11 grudnia 2019
irlandczyk
photo © Netflix 2019

Demencja gangstera

Chociaż jest obecnie postacią trochę zapomnianą, dla amerykańskich niebieskich kołnierzyków Jimmy Hoffa wciąż pozostaje ikoną walki o prawa pracownicze. Od najmłodszych lat utrzymywał rodzinę; już jako nastolatek stanął na czele strajku pracowników magazynu, w którym był zatrudniony. W latach 30. XX wieku dołączył do związku zawodowego Teamsterów, zrzeszającego pracowników sektorów prywatnych i publicznych. Tam działał w strukturach, jednocząc regionalne, pomniejsze związki. Pod koniec lat 50. objął prezesurę liczącej ponad milion członków organizacji. Przez ponad dekadę wojował z rodem Kennedych, bratał się z mafią i potępiał segregację rasową, nieprzerwanie dbając o przedstawicieli klasy pracującej. Jego zagadkowe zaginięcie 30 lipca 1975 roku pozostawało przedmiotem wielu teorii spiskowych; ich liczba odpowiadała ogromowi hipotez dotyczących „prawdy” o „śmierci” Elvisa Presleya. Nie bez powodu główny bohater „Irlandczyka”, mafijny cyngiel Frank Sheeran, porównuje Hoffę do legendy amerykańskiego rocka. To właśnie Sheeran przed własną śmiercią, w 2003 roku przyznał się do zamordowania związkowca. Chociaż niektórzy eksperci nie dają wiary jego wersji wydarzeń, to na niej oparto fabułę nowego filmu Martina Scorsesego.

Niestety, nie dowiadujemy się z niego, dlaczego Jimmy Hoffa był tak ważny dla kierowców i robotników, musimy po prostu zaakceptować jego istotność. W „Irlandczyku” bohater pokazany jest głównie jako populista i sympatyczny furiat, błędnie przeświadczony o własnej wyjątkowości. Zobaczymy więc wiwatujące tłumy na wiecach, a nie to, jak poprzez naciski na pracodawców wywalczył emerytury dla pracowników fizycznych. Ta informacja pojawia się jedynie jako zapośredniczona – wyczytana jest przez córkę Sheerana – nielegalne działania Hoffy natomiast widzimy na własne oczy i samodzielnie możemy poddać stosownej krytyce. Dla Scorsesego istotniejsze jest, że bohater pożyczał pieniądze mafii na budowę kasyn w Las Vegas – to o relacji działacza z włoskimi przestępcami jego najnowszy film traktuje. Na zniuansowanym obrazie Hoffy „Irlandczyk” z pewnością by skorzystał, a jego brak to chyba jedyna uwaga, jaką można mieć do tej trwającej trzy i pół godziny opowieści.

Sheeran, grany przez Roberta De Niro z charakterystycznym dla aktora grymasem, jest typowym antybohaterem filmów Scorsesego – w tym wypadku człowiekiem, który robi to, co konieczne, żeby przetrwać. Już jako żołnierz, tytułowy Irlandczyk zabija, by żyć, ceniąc sobie przede wszystkim organizację. Mafia, związek zawodowy czy wojsko, z relatywnie jasnymi zasadami i hierarchią służbową, wydają się stworzone dla kogoś takiego jak Frank, z miejsca akceptującego zastany porządek i dbającego o jego utrzymanie. De Niro genialnie snuje się przez cały film, obojętnie, czy jego bohater pociąga za spust, czy spędza czas z rodziną. Głębię emocji okazuje tylko raz, w przełomowym momencie „Irlandczyka”. Widzimy to zaledwie przez kilka sekund, bo w męskim świecie sentymenty to jedynie przeszkody, jakie stoją na drodze działaniu.

Hoffa, w którego wciela się Al Pacino, oraz Russell Bufalino – grana przez Joe Pesciego głowa mafijnej rodziny – są bliski przyjaciółmi Sheerana. Konstruując postać, Pacino odwołuje się do dobrze znanych chwytów: przechodzi błyskawicznie ze spokoju do manii, zaś emerytowany już Pesci dyskretnie dominuje w tym aktorskim triumwiracie. Drobny, cichy i opanowany, wydaje się raczej dobrotliwym staruszkiem niż niebezpiecznym gangsterem (umazanego krwią widzimy go tylko raz, mówiącego o ptaszkach, niebie i soczku winogronowym – o wiele częściej). Mając w pamięci role w innych filmach Scorsesego, trudno uwierzyć, że to ten sam aktor – krzykliwy, pełen energii, jak na zawołanie wpadający w ataki furii.

Trzej odtwórcy głównych rół, mówiąc kolokwialnie, „dają radę” i prezentują jakość, jakiej można oczekiwać od tak wielkich nazwisk. To samo należy powiedzieć o reżyserze, powracającym po raz kolejny do gangsterskiej tematyki bez zbędnych powtórzeń. Doskonale dobrana muzyka, organiczne, żywe dialogi i fenomenalny montaż – to wszystko flagowe cechy filmów Scorsesego. Próżno natomiast w „Irlandczyku” szukać impulsywności i spontaniczności „Chłopców z ferajny” czy zepsucia rodem z „Kasyna”. Tu kamera przede wszystkim zatrzymuje się na pomarszczonych twarzach rozmawiających gangsterów, podkreślając ich doświadczenie, ale też pewne wypalenie, równoznaczne z rezygnacją. Nie chodzi o rezygnację z nielegalnego procederu, lecz o brak wiary, że inne życie jest w ogóle możliwe. Nawet najmocniejsza przyjaźń musi tu ustąpić przed koniecznością, ewentualny żal można sobie pozostawić na starość, kiedy brak reakcji zostanie zrzucony na karb fizycznej nieudolności.

W tym świecie gangsterzy giną na oczach własnej rodziny, a najniebezpieczniejszą osobą jest ta najbliższa. Scorsese nie bawi się w wybielanie życiorysów przestępców, nie wpada w pułapkę, jaką zastawił na twórców kina gangsterskiego sukces „Ojca chrzestnego”, w którym mafiozi zazwyczaj kierowali się określonym kodeksem moralnym. Kult znajdujących się poza skorumpowanym systemem przestępców jest głęboko zakorzeniony w amerykańskiej kulturze, nieuniknione było więc, że przeniknie też do obrazów o półświatku. Doprowadziło to do dosyć zabawnych sytuacji – przykładowo Paul Castellano, w latach 80. głowa nowojorskiej rodziny Gambino, przedstawiony został zarówno jako elegancki biznesmen („Boss of Bossess”, 2001) i jako najgorsza szuja w obrazie gloryfikującym jego podwładnego, Johna Gottiego („Gotti”, 1996). Nie muszę chyba dodawać, że w tym pierwszym to Gotti, który ostatecznie zabił swojego szefa i przejął władzę w półświatku Nowego Jorku, pokazany był jako niemoralny bandyta. Gdy w grę wchodzi sympatia widza, potrzeba uszlachetniania ekranowych gangsterów zbyt często bierze górę nad całościowym obrazem ich realnych pierwowzorów.

W „Irlandczyku” sumienie głównego bohatera reprezentuje Peggy, jedna z jego córek, grana przez Annę Paquin. Dużo zostało już w recenzjach filmu napisane o tym, w jaki sposób rola tej znakomitej aktorki ograniczona została do zaledwie kilku słów; ale jeśli zaakceptujemy funkcję symboliczną pełnioną przez postać, zabieg ten wydaje się zrozumiały. Peggy od początku przedstawiana jest jako nieśmiała dziewczynka, w pełni świadoma tego, co robi jej ojciec i karcąca go wymownym milczeniem. Ta cisza jest zamierzona, prawdziwie boli Sheerana, który pragnie akceptacji ze strony własnego dziecka. Po śmierci Hoffy Peggy, dorosła już kobieta, ostatecznie odcina się od ojca, co również ma wymiar symboliczny. Skoro Sheeran stracił swoje (zewnętrzne) „sumienie”, odchodzi samotnie w domu opieki, zapomniany przez bliskich – co nie jest może śmiercią godną gangstera, stanowi natomiast stosowne zakończenie życia wypełnionego koniecznością.

Z książki „I Heard You Paint Houses” Charlesa Brandta, na której oparty jest film, możemy się dowiedzieć, że po powrocie z frontu przyszły zabójca regularnie oddawał krew, a raz nawet upadł tak nisko, że boksował się z kangurem, by mieć na alkohol i jedzenie. W przypadku Sheerana mówimy zatem o niesamowitej desperacji, która czyni zrozumiałą jego wyjątkową wdzięczność wobec przestępców. Podobną zapewne odczuwali członkowie związku wobec Hoffy, ignorując jego mafijne koligacje. Scorsese nigdy nie zrównuje cosa nostry i Teamsterów, nie krytykuje ani jednych, ani drugich, prowadząc widza przez swoją opowieść bardzo ostrożnie i unikając taniego moralizatorstwa.

W rezultacie otrzymujemy obraz wielopoziomowej korupcji i wzajemnych zależności, zrzucający odpowiedzialność za zepsucie amerykańskiego społeczeństwa na jego wszystkie warstwy. Żadna ze śmierci nie jest tu efektowna, nie ma tu zwolnionego tempa i ostatnich słów, co tylko wzmacnia obecny w filmie deterministyczny nastrój. W pewnym sensie „Irlandczyk” jest więc opowieścią o akceptacji przeznaczenia i konsekwencjach poddania się losowi. W tym świecie przedwczesna śmierć wydaje się błogosławieństwem. Gdy nie nadejdzie, człowieka dopadną choroby i samotność, karząc dotkliwiej niż wystrzelony z bliska pocisk. Dlatego też można zrozumieć, że Sheeran, opisując sposób, w jaki zabił Hoffę, powiedział: „mój przyjaciel nie cierpiał”. Trudno na podstawie filmu wyobrazić sobie, by związkowca spotkało inne zakończenie – widzimy, jak osuwa mu się grunt pod nogami, gdy coraz rozpaczliwiej próbuje odzyskać władzę w organizacji, którą pomógł rozwinąć. Pomimo najlepszych intencji, Frank i Russell nie są w stanie uchronić przyjaciela przed przeznaczeniem. Podobnie jak pokazani w jednej z początkowych scen niemieccy żołnierze kopiący swoje groby, wiedząc, że zaraz zostaną w nich pochowani, bohaterowie filmu mogą robić jedynie to, czego się od nich wymaga. Ich los i tak jest już przypieczętowany.

 

 

„Irlandczyk”
reż. Martin Scorsese
premiera: 22.11.2019
film dostępny także na platformie Netflix

Numinosum
21 maja 2020

Numinosum

[…] jednocześnie fascynuje i przeraża, wywołuje ekstazę i grozę. […] Tak świętość jako zjawisko próbował wyjaśnić religioznawczy klasyk Rudolf Otto; ale dokładnie tak samo można określić doświadczenie religijne, o którym opowiada w serialu „Devs”...

Porozmawiajmy o umieraniu
19 maja 2020

Porozmawiajmy o umieraniu

Szczerość Chast ciekawie odbija się na samej formie komiksu – bo tak naprawdę mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko komiksem. To raczej pamiętnik, do stworzenia którego Chast wykorzystała nie tylko komiks, ale także notatki, wiersze, szkice i zdjęcia...