Czasami mamy zawrót głowy

Z Andrzejem Maszewskim z Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, organizatorem festiwalu Ethno Port Poznań, rozmawia Tomasz Janas.

Przed nami czwarta edycja Ethno Portu. Przez te 3 lata festiwal stał się marką zauważalną w Polsce i nie tylko. Czy tak to sobie wyobrażałeś, gdy zaczynaliście?
I tak, i nie. Bo, wiadomo, marzeniem było, żeby zrobić coś fajnego i żeby to rosło. Ale jeżeli chodzi o materię, której będziemy dotykać i o wartość, jaką ona ma – to tej świadomości nie miałem.
Chcieliśmy zrobić dobrą imprezę, sięgać do muzyków, którzy grają tradycyjnie, ale i nowocześnie – we wszystkich odmianach world music. Wiedzieliśmy, że chcemy być eklektyczni estetycznie. Ale że wyruszamy w taką podróż – nie miałem pojęcia.

Przypomnijmy, co dla bywalców festiwalu jest oczywiste, to niezwykłe miejsce – Stare Koryto Warty. Przez Was wymyślone i odkryte.
Tak. Niektórzy mówią, że nie ma w życiu przypadków, a ja lubię mówić, że są – i bywają wielce znaczące. To miejsce zwróciło moją uwagę podczas spacerów z psem. Nie mogłem się nadziwić, że w centrum miasta może być taki straszny parking, za nim usypisko śmieci i bałagan, a to wszystko tak blisko Rynku i tak blisko rzeki. Do tego potem doszła Gazownia, która zawsze budzi uwagę.
To miejsce miało być kierunkiem, który chcemy wyznaczać dla wyjścia, dla ucieczki z Rynku, co jest chyba nieuchronne. Stary Rynek jest tak głośny, często w niefajnych aspektach. Jest żywy, ale dusi się. Miasto musi w którąś stronę iść, mnie się wydawało, że właśnie w tę stronę: Gazownia, katedra, Śródka.

I to jest miejsce, które spełnia Wasze oczekiwania. Samo tworzy specyficzny klimat…
Ono dla Ethno Portu, w ogóle: dla tego rodzaju muzyki, jest wymarzone – jeśli nie ma powodzi, jak w zeszłym roku. Jest scena, która gra w stronę miasta, i druga scena, w namiocie na wale nad Wartą. To miejsce się sprawdza, choć co roku coś doskonalimy. To jest dziewiczy teren, gdzie wszystko trzeba przywieźć – z prądem włącznie, ale warto. I jestem pewien, że tam się będzie działo coraz więcej. To miejsce jest do tego stworzone.

Czy masz czas na słuchanie koncertów podczas festiwalu?
Słucham. Rzadko całego koncertu, ale niektórych się udaje. My to robimy jako organizatorzy, ale i publiczność jednocześnie. Sami bardzo czekamy każdorazowo na festiwal i na muzykę, która zabrzmi.
Te trzy dotychczasowe edycje to był „koncert życzeń” albo spełnienie marzeń. Czy te przyjemności macie jeszcze przed sobą?
W pierwszym roku mieliśmy dość skromny budżet. Sięgnęliśmy po pewne zjawiska, które już dawno powinny być pokazane w Polsce, a jeszcze nie były – od Varttiny czy Oumou Sangare, aż po kontrowersyjnego Panjabiego MC. Szukaliśmy formuły i odpowiedzi na pytanie, czy to w ogóle zainteresuje ludzi.

Zainteresowanie jest niewątpliwie. Ale czy zadowala was ilość słuchaczy?
Frekwencja nie jest do tej pory porywająca, ale wciąż rośnie. No i jest to niezwykle wrażliwy, wymagający widz – to największa wartość festiwalu. I mówię to bez głupiej kokieterii, bo to jest niezwykłe, kiedy się patrzy na tych ludzi…
Drugi rok był dość symptomatyczny i czegoś nas nauczył. Było 8 wykonawców z zagranicy, z czego większość rozpoznawalnych w świecie, takich jak: Taraf De Haidouks, Mari Boine, Djivan Gasparyan, Habib Koite… I był na sam koniec festiwalu jeden koncert nikomu nieznanej Algierki Hourii Aichi. Ten koncert dał nam wiarę, że możemy pokazywać także artystów, którzy nie są rozpoznawalni – jeszcze nie rozpoznawalni! Że możemy sami kreować i wybierać tych, którzy startują i za chwilę będą znani i cenieni. W trzecim roku spróbowaliśmy tego znowu.
To było ryzykowne, dlatego że wielu ludziom pewnie niewiele te nazwy mówiły, łącznie z zespołem Staff Benda Bilili. Ale się udało. Przyszło więcej ludzi niż rok wcześniej, zaufali więc oni festiwalowi.

A co z marzeniami?

Każdy festiwal jest jakimś spełnieniem marzeń. Ale jeśli mam robić jakąś gradację, to najlepszy jest ten, który się zbliża w tym roku. Dlatego, że wiemy więcej o world music, a także mamy do dyspozycji dodatkowe pieniądze z Ministerstwa Kultury. Pozwoliły nam one wzbogacić festiwal też ilościowo – w tym roku jest 16 koncertów, a nie 11. Właśnie to daje możliwość spełnienia marzeń, które mieliśmy od lat, które były trudne logistycznie i finansowo, ale się udały.

Jakie konkretnie?
Na przykład La33 z Kolumbii – 3 lata o nich walczyliśmy. Albo Pakistańczyk Faiz Ali Faiz, też marzenie od samego początku festiwalu. Dalej Desert Slide – czyli chęć pokazania prawdziwej hinduskiej ragi najwyższej jakości. A Filetta – przymiarki trwały od 3 lat... Ten rok jest naprawdę wyjątkowy.

Specyfiką festiwalu jest też to, że koncerty odbywają się na 2 scenach. Mamy więc artystów o takiej ekspresji, która pozwala zaprezentować ich muzykę na dużej scenie i tych, którzy wymagają jednak skupienia – dla nich jest scena w namiocie. Ciekawe, że ta sama publiczność hasająca pod sceną potrafi łatwo się przeobrazić w tę zasłuchaną w namiocie.
Ubiegły rok nam to trochę zamącił. Musieliśmy znieść namiot z wałów nad Wartą, bo były zamoknięte. Ludzie chwalili to, że blisko, można się schować. A mi to przeszkadzało. Brakowało mi tych 15 minut przejścia między dużą sceną a namiotem, kiedy się można wyciszyć. Było to widać na przykład na koncercie Wimme Saariego, który był, moim zdaniem, rewelacyjny, ale nastąpił tuż po mocnym Speed Caravan. Ludzie nie ochłonęli, zaczęli klaskać do rytmu, do tego, co Wimme śpiewał. On się strasznie zdziwił [śmiech], ale opanował publiczność oczywiście, wyciszył ją.

Podobno w tym roku będzie jeszcze jedna scena?

Tak. W tym roku mamy jeszcze jeden dodatkowy element – koncert A Filetty odbędzie się w Kościele pod wezwaniem Wszystkich Świętych na Grobli. Pamiętałem, że ten kościół jest piękny, ale kiedy poszedłem z księdzem go zwiedzać i zobaczyłem, jak jest przygotowany dla chórów, to – mimo początkowych oporów związanych ze zbyt oczywistym kontekstem miejsca – nie mam żadnych wątpliwości, jeśli chodzi o jego wybór, jakość akustyki, jakość dźwięku.
Co ciekawe – i to się powtarza co roku – dużo łatwiej zapełnić artystami namiot niż dużą scenę. To znaczy dużo łatwiej znaleźć perły, które się w tym kameralnym kontekście obronią, niż duże energetyczne składy, które nie trącą popem, uproszczeniem, pokażą tę prawdę, o którą chodzi. Oczywiście mamy wiele propozycji, ale to przy selekcji do namiotu jest zawrót głowy.

Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu.

Szczegółowy program festiwalu.

Ethno Port Poznań 2011
Poznań, Stare Koryto Warty,
17–19.06.2011
Budowanie domu w sobie
07 grudnia 2019

Budowanie domu w sobie

Prace Christophera Kulendrana Thomasa wpisują się w szeroki nurt dzieł tworzonych przez artystów rozmaitych dziedzin w emocjonalnej reakcji na doznane wojenne traumy indywidualne lub zbiorowe.
Skanowanie dna
06 grudnia 2019

Skanowanie dna

Gdyby nie Piernikowski, nie byłoby Młodego Kotka, a może nawet i Siksy, a jeśli by byli, to ich tegoroczne płyty – odpowiednio „Tychy” i poświęcony Gnieznu „palemosty nielegal” – choć wydane później niż „The best of moje getto”, nie zyskałyby oddźwięku nawet tak skromnego, jakim się dziś cieszą...