24 lutego 2016

Tam dom twój…

Kino popularne bezpowrotnie wpadło już w tryb nieustannej pogoni za wywoływaniem u publiczności poczucia nostalgii, wynajdując coraz to nowe sposoby, aby widz poczuł się podczas seansu znajomo i bezpiecznie. Nostalgia to słowo, którego nie sposób pominąć mówiąc o „Brooklynie”, tegorocznym „małym” Oscarowym filmie, bardziej irlandzkim niż amerykańskim i skromnym pod względem środków wyrazu. To obraz nie tylko nakręcony w ramach czysto nostalgicznej estetyki, ale opowiadający o nostalgii samej w sobie – ciągłej pogoni za tym, co znajome, ale nieuchwytne; rozległym i niemożliwym do konkretnego zdefiniowania pojęciem domu.

Tak samo jak nowy obraz Todda Haynesa, „Carol”, który na naszych ekranach pojawi się dopiero w marcu, „Brooklyn” to niemalże czysty melodramat, nakręcony w stylu klasycznych, hollywoodzkich opowieści o miłości. Osadzona w latach 50. historia młodej Eilis Lacey, rodowitej Irlandki wyjeżdżającej do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia, to bezbłędnie skonstruowana fabuła, która na rzecz przejrzystości rezygnuje z jakichkolwiek elementów zaskoczenia. Znajdziemy tu dobrze zarysowany trójkąt miłosny, kilka wzruszających momentów, sporo zaskakująco sprawnego, często wizualnego humoru. Jednym słowem: dobrą, rzemieślniczą robotę. Reżyser John Crowley, doświadczony i ciekawy twórca, dopuszcza się jednak dosyć poważnej herezji wobec wybranego gatunku – jego film wcale nie jest o miłości, a przynajmniej nie o miłości romantycznej. Wątek romansowy zajmuje oczywiście dużą część projekcji, ale nawet on podporządkowany zostaje przewodniemu zagadnieniu całości, czyli dywagacji na temat komplikacji i konsekwencji wynikających z opuszczenia rodzinnych stron.

Pomimo wyboru konkretnego okresu historycznego, bardzo ważnego i trudnego dla Irlandii, kiedy problem emigracji stał się boleśnie odczuwalny dla wszystkich obywateli, „Brooklyn” unika jak może kontekstów politycznych, skupiając się na głównej bohaterce i jej przeżyciach. Nie ma tutaj prób ukazania trudnej sytuacji całego społeczeństwa – dramaty i rozterki, których jesteśmy świadkami, dotyczą samej Eilis. W rękach mniej wprawnego reżysera opowieść ta mogłaby się zamienić w nadmuchany, odarty z jakichkolwiek emocji etos cierpienia Irlandczyków. Crowley rozumie jednak, że o ogóle najlepiej opowiadać poprzez szczegół. Zamiast wielkich przemówień o niesprawiedliwości świata woli pozornie błahe konwersacje o codziennych problemach, zamiast ogromnych rozterek egzystencjalnych – próby godnego i prostego życia. Dzięki temu „Brooklyn” tak dobrze się ogląda, a obojętni na ekranową historię pozostaną jedynie ci najbardziej uczuleni na melodramatyczną estetykę.

Duża w tym zasługa Saoirse Ronan, słusznie nominowanej w tym roku do Oscara za najlepszą rolę kobiecą. aktorka pojawia się w każdej scenie, stając się bijącym sercem całego filmu. Jej kreacja, w zgodzie z duchem całości, ucieka od sztucznie rozbuchanej, melodramatycznej emocjonalności na tyle, na ile pozwala na to sama konwencja, a najjaśniej lśni właśnie w cichych momentach refleksji, z powodzeniem akcentujących sprawnie budujące postać szczegóły. Jest to sztuka o tyle skomplikowana, że jej bohaterka, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu jest postacią pasywną, zdajacą się na wpływy świata zewnętrznego. Naturalność i wstrzemięźliwość tej roli pozwalają nam jednak uwierzyć w przemianę, którą przechodzi, a bliskość przeżywanych przez nią emocji każe nam kibicować jej już od samego początku seansu.

Epicentrum całego obrazu bowiem pozostaje właśnie emocjonalność – to specyficzne uczucie tęsknoty za domem, które wdziera się w każdą pomniejszą scenę, nie dając o sobie zapomnieć nawet w momentach pozornej idylli. Crowley unika intelektualizowania; rezygnuje z rozległej symboliki i rozbudowanych analiz psychologicznych, aby spróbować ukazać emocję w jej najczystszej postaci – nieskażonej jeszcze nadchodzącą zawsze niechybnie racjonalizacją. „Brooklyn” ma się odczuwać, a nie o nim myśleć, zaś cały warsztatowy kunszt, reprezentowany przede wszystkim przez pierwszorzędny scenariusz i świetny montaż, zostaje podporządkowany samemu opowiadaniu historii. Nie ma tutaj miejsca na efekciarskie popisy – robi się wszystko, aby widz podczas seansu zapomniał o warstwie formalnej.

Chociaż w teorii brzmi to wspaniale, „Brooklyn” wpada niestety w pułapkę własnych ambicji. Brakuje tutaj odpowiedniego podsumowania, które nadałoby szerszego kontekstu przeżywanym przez widownię wzruszeniom. Seans mija miło i przyjemnie, wszystko jest na swoim miejscu, ale po wyjściu z kina łatwo o filmie Crowley’a zapomnieć – właśnie przez to, że nie daje nam żadnych tropów, które wymagałyby głębszych przemyśleń. Intryguje jedynie fakt, że reżyser cofnął się aż do lat 50., aby ukazać tęsknotę, która w dużej mierze dotyczy współczesnego świata – rozterki Eilis mogą się wydać zadziwiająco bliskie także dziś. Dlatego można krytykować „Brooklyn” za schematyczność, prostotę i podporządkowanie konwencji, ale nie można zarzucić filmowi nieszczerości. A w świecie kina, zwłaszcza tego głównego nurtu, to mimo wszystko rzadkość.

 

„Brooklyn”, reż. John Crowley

prem. 19.02.2016

Zimny płomień
13 grudnia 2018

Zimny płomień

W „Krainie wielkiego nieba” wydaje się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu; od warstwy technicznej aż do kierujących całym przedsięwzięciem motywów. I chociaż Paul Dano omija wiele pułapek, jakie czyhają na twórców po raz pierwszy maczających palce w sztuce filmowej, traci też po drodze coś, co stanowiło zawsze największą zaletę debiutanckich produkcji: poczucie artystycznej swobody i chęć eksperymentowania...

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...