21 listopada 2017
mind-1

Dlaczego obejrzałam wszystkie odcinki serialu „Mindhunter”

Dwaj agenci FBI. Jeden starszy, z większym stażem, mocniej stąpający po ziemi, zdystansowany. Drugi – młodszy, gadatliwy, wizjonerski. Bill Tench wygląda jak agent FBI, do jakiego przywykliśmy po wielu filmach i serialach o amerykańskich służbach. Holden Ford – raczej jak mormon, na pewno nie jak młody mężczyzna pochodzący z Brooklynu. Uwagi wobec stylu Holdena pojawiają się w serialu wielokrotnie. Ze strony dziewczyny, współpracowników i odwiedzanych kryminalistów. Na tym opiera się też częściowo jego skuteczność w kontaktach z seryjnymi mordercami.

Jest rok 1977, psychologia kryminalna ma jeszcze przed sobą największe osiągnięcia i przełomy badawcze. Holden Ford rozpoczyna realizację swojego planu przeprowadzenia wywiadów z seryjnymi mordercami osadzonymi w amerykańskich więzieniach. Cel jest przewidywalny. Zrozumienie schematów ich działań, motywacji, sposobu, w jaki podejmują decyzję o morderstwie, a także prześledzeniu ich drogi od przeciętnego obywatela do mrożących krew w żyłach postaci. Partnerem Holdena w tym projekcie, mimo wielu wątpliwości i oporu, zostaje Bill. Ich relacja będzie dla całej historii bardzo istotna, decydująca nie tylko dla kształtu wywiadów i relacji z więźniami, ale także dla powodzenia projektu w FBI. „Mindhunter” wykorzystuje proste kontrasty charakterologiczne i kulturowe dla wydobycia na światło dzienne dwóch punktów widzenia. Zrobione jest to jednak na tyle sprawnie i nienachalnie, że widz ma szansę dostrzec z jednej strony nasilającą się z czasem dwuznaczność działań Holdena. Z drugiej zaś zauważyć, jak powściągliwość i tradycyjne podejście Billa (do pewnego momentu) ograniczają możliwości zrobienia milowego kroku w zrozumieniu bestii.

Kolejnym kontrapunktem dla Holdena jest w serialu jego dziewczyna – Debbie. Wraz z nią otrzymujemy nie tylko kontrastujące z pomieszczeniami FBI wnętrza, ale także hippisowski styl, nonszalancję i ekspozycję erotyki. W pakiecie jest też niestety socjologiczna perspektywa, jaką przyjmuje przyszła doktorantka w tej dziedzinie. Piszę „niestety”, ponieważ dialogi oraz monologi, które Debbie prowadzi, mimo potencjalnej atrakcyjności, zatrzymują się na kliszach, mieliznach i słabo skrywanej potrzebie twórców, aby zdyskursywizować to, co dopiero zalęgło się w umyśle Holdena. Debbie wprowadza jednak ciekawy kontrast dla stylu oraz osobowości partnera. Mimo że niektóre posunięcia pary mogą się wydawać psychologicznie nieprawdopodobne albo co najmniej życzeniowe, sceny z życia domowego zapewniają widzowi odpoczynek od drastycznych opisów i nie mniej strasznych fotografii. Pod tym względem życie prywatne Billa jest może mniej ekscytujące, ale bardziej prawdopodobne, uzupełniając spójny obraz bohatera.

 

 

Pomiędzy walką z biurokracją, przeprowadzaniem wywiadów a zmaganiami z życiem domowym obaj mężczyźni regularnie dają się wciągnąć w bieżące śledztwa, a nawet – psychologiczne i potencjalnie kryminalne problemy w jednej ze szkół. Ich zaangażowanie w te sprawy (zarówno morderstwa, jak i mniej drastyczne przestępstwa) każdorazowo jest podawane w wątpliwość, podważane przez zwierzchników i dyskutowane przez nich samych. Wydaje się to błahym aspektem serialu, ale wzmacnia wrażenia, jakie buduje „Mindhunter”. To nie pojedyncza zbrodnia, a rozgryzienie mechanizmu rządzącego kryminalnym umysłem ma znaczenie.

Najmocniejszymi, ale i najbardziej drastycznymi scenami serialu są te, które mają miejsce w więzieniach. To tu na światło dzienne wychodzą niesłychane talenty aktorskie (szykujmy się na deszcz nagród dla Camerona Brittona za rolę Edwarda Kempera). Także w tych scenach ujawnia się kunszt scenarzystów i operatorów. Są takie momenty, w których wstrzymuje się oddech na dłuższą chwilę, mimo że to słowa, a nie fabularna rekonstrukcja morderstwa są narzędziem komunikacji. Postać Kempera jest zbudowana z taką maestrią, że porządne aktorstwo głównych postaci (Jonathana Groffa i Holta McCallany’ego) schodzi na dalszy plan. To zresztą z Kemperem agenci będą mieli najwięcej problemów, najwięcej wyzwań i ekscytacji. Można się wręcz zastanawiać, czy pozostałe wątki i postaci seryjnych morderców nie zostały potraktowane przez serial po macoszemu. Niewykluczone, że sytuacja zmieni się w – zapowiedzianym już – drugim sezonie. Jakkolwiek relacja agentów z Kemperem, jak również jego psychologiczne gry i odstręczające historie (już nigdy nie pomyślę o szyi tak niewinnie, jak wcześniej) są pasjonującym spektaklem, to po obejrzeniu pozostałych wywiadów pozostaje niedosyt. Wyjątkiem jest duża sprawa, jaką zajmują się agenci. W tym przypadku ich metody przesłuchania zyskują w efekcie prowadzonych badań i zdają się zbliżać do postawionego przed agentami celu. Lepiej oceniać przesłuchiwanych, trafniej wyłapywać zagrożenie, wyprzedzać zbrodnie.

 

 

W pewnym momencie do Billa i Holdena dołącza Wendy, badaczka z Bostonu. Pominę tu oczywiste wątki personalno-obyczajowe. Jeżeli bowiem nie są oczywiste, są już spoilerem. Wendy, jak na stereotypowego naukowca przystało, zaprowadza porządek, strukturę oraz procedury. Próby uschematyzowania wywiadów nie mają szans powodzenia, jednak jej rola nie sprowadza się do przycinania projektu. Wręcz przeciwnie, to ona rozbudza ambicję agentów, szczególnie wpatrzonego w nią jak w święty obrazek Holdena. Mimo początkowej przewidywalności, widza może zaskoczyć element niesprecyzowanego niepokoju, jaki wprowadzają obrazy życia prywatnego Wendy. Zostawianie puszki z tuńczykiem na parapecie w piwnicy wydaje się w porównaniu do pozostałych wątków wręcz niewinne. A jednak. Rzeczy wyglądają inaczej, kiedy patrzą na nie psychologowie kryminalni. Nie inaczej jest z życiem codziennym pozostałych postaci. Także ono stopniowo określane jest przez ich zawodowe (czy tylko?) zainteresowania. Do stałych elementów serialu zalicza się również seria krótkich scen poprzedzająca czołówkę (dzięki ci, Netfliksie, za przycisk skip intro) –pojawia się w nich niepokojąca postać, o której do końca nie wiemy nic definitywnego.

 

 

Niewątpliwie zajmującym elementem „Mindhuntera” jest rozwój postaci. Najbardziej interesujący, choć częściowo przewidywalny, jest postęp pracy Holdena i towarzysząca mu zmiana osobowości bohatera, zachowania czy nawet etyki pracy. Oczywiste dla serialu tego typu jest pytanie: czy badający nie upodabnia się do badanych? Czy jego zainteresowania mają wyłącznie źródło w pragnieniach sprawiedliwości, powstrzymania zła i okrucieństwa na świecie? Są to jednak kwestie nie do uniknięcia, a w serialu rozegrane zostały one na tyle subtelnie (może poza kilkoma scenami), że uznać to można za godny śledzenia wątek. Oczywiście pikanterii dodaje „Mindhunterowi” fakt, że serial nakręcono na podstawie książki opartej na faktach, zbrodniarze są zatem jak najbardziej realni, a widmo wywiadu z Charlesem Mansonem krąży nad Holdenem od samego początku.

Nie da się ukryć, że serial wyprodukowany dla Netflixa między innymi przez Charlize Theron i Davida Finchera (również reżysera kilku epizodów – red.) jest mocną premierą na koniec roku. Zarówno sposób konstruowania narracji w serialu, jak i finał sezonu sprawiają wrażenie, jak gdyby pierwsze dziesięć odcinków stanowiło w istocie doskonałą przygrywkę. A to, co dopiero nastąpi w drugim sezonie, wstrzyma oddech widzów jeszcze wielokrotnie. Poprzeczka jest już bardzo wysoko.

 

„Mindhunter”
twórca: Joe Penhall
Netflix

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)
07 grudnia 2018

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)

Cezary Tomaszewski w „Instytucie Goethego” wystawionym w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu zastanawia się, w jakim stopniu werteryzm dalej oddziałuje na przedstawicieli obojga płci. Na wyświetlanych przed oklaskami napisach pojawia się długa lista nazwisk samobójców – ofiar werteryzmu od momentu wydania powieści w 1774 roku...

Odsłuchy listopada
06 grudnia 2018

Odsłuchy listopada

Tym razem podsumowanie w przeważającej mierze polskie, a skoro Polska, to szczypta zachwytu, łyk cierpienia. Na szczęście pewien brytyjski kwartet i rodzimy duet zadbali o to, aby proporcje powyższych nie były dla nas zbyt przykre...

Ballady i romanse
05 grudnia 2018

Ballady i romanse

Jest w debiucie reżyserskim Bradleya Coopera scena, w której gwiazdor rocka po kilku głębszych traci grunt pod nogami i ląduje na trawniku. „Czuję, że przechodziliśmy już przez to” – mówi jego przyjaciel, na co ten odpowiada, że „miewał lepsze dni”...