22 lutego 2018
berlinale2018
„Mein Bruder heißt Robert und ist ein Idiot”, reż. Philip Gröning, 2018

#Berlinale2018

Festiwal w Berlinie od wielu lat zachwyca, by nie powiedzieć: przytłacza swoją wielkością. Liczba filmowych sekcji sprawia, że z łatwością można zagubić się w gąszczu proponowanych premier, których nie sposób przyswoić w ich całej okazałości. Berlinale przyzwyczaiło nas już do tego, że prezentuje przede wszystkim kino politycznie i społecznie zaangażowane. Jednak w maju 2019 roku dyrektor festiwalu Dieter Kosslick kończy swoją kadencję, stąd pojawiające się w kuluarach spekulacje dotyczące wizji przyszłych edycji i nieuchronnych zmian. Zanim jednak dowiemy się, jak dokładnie będzie wyglądał festiwal przyszłości, zobaczmy, co dzieje się w berlińskich kinach w tym roku.

Konkurs główny

W tym roku po raz pierwszy festiwal otworzyła długo wyczekiwana animacja Wesa Andersona „Wyspa psów” (polska premiera: 20 kwietnia). Niektórzy mówią, że Anderson zszedł na psy, jednak nie należy wierzyć tej plotce. Jego najnowszy film to całkowity obłęd, utrzymany w niesamowitym, morderczym tempie. Widzowie próbując nadążyć za formalnymi i wizualnymi wybrykami Andersona, biegną niczym psy z wywieszonymi językami i nie mają dość aż do samego końca – nawet didaskalia śledzimy z wypiekami na twarzy. Z pewnością jest to jeden z najlepszych filmów zrealizowanych do tej pory przez Andersona, który doskonale uchwycił realia psiego żywota. Zgrabnie naśmiewa się z totalitarnych prób zapanowania nad psim oraz ludzkim stadem, przywracając wiarę w siłę hordy. Reżyser wprowadza doskonały zabieg translatorów, którzy tłumaczą nie-ludzki świat i starają się wytłumaczyć nieludzkie zapędy dyktatorów. „Wyspa psów” to kolejny, po „Białym Bogu”, kinematograficzny krok w ustanowieniu nowych reguł ludzkiego i psiego współbycia. Ważną rolę odgrywają tutaj również śmieci, śmietnisko, odpady. Wszystko to, czego chcemy zazwyczaj się pozbyć z głównego dyskursu, wraca i zmienia reguły gry.

Inną mocną pozycją w konkursie okazała się „Utøya – 22 lipca” o tragicznych wydarzeniach na norweskiej wyspie w 2011 roku. Filmy polegające na fatalistycznym odtwarzaniu zdarzeń, których nie można w żaden sposób zmienić, mogą nieść ze sobą poczucie bezradności i tym samym trudność w odbiorze. Erik Poppe jednak nie tylko mierzy się z ważnym i niezwykle wrażliwym tematem, lecz okazuje się również niezwykle sprawnym filmowcem. Obraz, podobnie jak „Victoria” Sebastiana Schippera, jest w całości kręcony jednym ujęciem i ma strukturę sztafety, w której emocje i opowieści przekazywane są sobie nawzajem przez bohaterki i bohaterów, przedstawonych niezwykle naturalnie. W trakcie filmu wciąż można się zastanawiać, jakie jeszcze formalne rozwiązanie zostanie zastosowane przez reżysera, który pod tym względem nie zawodzi ani przez chwilę. Cały obraz przypomina sposobem realizacji grę komputerową, w której przemieszczamy się razem z bohaterami z miejsca na miejsce. Dodatkowym atutem jest to, że Poppe nie portretuje w żaden sposób Andersa Breivika, wielkiego nieobecnego tego filmu. Odmawiając mu w ten sposób reprezentacji, odbiera również widzom możliwość sadystycznej przyjemności wzrokowej czy identyfikacji z mordercą. Reżyser staje po stronie ofiar i trwa w tym miejscu do samego końca.

Najbardziej bezkompromisowym i ekstremalnym filmem zaprezentowanym w konkursie głównym okazał się trzygodzinny obraz Philipa Gröninga, „Mein Bruder heißt Robert und ist ein Idiot”. Prawdopodobnie żaden z niemieckich reżyserów nie zrobił dla filozofii tego, co udało sie Gröningowi właściwie jednym filmem. Nastoletnie bliźniaki Elena i Robert letnią porą uczą się do nadchodzącego egzaminu z filozofii. To właśnie staje się niewymuszonym pretekstem do filozoficznych rozważań o czasie i Heideggerze, którego tez reżyser nam nie szczędzi. Warto dodać, że Gröning w niezwykle przemyślanym filmie robi z widzami dokładnie to, czego zapragnie. Pierwsza, niezwykle estetyczna, refleksyjna i dynamiczna część „Mein Bruder …” zwiastuje ogromne pokłady kazirodczej energii drzemiącej w bliźniaczym rodzeństwie, która rodzi się i powoli dojrzewa wraz z mijającym latem. Wtedy właśnie reżyser decyduje się zanudzić widzów niemalże na śmierć, dokonują tym sposobem selekcji negatywnej. Niemalże połowa publiczności zgodnie z przewidywaniami wychodzi z kina, natomiast reszta śmiałków, która rozszyfrowuje pułapkę zastawioną przez reżysera, decyduje się zostać. Wytrwali widzowie otrzymują to, na co cierpliwie czekali: prawdziwy incest – połączenie „The End of the F***ing World” z „Sein und Zeit” Heideggera, a wszystko to w rytmie „La Javanaise” Serge’a Gainsbourga.

Szansę na nagrodę ma również „Las herederas”, niespieszny, wręcz powolny film o kobietach, w którym na próżno szukać mężczyzn, bo albo już nie żyją, albo ich pojawienie się nigdy nie było brane pod uwagę. Obraz Marcelo Martinessiego opowiada o starzejącej się parze lesbijek. Ich stabilny związek zamknięty zostaje w klaustrofobicznej przestrzeni domu, gdzie główne bohaterki spokojnie konsumują owoce przeszłości i wydeptują znane na pamięć, lecz lekko zakurzone ścieżki. To nie tylko dobrze poprowadzony film o życiu w cieniu przeszłości, partnerki, własnych lęków i obaw. Martinessi w ciekawy sposób przygląda się temu etapowi naszego życia, w którym lata świetności (również ekonomicznej) są już daleko za nami. Reżyser portretuje rozmaite kobiece wspólnoty, ich style życia i różne warstwy społeczne. Wreszcie daje widzom wiarę w to, że życie nie zaczyna się wcale po pięćdziesiątce, ale zawsze dokładnie wtedy, kiedy chcemy.

 Słabsze oblicze konkursu

Jak co roku w konkursie głównym można znaleźć również zdecydowanie slabsze obrazy, jednak pochodzące od dobrych i cenionych reżyserów. Przykładem takiego filmu jest „Transit” w reżyserii Christiana Petzolda. Reżyser obsadza Europejczyków w roli migrantów, którzy muszą uciekać z kontynentu trawionego konfliktem zbrojnym – pomysł zdecydowanie ciekawy w kontekście współczesnej sytuacji Europy. Choć film potwierdza ogromną sprawność reżyserską, otrzymujemy jednak obraz, który nikogo nie satysfakcjonuje. Trudno określić, czy to kino zaangażowane, film sensacyjny, czy hermetyczne, trudne interpretacyjnie dzieło. Mimo wysiłków Franza Rogowskiego, który przypomina tutaj Joaqina Phoenixa w „Mistrzu” oraz zdecydowanie dobrego początku filmu, w drugiej połowie pragniemy jak najszybciej wypełnić wniosek wizowy i opuścić granice kina.

Tymczasem Cédric Kahn prezentuje na Berlinale modny we współczesnej francuskiej kinematografii ostatnich lat „dramat resocjalizacyjny”. Reżyser jest zwolennikiem tezy, że „każde uzależnienie można wyleczyć przy pomocy innej, jeszcze silniej uzależniającej substancji”. Kahn opowieść o nałogach rozpoczyna od heroiny i sięga po kolejne, tym razem mniej materialne substancje. O ile główny bohater „La prière” jest podatny na uzależnienia, o tyle festiwalowa publiczność zdecydowanie trudniej ulega dyskretnemu urokowi filmu. Cédric Kahn to niestety nie Gaspar Noé, który w doskonały, niezwykle barwny sposób tworzy filmowe, narkotyczne wizje. Wystarczy wyobrazić sobie retrospektywę jego filmów, w którym do biletu albo karnetu dodawane będą substancje psychoaktywne – być może za kilka lat na jakimś alternatywnym festiwalu będzie można tego doświadczyć. „La prière” spodoba się z pewnością fanom „Z podniesionym czołem” Emmanuelle Bercot, gdyż dostarcza równie emocjonalnych wrażeń. Główny bohater rzuca się na wszystkie strony równie żywiołowo, jednak Bercot zdecydowanie ciekawiej podchodzi do tematu resocjalizacji.

Jednym z najsłabszych filmów festiwalu była „Eva” w reżyserii Benoit Jacquot’a. Reżyser tym razem stworzył grubymi nićmi szytą opowieść o niewprawnym udawaniu i przebierankach. Główny bohater, młody opiekun emerytów udaje pisarza, który zamiast pisać nową powieść, spotyka się z Evą (Isabelle Huppert) udającą ekskluzywną prostytutkę. Głęboko wierzy przy tym, podobnie jak sam reżyser, że spotkania z paniami do towarzystwa są na tyle ekscytujące i twórcze, że mogą zastąpić dobry scenariusz. Siedemdziesięcioletni Jacquot staje się ofiarą Godardowskiego przepisu na film (wystarczą kobieta i pistolet) i dzieli tragiczny los głównego bohatera. Nie jesteśmy w stanie odgadnąć, czy reżyser jest poważny i naogladał się zbyt dużo filmów Romana Polańskiego, czy tworzy ironiczny film w stylu „Elle” Paula Verhoevena. Z tych wątpliwości jednak nic się nie rodzi.

Guy Maddin

Po zjawiskowym i szeroko zakrojonym „Forbidden Room” kanadyjski reżyser tym razem prezentuje w Berlinie zdecydowanie mniejszy, lecz równie ciekawy projekt: „The Green Fog”. Powstał on w hołdzie San Francisco i wykorzystuje filmy związane właśnie z tym miastem. Maddin do tej pory bezlitośnie eksploatował terytorium kina niemego. Zamiast wkładać słowa w nieme usta swoich bohaterów, twórca w swym najnowszym dziele niemalże całkowicie odbiera im głos. Przedstawiając kolejne dialogi, wycina ich warstwę dźwiękową, otrzymujemy w ten sposób zabawną mieszankę dziwacznych min, które wyrażają czasami więcej niż jakiekolwiek słowa. Końcówka zbierająca wszystkie filmy wykorzystane przez reżysera przypomina swoją stylistyką czołówkę „Wkraczając w pustkę” Noé. Maddin sięga nie tylko po ulubione przez niego starocie, lecz również po nowsze obrazy (np. „Deadpool”), a na ekranie możemy zobaczyć nawet Nicolasa Cage’a.

Jak dowiedziałem się z nieoficjalnych źródeł, w momencie, gdy plakaty do (pod)sekcji „Forum Expanded” były już gotowe do druku, doszło nagle do nieoczekiwanej zmiany. Maddin przypadkiem w jednej z telefonicznych rozmów wspomniał o tym, że w wolnych chwilach z partnerką w domu tworzy rozmaite kolaże. To właśnie trzy z nich znajdziecie na plakatach, które w ostatniej chwili zostały wycofane i zamienione.

 Polskie akcenty w Berlinie

Wszyscy z niecierpliwością czekamy na premierę „Twarzy” Małgorzaty Szumowskiej (polska premiera: 6 kwietnia), której ostatni film „Body/Ciało” wygrał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia. Reżyserka tym razem opowiada o polskiej nietolerancji oraz roli Kościoła w kształtowaniu konserwatywnej kondycji współczesnych Polaków. Świadomie ucieka jednak od posługiwania się w tym celu wyeksploatowaną w kinie formułą uchodźcy, w tym przypadku prezentując widzom bardziej autentyczną i bliską im figurę – Jacka (Mateusz Kościukiewicz) borykającego się z odrzuceniem przez społeczeństwo po zabiegu przeszczepu twarzy. Warto dodać, że główny bohater „Twarzy” ulega wypadkowi podczas prac konstrukcyjnych nad gigantyczną figurą Jezusa wznoszoną w Świebodzinie, co jest fabularnym zabiegiem typowym dla sarkastycznego, wypełnionego czarnym humorem kina Szumowskiej. Po zabiegu transplantacji Jacek zostaje uznany za innego, gdyż lokalna wspólnota nie jest w stanie go rozpoznać jako przynależącego do niej. Oprócz filmu Szumowskiej w konkursie głównym bardzo cieszy również obecność w sekcji Forum Jagody Szelc i jej obrazu „Wieża. Jasny dzień” (polska premiera: 23 marca). Ta powstała z użyciem sporej dawki niesamowitości historia dwóch sióstr, wspólnie wychowujących córkę jednej z nich, to prawdopodobnie jedna z najbardziej odważnych i bezkompromisowych polskich produkcji ostatnich lat.

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)
07 grudnia 2018

Historia prawdziwa (w bardzo luźnej interpretacji)

Cezary Tomaszewski w „Instytucie Goethego” wystawionym w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu zastanawia się, w jakim stopniu werteryzm dalej oddziałuje na przedstawicieli obojga płci. Na wyświetlanych przed oklaskami napisach pojawia się długa lista nazwisk samobójców – ofiar werteryzmu od momentu wydania powieści w 1774 roku...

Odsłuchy listopada
06 grudnia 2018

Odsłuchy listopada

Tym razem podsumowanie w przeważającej mierze polskie, a skoro Polska, to szczypta zachwytu, łyk cierpienia. Na szczęście pewien brytyjski kwartet i rodzimy duet zadbali o to, aby proporcje powyższych nie były dla nas zbyt przykre...