08 stycznia 2019
wladca1
fot. Maciej Zakrzewski
wladca2
fot. Maciej Zakrzewski
wladca4
fot. Maciej Zakrzewski
wladca3
fot. Maciej Zakrzewski

Bezkrólewie

Poznański „Władca much” to spektakl żywy, ciekawy i prowokujący do myślenia. Jest szczególnie atrakcyjny dla młodych widzów: podczas mojego pokazu siedzący tuż obok mały chłopiec krzyknął kilkakrotnie, patrząc na scenę: „to tak jak ja!”.

Ja zaś pomyślałem: „te dzieciaki są potworne” – i szybko zganiłem się w myślach za to zdanie. Dzieci są przecież dziećmi, czasem rozrabiają, ale w gruncie rzeczy są miłe i nieszkodliwe. W dodatku te chłopaki to przecież synowie klasy średniej, a do tego – z Poznania. Lepiej już być nie może. W większości mają ponad 10 lat, więc można z nimi sensownie porozmawiać. W prologu do przedstawienia, czyli filmikach, które nagrywali w ramach castingu do projektu, prezentowali się przecież tak wspaniale: wygadani, inteligentni, dobrze wychowani, trochę nieśmiali, choć niesforni.

No tak. A potem, w jednej z części spektaklu, banda chłopaków okładała reżyserkę po głowie różnymi narzędziami, wrzeszcząc przy tym z uciechy. Oczywiście, że cała sytuacja była wyreżyserowana przez Anetę Groszyńską i ustawiona, ale siła ciosów i nieskrępowana radość wykonawców zdecydowanie przekraczały założenia etiudy. Tak, ci chłopcy są straszni. Nie ma w tym nic dziwnego. To ja byłem naiwny, sądząc inaczej.

Jak by nie było, spektakl (a właściwie trzy krótkie spektakle reżyserowane kolejno przez Mateusza Atmana, Anetę Groszyńską i Agnieszkę Jakimiak) oparty jest na książce Williama Goldinga „Władca much”. Dla przypomnienia: to historia o grupie chłopaków, których samolot rozbija się na bezludnej wyspie. Ponieważ wszyscy dorośli zginęli, chłopcy od podstaw muszą zorganizować swoje życie. Zaczyna się ustalanie hierarchii, walka o władzę i wymuszanie posłuchu przemocą. Aż po morderstwo. W finale, niczym deus ex machina, pojawia się oficer brytyjskiej marynarki, który ratuje chłopców.

Powieść Goldinga czytano jako parabolę, swoisty model sytuacji społecznej, od którego nie da się uciec, sugerujący, że w grupie osobników płci męskiej zawsze dojdzie do walki o władzę i zawsze w tej walce pojawi się przemoc. Ale książkę tę, jak zauważyła przed premierą Agnieszka Jakimiak, można także czytać jako reportaż. Bardzo możliwe, że dzieci spuszczone ze smyczy rodzicielskich i społecznych norm zachowałyby się dokładnie jak w bohaterowie powieści Goldinga. A co by się stało, gdyby takich chłopaków wpuścić do teatru? – tej dziwnej wyspy, która z jednej strony oferuje wolność twórczą, zawieszenie wszelkich norm obyczajowych, przesuwanie granicy między tym, co wyobrażone, a tym, co rzeczywiste; a z drugiej – jest wyjątkowo hierarchiczną instytucją, opartą na władzy (reżysera, dyrektora, zespołu aktorskiego)?

Trójka reżyserów wyłoniła chłopców z castingu (w projekcie wzięli udział: Kosma Tymek Kamiński, Julian Baranowski, Piotr Araszkiewicz, Jakub Grabowski, Jaś Bartosiak, Franek Gajtkowski, Bartek Werla, Nikodem Korzyniewski oraz Franek Brojek). Praca odbywała się w weekendy, ponieważ aktorzy wciąż chodzą do szkoły. Początkowo cały projekt miał być demokratyczny: trzy krótkie przedstawienia różnych twórców, współtworzone z chłopakami podczas warsztatów. Zakładano, że praca będzie podmiotowa – żadnego uczenia się na pamięć wierszyków i odgrywania scenek „tak jak w prawdziwym teatrze”. Przygotowywane przedstawienia miały czerpać z wrażliwości i wykorzystywać pomysły chłopców, którzy byli współtwórcami scenicznych działań. Choć projekt polegał na pracy warsztatowej, bardzo ważnym jego celem było wyprodukowanie spektaklu, który można będzie eksploatować.

Okazało się, że dywagacje na temat przemocy i polityczności działań w grupie niekoniecznie interesują wykonawców. Nic dziwnego – to chłopaki w wieku od 9 do 14 lat (a to dosyć duży rozstrzał – pomiędzy życiem, zainteresowaniami i światopoglądem dziewięciolatka i czternastolatka zieje ogromna przepaść), których rozpiera energia. Interesują się przede wszystkim tym, co sami przeżywają. I bywają nieznośni, agresywni, przemocowi; popełniają błędy, obrażają się, kłócą, biją. Kulturowy obraz dziecka jako istoty niewinnej i naiwnej jest mitem – dzieci i nastolatkowie potrafią być okrutni i samolubni. Zresztą można po prostu cofnąć się w czasie i zrobić rachunek sumienia: ilu to kolegom podłożyło się nogę, ilu koleżankom sprawiło się przykrość, jak wielki ból byliśmy w stanie zadać własnym rodzicom?

Skoro zatem chłopców, nawet pod nadzorem reżyserów, nie dało się poskromić (być może pedagog teatru jakoś by pomógł?) i jasne było, że diagnozy Goldinga zostały potwierdzone, całe przedsięwzięcie nabrało zupełnie innego wymiaru. Nie chodziło już o odtwarzanie powieściowego scenariusza i badanie relacji między chłopcami. Poznański „Władca much” dotyczy testowania granic teatru jako przestrzeni, która pozwala na swobodną ekspresję i podmiotowy tryb pracy. Każda z trzech części tego spektaklu jest inną wariacją na ten sam temat: jak – bez uciekania się do autorytarnych metod i reżimu pedagogiczno-estetycznego rodem ze szkolnych jasełek – wyprodukować przedstawienie (stworzyć stałą i możliwą do odtworzenia strukturę), którego twórcami i tworzywem jest dziki żywioł (grupa chłopców).

Pierwsza część, której opiekunem był Mateusz Atman, to ironiczna i pełna dystansu gra: oto na scenie, przy pulpitach stoją chłopcy, którzy wspólnie tworzą chór Poznańskie Słowniki (tak, tak, kryje się tu dowcip). Najstarszy z chłopaków steruje całą akcją jako dyrygent – najpierw wykrzykuje numer kolejnego opusu i jego tytuł, a chłopcy przez około dwadzieścia sekund wykonują zasugerowane działanie, z reguły luźno związane z tytułem-hasłem. Na przykład kiedy dyrygent wykrzykuje: „Op. 88 – «Władca much» jako powieść paraboliczna”, to chłopacy zaczynają śpiewać: „Parabole tańczą”. Każdy kolejny utwór powiększa jedynie chaos na scenie: chłopcy wrzeszczą, rozrzucają po podłodze śmieci, przeklinają, popisują się. Forma chóru, kojarzona dotychczas z klarownością przekazu i czystością formy, zostaje tutaj rozsadzona od wewnątrz przez energię chłopaków. Dominują głupawe odzywki i kompletny jazgot, w pewnym momencie wytwarzany przez artystów. Ostatecznie jednak i tak wygrywają dyrygent oraz partytura – starczy jeden gest dłoni dyrygenta, by przejść do kolejnego numeru.

Inny pomysł miała Aneta Groszyńska, która po prostu ukazała na scenie własną bezsilność. Chłopcy atakowali ją ze wszystkich stron, a ona próbowała przekupić ich cukierkami (co działało przez trzy sekundy). Pytała widzów, czy polecają jakieś metody wychowawcze (nikt nic nie powiedział, ale rodzice przesyłali sobie porozumiewawcze uśmiechy), a chłopców o to, jaka była największa kara, którą kiedykolwiek dostali – zgodnie odpowiedzieli, że szlaban na internet lub telefon. Takie kary wydają się nieskuteczne (brak dostępu do sieci spowodowałby pewnie jeszcze większy chaos i ataki paniki/histerii). Wszystkie metody diabli wzięli.

Na nic się zda czekanie na jakiegoś oficera, który mógłby zdobyć autorytet, odpowiednio wszystkim zarządzić i wprowadzić ład. Porządek, skupienie, harmonia – to działa tylko przez chwilę. Potem znowu trzeba uciekać się do różnych metod, podstępów i negocjacji, by przywrócić upragniony porządek lub przynajmniej poczucie wspólnego celu. Niezła diagnoza polityczna jak na dzisiejsze czasy.

Najbardziej prowokacyjna myślowo była część spektaklu, którą wyreżyserowała Agnieszka Jakimiak. Widzowie w ciemności słuchali nagranych wywiadów z chłopcami, którzy w tym czasie wykonywali na scenie umówione choreografie, bawiąc się przy tym latarkami. Ich nagrane wypowiedzi odnosiły się do fabuły „Władcy much”, polityki, ekonomii czy istoty zła. Były dosyć banalne: „żaden człowiek nie rodzi się zły”; „nie ma jednego dobrego systemu politycznego (a najgorszym jest anarchia)”; „ludzie nie mogą być równi – próbowano tego za komuny i wtedy wszyscy byli biedni”. Te wypowiedzi brzmią szczególnie śmiesznie, kiedy zestawi się je z tym, co przed chwilą można było zobaczyć na scenie. Przekupywani cukierkami chłopcy tłumaczą, że chciwość jest niedobra; po wspólnym znęcaniu się nad Groszyńską opowiadają, że niedopuszczalne jest poniżanie innych; a dodatkowo dorzucają garść stereotypów (na przykład: „Niemcy i Ruscy nienawidzą Polaków”).

Pal licho, że to, co mówią chłopcy, jest wewnętrznie sprzeczne. Nie ma co wymagać samodzielności myślowej od młodszych nastolatków. Przerażające jest to, że poglądy mniej więcej tej samej treści wyraża spora część dorosłego społeczeństwa, z wieloma politykami włącznie. Tak jakbyśmy wszyscy zatrzymali się na etapie później podstawówki. Chciałoby się uciec z tej wyspy, ale nie ma dokąd.

 

Mateusz Atman, Aneta Groszyńska, Agnieszka Jakimiak, „Władca much”
koncept: Mateusz Atman
reżyseria: Mateusz Atman, Aneta Groszyńska, Agnieszka Jakimiak
tekst: Kosma Tymek Kamiński, Julian Baranowski, Piotr Araszkiewicz, Jakub Grabowski, Jaś Bartosiak, Franek Gajtkowski, Bartek Werla, Nikodem Korzyniewski, Franek Brojeki Mateusz Atman, Aneta Groszyńska, Agnieszka Jakimiak
performans: Kosma Tymek Kamiński, Julian Baranowski, Piotr Araszkiewicz, Jakub Grabowski, Jaś Bartosiak, Franek Gajtkowski, Bartek Werla, Nikodem Korzyniewski, Franek Brojek
Centrum Rezydencji Teatralnej SCENA ROBOCZA
premiera: 14.12.2018

Białe noce
18 lipca 2019

Białe noce

Ari Aster w „Midsommar. W biały dzień” wytwarza własny język i poszerza ramy gatunku. Zaciekawiony symbolicznym potencjałem mistycznego kina grozy, sprawdza, co jeszcze się tam kryje, kłębi i kotłuje...

Amalgamat (czyt. miszmasz)
17 lipca 2019

Amalgamat (czyt. miszmasz)

W zaskakująco skromnym programie tegorocznego idiomu festiwalu Malta, od lat stanowiącego najważniejszy blok festiwalowego programu, nie znalazło się niemal nic, co mogłoby dorównać maltańskiemu formatowi i realizowanym wcześniej ambicjom, które od lat wysoko ustawiały poprzeczkę oczekiwań widzów...