jak i dla niejednego lekarza. Budzi lęk, podziw, niepokój i fascynację. Nie jest stereotypową pielęgniarką – ani miłą panią, której polskie określenie „siostry” niesie nas do jednoznacznych skojarzeń, ani wcielonym potworem. No cóż, uczciwie byłoby powiedzieć, że tak naprawdę jest jednym i drugim.

Skrupulatność i profesjonalność Jackie jest w serialu eksponowana wielokrotnie. Przez prawie wszystkie odcinki widzimy, jak wyśmienitą, bystrą i doświadczoną jest pielęgniarką. Upewniają nas w tym także jej współpracownicy, wielokrotnie powtarzający wyrazy uznania i zaufania wobec jej umiejętności. Co ciekawe, inaczej niż na przykład House, Jackie wydaje się także doskonałą pielęgniarką w oczach pacjentów. Odnosi się do nich serdecznie, pozwala się poczuć bezpiecznie, rzadko usłyszymy z jej ust inny zwrot niż honey czy sweetheart. Inaczej sprawy się mają, gdy Jackie rozpoczyna prywatną wendetę. Zawsze jednak – możemy być spokojni – chodzi o słuszną sprawę. Oczywiście za każdym razem w akcie obrony pokrzywdzonych Jackie daleko przekracza swoje kompetencje i uprawnienia. Staje się kimś w rodzaju medycznego Robin Hooda, którego działania wszyscy w szpitalu ostateczności akceptują. Złoszczą się i sprzeciwiają, ale akceptują.

Edie Falco w roli Jackie jest znakomita. Jej rola Carmeli Soprano, żony bossa mafii w kultowym serialu „Rodzina Soprano” jest pod wieloma względami bardziej złożona psychologicznie i dramatycznie niż ta w „Siostrze Jackie”. Wydaje się jednak, że ocena ta dotyczy raczej jakości całości owych seriali, nie zaś występów Falco. Jedno bowiem jest w jej przypadku niezmienne. Tworzy postaci, które są psychologicznie złożone, oscylujące pomiędzy narcyzmem a autodestrukcją. Nigdy nie znajdujące się na szczycie hierarchii społecznej, zawodowej ani rodzinnej, a jednak siłą osobowości i determinacji wygrywające uwagę widza. Falco jako Jackie Peyton zmienia się wraz z kolejnymi sezonami. Jej gra aktorska zyskuje na niejednoznaczności, głębi i, jak sądzę, rozumieniu postaci. Postaci budowanej zresztą szalenie konsekwentnie i drażniąco zarazem. Uzależnienie Jackie od leków oraz narkotyków, w dużej mierze uzyskiwanych w szpitalu metodą koronkowych oszustw i manipulacji, jest zasadniczym tematem serialu. To jest też jego najmocniejszy punkt – reprezentacja osoby uzależnionej znacznie przekracza przyzwyczajenia z serialu medycznego, jakoby uzależnienie było powiązane z geniuszem. Jackie jest pod tym względem postacią, która zdaje się mimo uzależnienia wypełniać swoje obowiązki. Nie dzięki nim. Zaskakujące dla wielu widzów może się okazać, jak mało spostrzegawczy są jej współpracownicy i jak skutecznie udaje jej się ukrywać swoje uzależnienie, a także – rodzinę, dzieci, właściwie całość pozaszpitalnego życia. Serial zdaje się eksplorować właśnie ten motyw – niezwykłej zdolności osób uzależnionych do ukrywania się, maskowania, gubienia tropów. Nie bez znaczenia pozostają w tym wszystkim tak zwani pomocnicy. Pozornie wspierający ją przyjaciele, którzy faktycznie przyczyniają się do podtrzymania destrukcyjnego nałogu, zdają się zasadniczym elementem świata pigułek Jackie. Warto bowiem pamiętać, że bohaterka przepada za „czystymi” lekami i narkotykami. Ze świecą tu szukać drastycznych scen czy obrzydliwości. Pigułki, wprawdzie zwykle gryzione, a nie połykane, stają się z czasem nie tylko jedyną przyjemnością Jackie, ale zyskują status jedynego obiektu, o którym myśli.

Bohaterkę widzimy w wielu sytuacjach. Kiedy spędza sielankowe wieczory z rodziną, kiedy spędza mniej sielankowe wieczory z rodziną, kiedy zdradza, kiedy oszukuje, kiedy jest najlepszą przyjaciółką na świecie i najzabawniejszą pielęgniarką w historii telewizji. Postać Jackie funduje nam emocjonalny rollercoaster mimo skromności produkcji w zakresie formalnym, wizualnym i dramatycznym. Rola Falco przekracza i zamysł serialu, i jego wyjściowe ambicje. Szalenie zabawne fragmenty z udziałem Zoey (jednej z mojej ulubionych bohaterek telewizyjnych ostatnich lat), Glorii Akalitus (przełożonej) czy Thora nie przesłaniają jednak dramatycznego wydźwięku serialu.

Zasadniczy zarzut, jaki można mieć wobec tego serialu, dotyczy niekończącego się powrotu do punktu wyjścia: braku rozwoju sytuacji (szczególnie w piątym i szóstym sezonie) oraz dręczącej powtarzalności rozmów i problemów. Zwłaszcza gdy ogląda się ten serial w trybie binge-watchingu [po kilka odcinków czy nawet sezonów z rzędu – przyp. red.], wydaje się to bardzo wpływać na ocenę całości. Trudno mi się jednak oprzeć wrażeniu, że w tym tkwi w dużej mierze realizm przedstawienia osobowości i życia osoby uzależnionej. Odwyk, powrót, poprawa, upadek, strata, wstyd, walka, upadek. Bez końca. Pod tym względem Falco wykonuje olbrzymią pracę aktorską. Kiedy Jackie nie potrafi się skupić na wycieczce z rodziną, bo zgubiła tabletki, jej niepokój udziela się widzowi. Gdy mówi o zmarłej w szpitalu kobiecie: „She’s dead and I’m jealous”, wiemy, że dokładnie to ma na myśli. Za każdym razem doskonale udaje jej się wygrać obietnicę i nadzieję, że oto obserwujemy powrót do odpowiedzialnych i trzeźwych, by w kolejnej scenie mogła powiedzieć z uśmiechem na twarzy: „Blow me”.

Trudno się nie zastanowić, czy tak daleko posunięta manipulacja emocjami widza, przy jednoczesnym niedopracowaniu innych postaci (czasem ktoś znika z pola widzenia, czasami gubi się wątek, o niektórych bohaterach po siedmiu sezonach wiemy tak niewiele, że trudno uznać to za świadomy zabieg) nie skazuje tego serialu na porażkę. Naturalnie wszystko możemy tłumaczyć logiką uzależnienia i w dużej mierze jestem skłonna przychylić się do tej interpretacji. Brakuje tu jednak czasami głębszego spojrzenia na współuzależnionych albo mniej ekspresyjne postaci, które ponoszą konsekwencje decyzji Jackie. W ostatnich sezonach wprowadza się też nowe postaci, których losy albo urywają się w bardzo dziwnych momentach i wydają się przerysowane w przesadnym stopniu (dr Bernard Prince, dr Carrie Roman) albo zwyczajnie nie dorastają do tych, które znaliśmy z pierwszych części (dr Eleanor O'Hara, Mo-Mo). W międzyczasie na dachu szpitala ląduje samolot, kiedy lekarze uprawiają seks, a Jackie przeżywa coraz mniej prawdopodobne „przygody” w związku ze swoim uzależnieniem. Nie wszystkie są przekonujące, przy niektórych opadają ręce, ale serial zdaje się zawsze wracać do formy i swojego charakterystycznego tonu. Lepkiego, współuzależniającego dramatu z dużym potencjałem humoru – nierzadko absurdalnego, błyskotliwego i mrocznego.

Aktorski popis Falco w tym serialu nie jest tylko puszeniem się i manipulacjami Jackie. To bowiem, jak daleko przeformułowuje się tu stereotypowe motywacje i decyzje, zdaje się najlepiej ujawniać w jednym fakcie: nie utrata przyjaciół, rodziny i godności, a pracy pielęgniarki jest dla Jackie najbardziej przerażającą perspektywą. Bo i o pielęgniarkach jest to serial. O tym, kim są w szpitalu, jaka część opieki i leczenia spada na ich barki. Możemy się spodziewać, jak niewiele pielęgniarek z entuzjazmem zareagowało i zareaguje na postać uzależnionej od leków bohaterki, która nadużywa swojej pozycji, praw i manipulatorskich zdolności. Ale zza tej całej historii wyziera też o wiele bardziej poważna i szersza diagnoza – niedoceniania nieocenionych. „Siostra Jackie”, mimo że wydaje się serialem prostym, jednym z wielu medycznych dramatów, ma momenty, dla których warto zejść w szpitalnej hierarchii stopień niżej i porzucić na moment lekarzy. Czegoż bowiem więcej w medycznym serialu trzeba niż postaci, która już w jednym z pierwszych odcinków mówi: „Quiet and mean. Those are my people”.

 

„Siostra Jackie” / „Nurse Jackie”
twórcy: Liz Brixius, Evan Dunsky, Linda Wallem
Showtime

Od piekła Monszatana do nieba GMO
23 października 2017

Od piekła Monszatana do nieba GMO

„W królestwie Monszatana” prezentuje świat jednostronny. Odrzucenie GMO jest tu przedstawiane jako absurd, taki sam jak odmowa stosowania szczepionek, spożywania glutenu przez nieuczulonych na niego ludzi i podważanie tezy, że globalne ocieplenie jest wynikiem działania człowieka...

Wybiórcza ciekawość
17 października 2017

Wybiórcza ciekawość

Niezręcznie cytować hasła reklamowe z książek, ale „Ludzie na drzewach” nie stawiają, przynajmniej moim zdaniem, pytania: czy wybitne umysły mają prawo żyć ponad normami moralnymi? No więc nie mają prawa, i żaden Nobel ani szuflada z Oscarami tu nie pomogą...