29 sierpnia 2019
66075084_639437046466109_3599576750507841244_n
Źródło: WP

Beznadzieja i bezbarwność końca

Z rozdziału na rozdział śmierć głównego bohatera może zdawać się coraz mniej banalna i coraz bardziej nieunikniona. Samobójstwo popełnia przecież nie w wyniku szoku, nie popycha go do tej decyzji żadne określone wydarzenie. Cofanie się w czasie zgodnie z nieregularnym rytmem wyznaczonym przez kolejne daty z przeszłości podsuwa zgoła inną myśl: że śmierć Terjego nie jest dramatycznym gestem, jest aż nazbyt prozaiczna.

Całość opowieści przefiltrowana jest przez perspektywę i stłumioną emocjonalność Terjego: jego rozmyślania, uniki, odsuwanie się od wszystkiego, czego nie dałoby się z łatwością określić jako „natury”. Skonstruowanie bohatera jako mężczyzny uciekającego za wszelką cenę do świata fantazji o naturze może wydawać się konwencjonalne i konserwatywne. Co najmniej od trzech wieków literatura przynosi nam mniej lub bardziej udane realizacje fantazji o ucieczce od społecznych udręk do świata niezmąconej i dzikiej natury (klasycznym przykładem jest tu „Walden, czyli życie w lesie” Henry’ego Davida Thoreau). Książka Carla Frode Tillera „Początki” mieści się wprawdzie w tej konwencji – jednak sposób, w jaki kreowana jest narracja, skłania do postawieniu kilku pytań.

Bohater – na pierwszy rzut oka niekoniecznie interesujący – całe swoje dorosłe życie zmaga się z wyzwaniami stawianymi przed nim życie rodzinne i wszelkie kontakty społeczne. Normy, których wedle własnego przekonania nie spełnia, zaczynają go stopniowo oblepiać. Są to tyleż rzeczywiste zewnętrzne oczekiwania, co poszukiwanie przez bohatera dowodów na własną nieadekwatność, nieprzystawalność do fantazji o prawdziwym i szczęśliwym życiu. Ucieczką stają się szczegółowe (bardzo szczegółowe) rozważania o przyrodzie – omawianej, obserwowanej, chronionej przed drapieżnym kapitalizmem i bezmyślną ingerencją człowieka. Niekoniecznie wszystkie te gawędy są pasjonujące. Pod tym względem autor osiąga zamierzony (chyba) poziom znużenia – to konsekwencja tego, czego bohater spodziewa się ze strony słuchaczy. Ważniejsze zdaje się jednak intensywne zaangażowanie bohatera w wypowiedzi, precyzja jego analiz i popularnonaukowy wymiar pogadanek.

Powstaje swoista równoległość tych dwóch światów – życia z ludźmi i życia skupionego na przyrodzie Norwegii. W rzadkich przypadkach, kiedy ten wyraźny podział znika (fabularnie owo zakłócenie wprowadzane jest np. przez prośbę żony o pogadankę dla dzieci czy też „krajoznawcze” pytanie córki), Tiller w pełni ujawnia emocje bohatera. Wtedy czytelnik ma szansę dostrzec, że Terje wije się z emocji, a zarazem stara się tonować swój entuzjazm, aby nie zniechęcić do dalszych pytań słuchaczy, walczy z pokusą przytłoczenia ich swoimi monologami. Pragnienie wysłuchania to nie samo, co pragnienie wypowiedzenia własnej historii – to raczej żądza ujawnienia własnej odrębności i zapośredniczonej w świecie przyrody niechęci do świata ludzkich relacji. Tiller nie tworzy dla swojego bohatera możliwości rozpoczęcia samotniczego życia. Z tego względu chwile rozkosznego zatopienia w detalicznych rozważaniach na pasjonujące go tematy pełnią funkcję kompensacyjną: zastępują tradycyjną ucieczkę do świata autentyczności, którego gwarantem ma być pozbawiona ludzkiej nachalności natura. Do końca powieści powraca niewysłowione pytanie: z jakiego powodu spełnienie tej fantazji jest niemożliwe? Czy dlatego, że Terje poszukuje mimo wszystko „ludzkiej” ucieczki od rodzinnych demonów, czy też dlatego, że właśnie niespełnienie fantazji pozwala bohaterowi utrzymać się na powierzchni.

Wiele pytań pozostaje w tej powieści bez satysfakcjonującej odpowiedzi. Napięcie, które powstaje pomiędzy dwoma wymiarami „Początków”, nie jest zbyt wielkie, raczej tworzy iluzję przestrzeni wolności, narracyjnej swobody. Na powieść składają się rozbudowane monologi bohatera – jak można sądzić, rzadko wypowiadane na głos – na temat norweskiej fauny i flory oraz relatywnie konwencjonalny dramat rodzinny. Splot obu wymiarów jest w gruncie rzeczy pozorny, oddający istotę samej powieści. Jest nią bowiem ukazanie podmiotowości i stanów ducha głównego bohatera – niemal każdorazowo zbudowanej na zaniechaniach, wycofaniach, rezygnacjach i pozorowaniu obecności. Wykorzystanie retrospekcji jako głównego narzędzia narracyjnego zdaje się wprawdzie nieco ograne, może w nieco zbyt oczywisty sposób poprowadzone. Cel takiego zabiegu jest jednak dużo bardziej wątpliwy, dwuznaczny wobec czytelnika. Czy w każdym rozdziale szukamy odpowiedzi na pytanie o przyczynę samobójstwa? Czy wsłuchujemy się w subtelne sygnały? A może powinniśmy domniemywać, gdzie stracono szansę, aby Terjego uratować? Każda z tych opcji byłaby fatalnym pomysłem powieściowym. Odnoszę jednak wrażenie, że w zasadzie nie w tym rzecz. Lektura „Początków” nie jest emocjonująca, nie jest też – mówiąc szczerze – szczególnie wciągająca ani intrygująca. Jest wręcz bezbrzeżnie przytłaczająca, dręcząca i beznadziejna. Cofając się, krop po kroku, do ważniejszych momentów życia nie widzimy żadnego promyka przyjemności, radości czy nadziei. Można odnieść wrażenie, że zabieg ten pozwala autorowi na zbudowanie wizji tego, jak własne życie postrzega człowiek, który postanawia je skończyć i nie znajduje w swojej biografii żadnego powodu, aby tę decyzję zmienić. Przechodząc drogę wstecz, trafia do wczesnego dzieciństwa i początku własnej tragedii. Wówczas nie zostaje mu już żaden „dalszy ciąg”. To w gruncie rzeczy quasi-freudowski banał, obroniony jednak przez autora precyzyjnym rozpisaniem tego, w jaki sposób człowiek sam dla siebie znika; jak na poziomie codziennego życia odbywa tłumienie i duszenie podmiotowości.

Poprzednia powieść autora („Osaczenie”) rozpisuje fabularnie niemal identyczną skalę emocji, wciągając czytelnika w rzeczywistość nie tylko bez nadziei, ale i bez jakiejkolwiek perspektywy wyjścia z tytułowego osaczenia. Odpowiedź bohatera na pytanie, „Dlaczego istnieje raczej coś, niż nic?” lokuje się raczej w schopenhauerowskiej skali emocjonalnej. Być może najciekawszym osiągnięciem Tillera było w tym przypadku ukazanie bohatera, który w niewielkim stopniu zdaje sobie sprawę ze swojego wpływu na otoczenie, a jednocześnie posiada nikłą kontrolę nad własnymi słowami, nastrojami, nawet mimiką.

Próbuję się na siłę uśmiechnąć, ale nie daję rady, uśmiech jest po prostu niedobry, wymuszony.

Podobnie, jak w przypadku „Początków”, obsesją staje się tu relacja bohatera z nieudolną matką, obciążającą dzieci własnymi niepowodzeniami, problemami psychicznymi, nałogami. Zaryzykowałabym twierdzenie, że w obu powieściach wątek ten nadaje ton całej narracji – a co za tym idzie – emocjonalności dorosłego dziecka.

Patrzy na mnie i przelotnie się uśmiecha, nagle jest to trochę inny uśmiech, spodobało jej się to, co powiedziałem, i uśmiecha się bardziej szczerze. Muszę tylko ciągnąć w ten sam sposób, mówić coś, czego, jak wiem, lubi słuchać, obojętnie co, po prostu powiedzieć coś, co jej poprawi humor, nie zniosę dłużej tej melancholii, nie dam jej rady, w każdym razie nie teraz. Spoglądam na nią, mam już spytać, czy bardzo ostatnio cierpiała, gdy odzywa się telefon. Rzuca mi spojrzenie i uśmiech, opiera ręce na poręczach fotela i wolno wstaje. Gdy się prostuje, przez jej twarz przemyka lekki grymas bólu, szybkim ruchem ręki dotyka krzyża, zastyga na moment i przymyka powieki, a później rusza, najpierw powoli, sztywnym krokiem, potem trochę lżejszym, jakby bardziej elastycznym. Odprowadzam ją wzrokiem, jej szczupłe, zdeformowane od wysiłku barki i lekko pochylone plecy. Czuję, jak kropla po kropli sączą się wyrzuty sumienia. Oto siedzi tutaj, w tym wielkim domu, dzień po dniu, samiutka jak palec i zbolała, nic dziwnego, że chce się trochę poskarżyć, no właśnie, nic dziwnego, że kiedy już ktoś się pojawi, ma potrzebę dać upust żalom, muszę chyba to znieść, przez tyle lat poświęciła dla mnie więcej, niż można tego od kogokolwiek wymagać, tyle przynajmniej mogę dla niej zrobić, że bez oporu czy irytacji posłucham jej użalania się nad sobą.

To fragment z „Osaczenia”. W przypadku „Początków” mowa jednak o dużo większej brutalności wyrazu, większej nieustępliwości w zaznaczeniu własnej perspektywy. Im więcej dowiadujemy się więcej o dzieciństwie Terjego, tym bardziej bardziej dwuznaczny i przejmujący jest ton opowieści. Nie zmienia to jednak faktu, że to w owych fragmentach zdaje się najmocniej zaznaczać fatalizm narracji – co zamknąć można w ogólnych stwierdzeniach „tak musiało być”, „tragedie z dzieciństwa formują tragedie w życiu dorosłych”. Na końcu naszej biografii czeka człowiek, który był kiedyś nami i który zdecydował o wszystkim. Nie bóg, nie fatum, tylko my sami, zaplątani w naszych rodziców. Kiedy Witkacy pisze „Jestem umęczony sam sobą. Chciałbym zerwać ze sobą stosunki na 2 tygodnie” nietrudno odgadnąć, jakie pragnienie wypowiada. Potrzeba odpoczynku od samego siebie to bezpośrednia konsekwencja wyodrębnienia podmiotowości, spojrzenia na siebie z zewnątrz, krytycznego odniesienia do własnej osobowości. Fantazje Terjego są dużo bardziej prozaiczne i beznadziejne:

Czasem łapałem się na tym, że sam pragnę siedzieć w więzieniu. Nie takim jak to, ale typowym norweskim więzieniu, gdzie osadzeni mieszkają w jednoosobowych celach wyposażonych w łóżko, telewizor, laptop i ciężkie metalowe drzwi tłumiące wszystkie dźwięki. Jednak to nadal więzienie, a ja rozumiałem, że moje pragnienie jest raczej tęsknotą za ucieczką od oczekiwań, zarówno tych, które miałem wobec siebie samego, jak i cudzych oczekiwań w stosunku do mnie.

I w innym fragmencie:

Po jakimś czasie zacząłem fantazjować, że nagle zapadłem na coś jakby zatrucie pokarmowe lub grypę; jaka byłaby to ulga, gdybym mógł przechylić się przez krawędź łóżka, aby wypuszczać ciężkie plaśnięcia wymiotów do pustego, plastikowego wiadra. Mieć fizyczny dowód na to, jak w rzeczywistości się czuję, na to, co w rzeczywistości odczuwam.

A jednak przez niemal całą powieść nie dzieje się nic heroicznego, nic melodramatycznego, a nawet (przez dziesiątki stron) nic ciekawego. Nie ma ucieczki do natury, nie ma ucieczki od aktualnego życia, nie ma nawet próby wydobycia się z potrzasku pamięci o dzieciństwie. Pustka, beznadzieja, matowość. Wszystko, co najbardziej intensywne, Terje przeżywa we własnej – autodestrukcyjnej i masochistycznej – wyobraźni.

Nierzadko podczas lektury można sobie zadać, co właściwie daje nam ta podróż z bohaterem? Czy opowieść tego rodzaju jest sama w sobie wartością? Czy dowiadujemy się czegoś o podmiotowości, której dotąd nie znamy? Czy po przeczytaniu wybitnej „Olive Kitteridge” i tuzina innych książek o zawieszaniu kontaktu ze światem i doświadczeniu wyobcowywania znajdziemy tu coś godnego uwagi?

Kiedy tylko zniknąłem z zasięgu wzroku pozostałych, zatrzymałem się. Odchyliłem głowę i zamknąłem oczy. Z jakiegoś powodu wyobraziłem sobie ścierwo jelenia. Otworzyłem oczy, podszedłem do okna w kuchni. Na dworze nie było nikogo, na ulicach żadnych samochodów. Wiał słaby wiatr, a huśtawki na placu zabaw lekko się kołysały. Stałem bez ruchu. […] Gdyby chociaż w piwnicy był bałagan, pomyślałem, mógłbym zabić czas do odjazdu teściów, sprzątając. Cicho parsknąłem. Szkoda, że nigdy nikogo przy mnie nie ma, kiedy jestem taki zabawny – wymamrotałem, co wywołało następne parsknięcie, i jeszcze jedno. Ogarnął mnie prawdziwy napad śmiechu i zanim się obejrzałem, obsikałem klapę.

Tiller znajduje w opowieści o swoim bohaterze pokłady woli, które zdają się wprawdzie niedostateczne, aby uratować go od mocnego skrętu kierownicą na drodze, ale pokazują człowieka, w którym tli się (do pewnego momentu) życie. Z jednej strony mamy bowiem naturę, która tworzyła dla bohatera świat wstydliwie pielęgnowanej miłości, z drugiej – powracający wątek odmowy wybaczenia i pojednania. Można tę książkę interpretować jako opowieść o porażce bohatera, który nie skorzystał z możliwości odmienienia swojego życia. Z drugiej strony nie widział możliwości pojednania się z tymi, którzy złamali jego życie zanim jeszcze zaczął sam o sobie decydować. Widzę tu jednak jedyne zwycięstwo bohatera, jego odrębność i odmowę podążenia za oczekiwaniami. To literatura pisana przeciwko puencie, przeciwko mowom pogrzebowym zbierającym całe życie w kilka sentymentalnych anegdot i wspomnień. Mimo że to opowieść o całkowitej, obezwładniającej beznadziei, bezbarwności życia, w której istnieją dwie strategie pozwalające – do pewnego momentu – żyć. Nieustępliwy sprzeciw wobec przepisywania rodzinnej historii i czujność pozwalająca znaleźć miejsca, w których można stać bez ruchu.

 

 

Carl Frode Tiller, Początki
Przeł. Katarzyna Tunkiel
Wydawnictwo Poznańskie
Seria Dzieł Pisarzy Skandynawskich
Poznań 2019

Opera aperta
11 września 2019

Opera aperta

Poznańska Arena nie zaskakuje w takim stopniu jak wykorzystane niegdyś przez Vicka budynki opuszczonego banku czy nieczynnych zakładów chemicznych – aranżacja jej przestrzeni przez Samala Blaka przyniosła jednak ciekawe efekty i stała się namacalnym potwierdzeniem programowych deklaracji kierownictwa poznańskiej sceny...

Nieswoi i swoi
10 września 2019

Nieswoi i swoi

Tym samym „Dzieci Kazimierza” stały się kolejnym głosem w narracji o postchłopskiej i postszlacheckiej tożsamości – zarówno jako opowiadana fabuła-wyznanie, jak i w szerszej perspektywie: wskazując konieczność poszerzenia debaty i włączenia do niej nowych (wcześniej świadomie wymazywanych czy też niewysłuchanych z powodu niewystarczającej świadomości społeczno-politycznej) perspektyw i świadectw...