DSC_5337 M.Zakrzewski_komeda fabularnie
od lewej: A. Kopiewska, Ł.M. Maciejewski, J. Kapuściński | spotkanie "Komeda fabularnie" | Festiwal Nostalgia 2019 | fot.: M. Zakrzewski

Chciałem uniknąć Komedy nie naszego

Rozmowa stanowi skrócony i poddany zmianom redakcyjnym zapis spotkania z Jerzym Kapuścińskim, producentem, oraz Łukaszem M. Maciejewskim, scenarzystą filmu o Krzysztofie Komedzie. Spotkanie „Komeda fabularnie” odbyło się w ramach festiwalu Nostalgia, 16 listopada 2019 roku w Poznaniu.

 

 

Agnieszka Kopiewska: Jesteśmy w bardzo wyjątkowym miejscu, można wręcz powiedzieć, że „na szlaku Komedy”, bo w budynku Arkadii. Ta przestrzeń jest bardzo mocno związana z twórczością i życiem Krzysztofa Komedy: z jednej strony mamy aleję Marcinkowskiego, gdzie Komeda mieszkał, mamy też ulicę Nowowiejskiego, gdzie się urodził, a w samym budynku Arkadii odbywały się słynne próby sekstetu Komedy, ponoć tutaj też powstały tematy do filmu Polańskiego „Dwaj ludzie z szafą”. Nieopodal znajduje się była Akademia Medyczna, gdzie Komeda studiował medycynę – był dobrze zapowiadającym się laryngologiem, ale wybrał jazz. Zaczynamy zatem od Poznania: chciałabym zapytać o miejsce i początek filmu o Komedzie – gdzie tak naprawdę zacznie się akcja?

Łukasz M. Maciejewski: Powiem ogólnie: Poznań jest nierozerwalny z Komedą, tu były jego początki muzyczne. Tutaj również dokonał się jego największy wybór życiowy, czyli postawienie na muzykę. Klamrą czasową filmu będzie 1955 rok, czyli moment, kiedy Komeda jest młodym laryngologiem, ale jednocześnie pociąga go zakazany, półlegalny świat jazzu. To okres obejmujący lata 1955–1956 – wiemy, co działo się wówczas w Poznaniu – nie jest tak, że muzyka to tylko dziedzina sztuki. Komeda dokonuje pewnego wyboru w momencie, gdy było to dosyć niebezpieczne. Tę klamrę czasową zamkniemy rokiem 1969.

 

Wydaje się, że postać Komedy została opowiedziana na wiele sposobów. Mamy rok Komedy, 50. rocznicę jego śmierci. Na festiwalu Nostalgia możemy oglądać dokumenty, pojawiło się także wiele publikacji związanych z życiem artysty – ale, co jest zaskakujące, nigdy nie było filmu fabularnego. Domyślam się, że ta historia nie jest łatwym zadaniem dla producenta – jak wygląda obecny stan prac nad filmem?

Jerzy Kapuściński: Gdy zaczynaliśmy w 2011 roku rozmowy z Leszkiem Dawidem, miałem nadzieję, że właśnie na rocznicę śmierci Krzysztofa Komedy sam film będzie gotowy. Razem zrealizowaliśmy „Jesteś Bogiem” i pamiętam, że przed premierą mieliśmy spotkanie, na którym powiedzieliśmy, że chętnie zrobilibyśmy jeszcze jeden film: padła propozycja fabuły o Krzysztofie Komedzie. Minęło trochę czasu, Leszek robił inne rzeczy, kończył bardzo skomplikowaną fabułę i przedłużyła mu się ta produkcja o jakieś dwa lata – stąd też nasze opóźnienie. Ale myślę, że temat „Krzysztof Komeda – fabuła” się nie starzeje. Każdy rok przynosi więcej informacji o nim, o jego muzyce, potwierdzają się jego genialność i bardzo szeroki zakres twórczości. Chcielibyśmy, aby zdjęcia rozpoczęły się jesienią przyszłego roku – prawdopodobnie będą trwały przez wiele miesięcy, bo planujemy uchwycić przestrzenie w różnych porach roku. Sama premiera odbyłaby się pod koniec 2021 roku. Mimo że Leszek kończy teraz swój film, pracujemy już nad ostatnią, reżyserską wersją scenariusza; jednocześnie prowadzimy takie działania jak casting czy dokumentacja. Szukam partnerów, producentów, zastanawiamy się nad stroną muzyczną – projekt się toczy, staramy się, żeby to był dobrze zrealizowany film i aby jak najpełniej przedstawiał te czternaście najważniejszych lat w życiu Komedy. Zdajemy sobie sprawę z odpowiedzialności, ponieważ są wobec nas bardzo duże oczekiwania – nie tylko widzów, którzy znają Komedę i jego muzykę, ale też samych muzyków. Wiemy, jakie duże jest zainteresowanie środowiska filmowego i jak wiele osób chciałoby zagrać rolę Krzysztofa.

 

Czy już wiadomo kto zagra?

J.K.: Jeszcze tego nie wiemy; myślę, że decyzje zapadną niedługo – do końca tego roku, najpóźniej w styczniu. Mogę tylko zdradzić, że w tej chwili mam dwóch aktorów, którzy mogliby tę rolę zagrać. To bardzo trudny wybór, bo rola ta będzie niezwykle ważna, kluczowa dla filmu. Drugą ważną rolą jest postać Zosi Komedowej: Komeda jest głównym bohaterem, ale bardzo chcemy, żeby na pewnym poziomie był to film o nich. Co prawda akcja zaczyna się w Poznaniu, gdy jeszcze się nie znają, ale następnym etapem jest Kraków, gdzie się poznali.

 

Jaki jest Komeda w filmie, co go tworzy? Jest bardzo wiele materiałów – dokonanie pewnego rodzaju selekcji i zredukowanie szalonej biografii bohatera musiało być bardzo trudne. Jak wyglądały prace nad scenariuszem?

Ł.M.M.: One wyglądają zawsze tak samo – jest to żmudna i nudna praca, której nie powinien wykonywać nikt z państwa, bo polega to na tym, że się siedzi w domu i konfrontuje z dużą ilością materiałów… [śmiech]

 

Czy w takim razie miały miejsce rozmowy i konsultacje z osobami, które jeszcze żyją i wspominają Krzysztofa Komedę?

Ł.M.M.: Spotkałem się z Tomaszem Lachem, który z pierwszej ręki pewne rzeczy mi tłumaczył. Myślałem, w jaki sposób do tego podejść: można nasycać historię prawdziwej postaci, konfrontując się z innymi prawdziwymi postaciami. Ale lepszym sposobem, przynajmniej dla mnie, było zrobić dokumentację tych rzeczy, które wiemy na pewno – a w efekcie złożyć postać z jej najważniejszych życiowych momentów i pozbyć się interpretacji kogoś innego. Przy relacji świadka zawsze mamy filtr tej osoby – chciałem tego uniknąć, uniknąć Komedy czyjegoś, nie naszego. Żeby on był nasz, przefiltrowany przez to, co uważamy za ważne – dzięki temu ten Komeda rzeczywiście jest nasz i będzie autonomiczną postacią filmową.

J.K.: Na samym początku, gdy zaczynaliśmy z Leszkiem, przyniósł mi olbrzymią listę osób związanych z Komedą. Trzy strony i koncept, żeby wszystkich żyjących ludzi związanych z Komedą odwiedzić i udokumentować ich relacje. Zrezygnowaliśmy, bo od tego są autorzy książek, biografii. Nadmiar informacji przeszkadza fabule, bo w niej powinna być pewna sekwencja, sekwencje wyobrażone, których nie było w rzeczywistości...

 

To było moje kolejne pytanie! Gdzie te wątki fabularyzowane? Mamy zbiór faktów z życia Krzysztofa Komedy…

Ł.M.M.: Nie chcę spojlerować, lecz będzie jedna scena, z powodu której zostaniemy prawdopodobnie skrytykowani, bo wiemy, że ona nie miała prawa się wydarzyć, a w naszym filmie się dzieje. Zaproponowałem ją ze swojej strony i czekałem na reakcję – ale dostałem akceptację producencko-reżyserską. Scena ta jest ważna dla samego Komedy i dla pewnego polskiego pisarza, z którym się skonfrontował w naszym filmie, a z którym w tym momencie nie mógł faktycznie tego zrobić. To jest właśnie problem pisania scenariuszy i robienia filmów na podstawie prawdziwych wydarzeń: w którym momencie rozgraniczyć fikcję, w którym skupić się na faktach, gdy mamy już konstrukcje głównych wydarzeń. Pisanie scenariusza samo podpowiada, kiedy możemy sobie na pewne rzeczy pozwolić.

 

Od dłuższego czasu zauważamy modę na filmy biograficzne i fascynację nimi, zwłaszcza o muzykach – Mietek Kosz, Amy Winehouse, Dalida, Nick Cave, Sugar Man... To bohaterowie, którzy są emocjonalni i wpływają też na naszą wrażliwość, kiedy śledzimy ich losy z każdym kadrem. Czy w jakiś sposób Pan się przygotowywał? Gdzie szukał Pan inspiracji?

Ł.M.M.: Rzeczywiście, panuje moda na kino biograficzne. Muzycy są szczególnie atrakcyjni, dlatego że muzyka niesie emocje – z tego powodu lepiej wyglądają na ekranie niż poeci. Mamy to szczęście, że zabraliśmy się za muzyka. Musiałem go trochę zrozumieć, ale nie chciałem za bardzo interpretować jego postaci we własny sposób. Staramy się uporać z faktem, że Komeda był osobą raczej spokojną i introwertyczną. Jednocześnie było to wyzwanie szczególnie ciekawe dla mnie: jak zrobić film o introwertyku? Koniec końców to jest bardzo dobre połączenie – gdybyśmy mieli wybuchową postać z wybuchową muzyką, byłoby to redundantne; tutaj mamy bardzo spokojną osobę, która robi taką, a nie inną muzykę, więc taki kontrast od razu pomógł nam tę postać zbudować.

 

Komeda żył i tworzył w bardzo burzliwych i ciekawych czasach. Wydaje się, że kontekst zarówno społeczno-kulturowy, jak i polityczny mocno oddziaływał na jego twórczość i miał wpływ na pewne decyzje związane z karierą. Wyjechał do Los Angeles w określonym momencie, bardzo dużo podróżował. To niesamowicie interesujące wizualnie, jak oddać ducha czasów… Niedawno w kinach mogliśmy oglądać film Quentina Tarantino „Pewnego razu… w Hollywood” – dzieje się w równoległych czasach, pojawiają się w nim bohaterowie, którzy też występują w życiu Komedy. Czy możemy spodziewać się takich wyraźnych wizualnych znaków czasów, w których żył Komeda?

Ł.M.M.: Tak. To trudna sprawa dla filmowców, bo lata 50. i 60. są ikoniczne, pamiętamy je przede wszystkim z kultury i popkultury. To pewne wizualne ikony, do których będziemy się odnosić w sposób oczywisty – ci ludzie pracowali przy filmie i to oni sami tworzyli ikoniczność tego świata. Ważną sprawą jest, że będzie to siłą rzeczy film kostiumowy – a im bardziej film jest kostiumowy, tym bardziej powinien być współczesny. Szukamy takich motywów, które nam pomogą zrozumieć bohatera nie tylko jako postać historyczną, ale i osobę, która jest w stanie nawiązać jakiś kontakt z widzem. Także takim, który niekoniecznie zna się na Komedzie i niekoniecznie zna jego muzykę. W tym kontekście zarówno postać Zofii jest ważna, jak i cały świat ludzi, ekscesu, muzyki, popkultury, celebryctwa, bycia popularnym, bycia na szczycie, kariery. To są poniekąd wątki współczesne i staramy się, żeby to nie był tylko obrazek z przeszłości, ale żeby to było dla widza zrozumiałe dzisiaj.

J.K.: Uzupełniając: na pewno będziemy wybierać bardzo starannie miejsca, w których będzie się rozgrywać akcja. Będziemy pracować ze scenografami, którzy specjalizują się w kreacyjnym odtworzeniu tej epoki: Kasią Sobańską i Marcelem Sławińskim. Oni sami zgłosili się do nas; pracowaliśmy z nimi przy „Jesteś bogiem”, ale robili również scenografię dwóch filmów Pawlikowskiego, czyli „Idy” i „Zimnej wojny”. Już rozmawialiśmy o koncepcji, żeby to była w miarę wierna rekonstrukcja, ale jednocześnie współczesna. Chcemy, żeby lata 50. i 60. nie były pokazane jako ciężka, szara, przygniatająca epoka, tylko jako lata szalone – bo takie one były dla tego pokolenia. Będziemy chcieli znaleźć wizualną i plastyczną konwencję, aby to pokazać jak najbardziej współcześnie, zachowując tamtą epokę, styl i modę. Chcemy pokazać Komedę jako postać, która z muzyki jazzowej wchodzi coraz szerzej, stopniowo w ówczesną popkulturę. To byli przecież aktorzy, piosenkarze, kompozytorzy, ludzie teatru, i Komeda w te kręgi wszedł poprzez swoją sztukę. Pisał piosenki, muzykę do spektakli teatralnych, filmów: krótkich, animowanych, fabularnych – nagle stał się postacią ważną dla pewnego środowiska, tworzącego wtedy najlepszą kulturę masową, która została po latach i jest wartością tamtego czasu. Chcemy pokazać takiego Komedę bardziej niż Komedę, który gra jazz – przyjęliśmy to założenie od początku. Gdy zaczynaliśmy, nie wiedzieliśmy, że Tarantino zrobi film, w którym postaci z naszego scenariusza będą występować w innym kontekście. Nie przewidzieliśmy tego, ale bardzo dobrze, że w światowej popkulturze pojawili się Polański, Sharon Tate, Frykowski. To będzie ważne wyzwanie dla Leszka, dla nas, dla całej ekipy, także dla operatora, którym będzie Łukasz Gutt. Realizował on z Leszkiem ostatni film, „Broad Peak”; robił też „Kamerdynera” Filipa Bajona. Staramy się zebrać ekipę, która będzie pamiętać, aby atrakcyjną wizualną stronę tamtego świata przedstawić nowocześnie.

 

Krzysztof Komeda otaczał się niezwykłymi ludźmi: literatami, poetami. Wszyscy kojarzymy osoby, które miały wpływ na jego twórczość: Jerzy Abratowski, Roman Polański, Janusz Morgenstern, Jerzy Skolimowski. Czy ich również spotkamy w tym filmie i czy nie mają panowie wrażenia, że każdy z bohaterów, który występuje w tej historii, zasługuje na osobny film?

Ł.M.M.: Nie ze wszystkimi się spotkamy – musieliśmy dokonać pewnej selekcji i wybrać tych, którzy są najważniejsi. A najważniejsi byli ci, z którymi zaczynał i z którymi kończył, więc oni wszyscy tam będą. To duże wyzwanie dla scenarzysty, żeby nie pójść za bardzo w inne postaci. Musiałem powalczyć trochę, żeby postać Hłaski nie zasłoniła mi Komedy – bo jest na tyle charyzmatyczna, że mogła to zrobić. Znaleźliśmy właściwe proporcje: bardzo atrakcyjne postaci będą, natomiast film pozostanie opowieścią o Komedzie. Poprzez specyficzną emocjonalność, diametralnie różną od emocjonalności Hłaski czy Polańskiego, potrafi on ich przykryć i zdominować. To on jest na pierwszym planie poprzez różnicę w temperamencie.

 

Obok Komedy głównym bohaterem jest muzyka. Czy wiemy, kto będzie wykonywał muzykę do filmu?

J.K.: Myślę, że mogę to już powiedzieć, bo jesteśmy właściwie po słowie – ale jeszcze tego nie ogłosiliśmy formalnie. Jeszcze z Tomkiem Lachem, który napisał kilka książek o Komedzie i Zosi Komedowej, zastanawialiśmy się długo, jak to zrobić: najprostszym wyjściem byłoby wyjąć oryginalne tematy Komedy, zremasterować je, w niektórych może uwspółcześnić brzmienie i dodać trochę instrumentów. Jest to możliwe, ale uznaliśmy, że zrobimy to inaczej. Pomyślałem, że dobrze byłoby znaleźć współczesnego wykonawcę, który nagrałby te kompozycje z pełnym pietyzmem. Bez nadmiaru interpretacji: żeby były one wierne, ale współczesne, żeby w roku 2021 Komeda zabrzmiał jeszcze inaczej, żeby znalazła się wartość dodana. Zastanawialiśmy się długo; uznałem, że najlepszym wyborem będzie Trio Marcina Wasilewskiego. Marcin podjął wyzwanie, bardzo się zainteresował i ucieszył, zatem jego trio będzie triem Komedy – będą grać wybrane dziesięć tematów. Jednocześnie pomyślałem, że dobrze będzie zrobić to, co zrobił Komeda: nagrywając muzykę do filmu „Nóż w wodzie”, zaprosił do swojego tria muzyków skandynawskich – na saksofonie grał wybitny młody saksofonista Bernt Rosengren, który chyba jako jedyny jeszcze żyje z tego oryginalnego składu. To brzmienie, taka słowiańska dusza spotkała się z pewną nostalgią skandynawską – chcieliśmy iść podobną drogą (podobną drogą zresztą poszedł również Tomasz Stańko, nagrywając po wielu latach płytę „Litania” z muzyką Komedy – on też wybrał młodych muzyków skandynawskich). Do tria Marcina dołączą zatem dwaj zagraniczni muzycy, trębacz i saksofonista, w efekcie powstanie kwintet Komedy. W kilku miejscach filmu wkomponowane zostaną oczywiście oryginalne fragmenty muzyki artysty. W dalszym ciągu brzmi ona współcześnie, wspaniale, więc będziemy starali się być jej bardzo wierni.

 

A czy muzyka Krzysztofa Komedy towarzyszyła Panu, panie Łukaszu, podczas procesu pisania scenariusza?

Ł.M.M.: Tak, muzyka Komedy to jest rzecz obowiązkowa. Nie jestem ekspertem ani jakimś wielkim koneserem, lecz muzyka pomaga mi w pisaniu, wymyślaniu różnych rzeczy. Zazwyczaj jest w jakimś stopniu powiązana z tym, co robię – więc muzyka Komedy tutaj jest niezbędna, podobnie jak muzyka filmowa z tamtego momentu. Ona jest dosyć charakterystyczna, co pomaga w myśleniu o postaci i budowaniu jej skomplikowanej psychologii. Właśnie na tym będzie zasadzać się konstrukcja tej postaci – wiemy o rzeczach, które się wydarzyły. Książki biograficzne, nawet grube, to są suche fakty, natomiast w filmie będziemy mieli dostęp do wnętrza Komedy, do jego emocji. Biografie drukowane, dokumenty, artykuły – zawsze są pisane w trzeciej osobie, a film fabularny ma tę przewagę, że jest pisany jakby w pierwszej osobie. Selekcja najważniejszych momentów jest w pewnym sensie oczywista, bo niektórych rzeczy czy zdarzeń nie można pominąć. Dzięki temu, że robimy film fabularny, będziemy bardzo blisko postaci i dylematu: wybrać jazz czy nie. Na tym polega nasza praca i duża trudność tego projektu: tutaj kluczowa jest psychologia postaci, nie wydarzenia. Nie będziemy wysadzać samochodów ani urządzać pościgów, natomiast będziemy robić wiwisekcję ważnego artysty.

 

Mam też nadzieję, że przestrzeń Poznania Panów zarazi i zamieni się w plan filmowy…

J.K.: Mamy nadzieję, że Poznań też będzie naszym partnerem. Na pewno będziemy robić zdjęcia w przestrzeni Poznania, bo chcemy, żeby ta przestrzeń była prawdziwa, chcemy być w tych miejscach, w których działa się akcja. Jestem zwolennikiem takiego podejścia, to niekiedy kosztuje, ale jednocześnie daje coś autentycznego. Właśnie dlatego „Jesteś bogiem” kręciliśmy od początku do końca na Śląsku, mimo że taniej byłoby wykonać część zdjęć na Pradze, żeby zmniejszyć koszty. Będziemy w przestrzeniach, w których Komeda był. Będziemy szukali tych miejsc: jeśli one jeszcze istnieją, będziemy starali się je odtworzyć; jeżeli nie, będziemy starali się je wykreować. Chcemy też zrobić zdjęcia w Stanach Zjednoczonych, co jest bardzo drogie, ale uważamy, że konieczne– mamy jakieś sygnały zainteresowania. Chcemy, żeby został jakiś ślad w historii kina po tym filmie, inaczej nie byłoby sensu go kręcić. Musi być pełny, nie można na nim oszczędzać, ten obraz powinien mieć dużą skalę, bo Komeda był taką postacią, która przekroczyła wszystkie granice. Chcemy to wszystko połączyć i mam nadzieję, że nam się uda. Premierę zrobimy w Poznaniu, ponieważ tu się ta historia zaczyna.

 

In vagina veritas
29 września 2020

In vagina veritas

Wystawa skłania do pytania: Unde terror? Ale kilka sugestii, pomysłów, hipotez ekspozycja podsuwa. […] Wystawa nakłania zatem do ukontekstowienia strachu, do szukania konkretnej historycznej i społecznej sytuacji, w której ktoś kogoś zastrasza, a także do śledzenia transakcji, w ramach których społeczny strach zostanie przekształcony w inną emocję...

Postać, potańczyć i skończyć
25 września 2020

Postać, potańczyć i skończyć

Wydaje się, że to materiał na spektakl-samograj; wystarczy sprawna obsada, a reszta się obroni. Tym większy zawód sprawiają reżyserska niekonsekwencja i rwane tempo, w którym na scenie Teatru Nowego w Poznaniu rozgrywa się „Matka”...