17 maja 2018
JaneChapter74-1150x647

Dlaczego obejrzałam wszystkie odcinki „Jane the Virgin”

Kiedy z dużą regularnością odpowiadasz na pytania znajomych o seriale godne polecenia albo nowe produkcje, które nie tylko oglądasz, ale także lubisz – jest to ryzykowna gra. Nie chodzi przecież o wyliczenie najdoskonalszych jakościowo seriali ani o potwierdzenie znaczenia telewizyjnych nagród. Chodzi o odsłonięcie gustu, indywidualne przyjemności, dobrowolnie spędzane godziny. W ciągu ostatnich lat niewiele tytułów spotkało się z takim zaskoczeniem moich rozmówców jak serial „Jane the Virgin”. „Czy to jest jakiś żart?” – dziwili się. Reagowali też mniej elegancko albo już później nie pytali o rekomendacje, wnioskując najwyraźniej, że skoro oszalałam, nie będzie już powrotu.

Najwyraźniej wielu widzów, którzy śledzą losy Jane Villanuevy i jej najbliższych, uważa tę rozrywkę raczej za guilty pleasure – łącząc tym samym entuzjazm z poczuciem pewnej niestosowności. Rzeczywiście, „Jane the Virgin” czerpie z cukierkowej estetyki pełnymi garściami, w pierwszych odsłonach wykorzystując także emotikony, serduszka i inne tego rodzaju wizualne atrakcje bez umiaru i – przede wszystkim – bez poczucia żenady. Zarówno kolorystyka wnętrz (mieszkanie babci Alby, ale przede wszystkim hotelu Marbella), jak i kostiumów głównych postaci współgra z wątkiem przewodnim, który wykorzystywany jest na różnych poziomach serialu: telenoweli.

Po pierwsze, zarówno Alba (babcia; w tej roli cudowna Ivonne Coll), Xiomara (matka typu wamp, Andrea Navedo), jak i Jane (córka, nagradzana za tę przełomową rolę Gina Rodriguez) z wypiekami na twarzy wspólnie śledzą losy bohaterów tej „emocjonalnej pornografii”. Tak właśnie telenowelę nazywa w którymś z ostatnich odcinków Rogelio de la Vega, wielka amerykańska gwiazda tego gatunku. Po drugie, właśnie postać Rogelio pozwala na rozbudowanie tego wątku. Narcystyczny, lecz w głębi serca czuły i wrażliwy, Latynos-bożyszcze także z własnych historii miłosnych tworzy emocjonalny rollercoaster z wielkimi romantycznymi gestami w roli głównej. W istocie bowiem telenowela nie jest jedynie – choć uzmysłowienie i pogłębienie tej refleksji to jedno z najwspanialszych osiągnięć tego serialu – tożsamościotwórcza, ale także wpływowa dla kreowania narracji, także autobiograficznych.

 

 

Po trzecie więc, Jane jest aspirującą pisarką, jej ambicje wiążą się właśnie z romansami, wielkimi opowieściami o trudnej miłości, która niepozbawiona jest raptownych zwrotów akcji i czaru nieprawdopodobieństwa. Ostatecznie bowiem ani teksty, ani gatunki ważne dla serialu nie są szczególnie przywiązane do standardów wyznaczanych przez największe telewizyjne hity początku XXI wieku. Logika telenoweli zaprzęgnięta jest tu wprawdzie do bardzo współczesnych dylematów i problemów (sztuczne zapłodnienie i lęk przed inwazyjnością genetyczną medycyny, niestandardowość współczesnej rodziny nieopartej na modelu nuklearnym, kryzys ekonomiczny, prawna sytuacja latynoamerykańskiej mniejszości itd.), jednak wierność temu wzorcowi jest jednym z najbardziej trwałych elementów „Jane the Virgin”. To serial spójny i ekstremalnie wręcz wykorzystujący sygnały i skojarzenia gatunkowe. Doskonała rozrywka dla nerdów-formalistów nie ustępuje tu jednak zaangażowaniu emocjonalnemu widza.

Mimo że większość wydarzeń pozbawiona jest typowej dla współczesnej kultury konsekwencji, a repertuar telenowelowy (zaginieni bliźniacy, fałszywi rodzice, postacie powstające z martwych, bohaterki budowane na zasadzie opozycji, szlachetność połączona z ubóstwem, religijność stawiająca przeszkody miłości) jest przecież doskonale przewidywalny, opowieść o Jane, która została przypadkowo sztucznie zapłodniona, jednocześnie ironicznie dystansuje i czule zbliża widza. Relacje pomiędzy bohaterami są w tym całym sztafażu złożone, dynamiczne i nieoczywiste. Mimo że wszystko rozpoczyna się od gry kliszami, z czasem rozwija się nie tylko złożony psychologiczny portret poszczególnych postaci, ale także rozgałęzionej i nietypowej rodziny. Co zaskakujące, poprzez skupienie na ważnych współczesnych problemach, dotykających przede wszystkim młode kobiety, „Jane the Virgin” wykorzystuje przede wszystkim czułość. Niekoniecznie w znaczeniu sentymentalizmu, ale raczej wytrwałej bliskości, poszukiwania odpowiedniej drogi dla własnej historii – mimo wychowania w konserwatywnym katolickim domu, ale też dzięki temu.

Jane jest postacią, która nie jest zbudowana na oczywistościach. Jej ujmująca troskliwość i urok łączą się z obsesyjnym planowaniem, przesadną powściągliwością obyczajową (do momentu, kiedy tytuł serialu traci na znaczeniu) i pewną emocjonalną naiwnością. Mimo że żona ojca przyszłego dziecka Jane, Rafaela, Petra (świetna rola Yael Grobglas z nieoczekiwanym amerykańsko-czeskim wątkiem w tle) wydaje się biegunowym przeciwieństwem protagonistki, od początku wydaje się obiecującą postacią. Podobnie jak w wielu innych kwestiach, także tutaj z czasem binarna logika telenoweli zdaje się komplikować i znajdować półtony. Doskonale wykorzystuje się tu tę dwuznaczną grę stereotypami narodowymi, psychologicznymi i gatunkowymi dla dotknięcia mniej oczywistych wątków. Jednym z nich, zaznaczającym się od pierwszych scen serialu, są rozmaite oblicza i wersje macierzyństwa. To nie tylko jeden z najważniejszych tematów serialu, który został potraktowany w sposób otwarty, pozbawiony idealizacji i jednoznacznych morałów. To także główna oś organizująca życie bohaterów. Relacje matka–dzieci przyćmiewają do pewnego momentu więzi z ojcami, do końca wydają się głównym zainteresowaniem twórców.

 

 

Macierzyństwo ma tu jednak nie tylko wzloty i upadki, ale także chwile komiczne i dramatyczne. Takie, w których zostawia się widzom pole dla niezgody na decyzje bohaterek albo – wręcz przeciwnie – akceptuje się odmienność modeli wychowania (Petra i córki; Jane i Mateo). Różnice pokoleniowe (Alba i Xo; Xo i Jane; Jane i Mateo) nie są tu ani przez moment ignorowane, podobnie jak cała seria pytań, jakie stawiają sobie rodzice o wychowanie swoich dzieci. Jest i śmieszno, i straszno. Niezmiennie jednak pierwszoplanowy wydaje się pozorny banał: że wszyscy chcą dobrze. Odmienność definicji „dobrze” jest siłą tego serialu. Nie ma tu ani moralizatorstwa, ani obsesji potomstwa, ani snucia narracji o tym, jak wszystko przesuwa się na dalszy plan wraz z pojawieniem się dzieci. W „Jane the Virgin”, mimo pozornego (inni będą argumentować, że jest on po prostu głęboko zakorzeniony) konserwatyzmu i skupienia na życiu rodzinnym, wszystkie postaci kobiece mają ambicje zawodowe, pasje, sukcesy i porażki, które przynosi im los. Także późna aktywizacja zawodowa Alby, wiążąca się z nadzieją na uzyskanie zielonej karty, jest tu ważnym wątkiem. „Jane the Virgin” wprawdzie zderza ze sobą opinie postaci, pokazuje nam choćby zmęczenie Jane niezapewniającą poczucia bezpieczeństwa matką i życiem z babcią oraz jej kontrowersyjnymi poglądami na różne tematy, ale zdaje się do każdej postaci podchodzić z osobną uwagą. Oznacza to ni mniej ni więcej, że każda postać ma swoje motywacje i plany, które niekoniecznie zawsze koncentrują się na głównej bohaterce.

Sposób, w jaki pokazana została kariera pisarska Jane, pozwala dostrzec, że nie śledzimy przesadnie optymistycznej historii o pochodzie kobiet ku potędze, ale bardzo wiarygodne obrazy współczesnych Latynoamerykanek. Banałem byłoby powiedzieć, że możemy odnaleźć trochę siebie w którejś z postaci. Mimo to psychologiczny realizm, który współistnieje tu z estetyką á la Kucyki Pony, zaskakuje swoją dojrzałością w pokazywaniu emocjonalnych dramatów, zawodów, wstydu i oczekiwań. Złożonością i zmiennością rodziny, jej współczesnymi zawirowaniami i lękami, ale także wyzwalającą otwartością. Bohaterowie bardzo często się ze sobą nie zgadzają, ale nie dotyczy to wyłącznie sfery prywatnej, co jest przecież okropną bolączką wielu komediodramatów o rodzinie. Dzielą ich światopogląd polityczny, wariant praktykowanego feminizmu, stosunek do pracy kobiet i roli w rodzinie, religia, a także kwestie narodowe. To przecież także opowieść o życiu kilku pokoleń emigrantów w Stanach Zjednoczonych, która nie unika poruszania aktualnych problemów wynikających ze zmiany w fotelu prezydenta. Wprawdzie krytyka ta nie jest tak otwarta jak choćby w „The Good Fight”, a jej przeżywanie łączy się raczej z lękiem i niepokojem niż wściekłością, trudno przejść wobec tego obrazu obojętnie.

 

 

„Jane the Virgin” jest kolejną adaptacją kultowej wenezuelskiej telenoweli „Juana la Virgen”. Polskiej telewizji przydarzyła się drobna katastrofa w postaci „Majki”, opartej na tym samym formacie. W przeciwieństwie do pozostałych realizacji, „Jane the Virgin” twórczo rozgrywa nie tylko sam schemat, ale relatywnie szybko pozbywa się balastu wyjściowego wątku. Punkt ciężkości przesuwa się na to, w jaki sposób Jane radzi sobie nie tylko z nieplanowaną ciążą połączoną z dziewictwem, ale także stara się nie sprowadzić swojego życia do tego doświadczenia. Walka to nierówna, ale „Jane the Virgin” podsuwa tu, co ciekawe, wiele rozwiązań, które wydają się od początku równie możliwe. Jest więc dyskusja o aborcji, oddaniu dziecka biologicznemu ojcu, są próby kamuflowania językowego ciąży, jest w końcu pytanie o etykę. Wbrew tytułowi serialu, Jane udaje się wyzwolić z tego definicyjnego wydarzenia, metoda zapłodnienia po narodzinach chłopca znika z aktywnej pamięci bohaterów.

W serialu wykorzystano ciekawy zabieg w nietypowej dla współczesnej telewizji skali: latynoskiego narratora, który podsumowuje wydarzenia, ironizuje i żartuje z bohaterów, podsuwa interteksty i wzrusza się wydarzeniami na ekranie. Jego powtarzająca się refleksja „jak w telenoweli” może na dłuższą metę drażnić niektórych widzów, jednak wydaje się, że bez tego metapoziomu trudno byłoby mówić o tym samym serialu. Poświęciłam temu niegdyś rozważania cięższego kalibru, ale najważniejsza nadal wydaje mi się refleksja dotycząca rozgrywania tu śmiało wspólnot gustu, obnażania tego, na czym w istocie opiera się przekonanie o tym, co może być wyjątkową telewizją, a co pogardliwie określa się jako telewizję dla gospodyń domowych. Transgresyjność tego serialu polega na tym, że przejmuje się w pewnym sensie obelgę i buduje się na niej nową jakość. Owa samoświadomość gatunkowa jest bowiem nie tylko jego znakiem rozpoznawczym, ale także tym, co sprawia, że „Jane the Virgin” – mimo drobnych przestojów po drugim sezonie – nie przestaje mnie zadziwiać swoją czułością i wrażliwością, która tak rzadko popada w emocjonalną tandetę, jakiej wielu widzów spodziewa się pewnie po telenoweli. Zaskakujące jest więc zarówno to, że w tak wielkim repertuarze współczesnej telewizji telenowela mogła zająć poczesne miejsce, jak i to, że – aby to osiągnąć – nie musiała wyprzeć się swoich korzeni.

 

 

„Jane the Virgin”
twórca: Jennie Snyder Urman
CW
w Polsce dostępne na platformie Netflix

Polski mecenas bitników
16 października 2018

Polski mecenas bitników

Klub otwarty w 1964 roku przez polskiego imigranta był przez kilka lat prawdziwą mekką nowojorskiego środowiska artystycznego. Mimo to pozostawał białą plamą w życiorysie amerykańskiej Polonii...