28 października 2014

American stories

Bezczelne przemówienie sobowtóra Baracka Obamy, niezwykle energetyzujący, zachwycający film o muzyce jazzowej; dziwaczny solowy koncert perkusisty wysłuchany przez elegancko ubranych słuchaczy – piąty American Film Festival rozpoczął się z hukiem, a swą nieprzewidywalność zachował do samego końca.

W tym roku festiwal, odbywający się po raz kolejny w Kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu, zgromadził przez 6 dni ponad 17 tysięcy widzów. Drugie (po Nowych Horyzontach) dziecko Romana Gutka, mimo mniejszej skali, wciąż należy do najbardziej prestiżowych i wyrazistych wydarzeń filmowych roku i cechuje się zdecydowanie luźniejszą atmosferą.

Najwięcej uczestników zgromadziła główna atrakcja festiwalu – filmowa sekcja Highlights, czyli dzieła sygnowane nazwiskami cenionych reżyserów i znanych aktorów. Najbardziej chwalonym pozostaje świetnie przyjęty film otwarcia, zwycięzca tegorocznej edycji Sundance: energetyczny „Whiplash” Damiena Chazelle’a. Napędzany przez dwie świetne role: Milesa Tellera i J.K. Simmonsa, opowiada o młodym perkusiście próbującym osiągnąć sukces w świecie jazzu. Dzięki wprawnej reżyserii obraz ucieka od konwencji filmu muzycznego, dając w zamian mnóstwo emocji, ekranowego potu i krwi. Nie brakowało głosów, że to właśnie ten film był najlepszym dziełem festiwalu.

Inne filmy w tej sekcji wzbudziły jednak mieszane uczucia, by wspomnieć zaskakująco wtórne „Zniknięcie Eleonory Rigby: oni” Neda Bensona z Jessicą Chastain i Jamesem McAvoy’em czy abstrakcyjnego i zawiłego „Białego ptaka w zamieci” Gregga Arakiego z Evą Green i Shailene Woodley. Żaden z wymienionych filmów, mimo świetnej obsady i nazwisk uznanych reżyserów, nie osiągnął zamierzonego efektu i nie wzbudził sympatii widzów. Różne opinie wywołał też „Foxcatcher” Bennetta Millera, twórcy głośnych „Moneyball” i „Capote”. Pokazany na zakończenie festiwalu, oparty na faktach pretendent do najważniejszych amerykańskich nagród filmowych, mocno podzielił widownię – jedni docenili niespieszne tempo akcji, ponury, melancholijny klimat i sprawną reżyserię, drudzy krytykowali aktorstwo i zarzucali filmowi treściową pustkę mimo dopracowanej formy.

W sekcji Spectrum, prezentującej niezależne fabuły, triumfowało „Obvious Child” Gillian Robespierre. Choć siłą produkcji są aktorka Jenny Slate, sprawna reżyserska ręka i niezwykle zabawne dialogi, to przybrana konwencja i niewywołująca głębszych uczuć fabuła sprawiają, że film staje się przesadnie lekki, wręcz płytki. Ogromny spadek w porównaniu ze świetnym zeszłorocznym zwycięzcą – „Przechowalnią numer 12” („Short Term 12”). Zawód jest tym bardziej dotkliwy, że tegoroczne Spectrum bogate było w filmy, które trafiały do szerokiego grona odbiorców dzięki różnorodności gatunkowej, ciekawym eksperymentom i sprawnemu wyważeniu artyzmu z rozrywką. Można tu przywołać takie tytuły, jak: „Komputerowa miłość” Zachary’ego Wigona (z o wiele bardziej adekwatnym angielskim tytułem „The Heart Machine”), „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella czy „Dziwak” Patrice’a Brice’a.

W sekcji filmów dokumentalnych zwyciężyło „Po prostu życie” („Life Itself”) Steve’a Jamesa o jednym z najbardziej wpływowych krytyków filmowych w historii, zmarłym w zeszłym roku Rogerze Ebercie. Film ten poruszył serca widzów, odwołując się do pasji, którą dzielił każdy uczestnik seansu. Reżyser nie idzie po najmniejszej linii oporu, rezygnując z klasycznej chronologii i zestawiając ze sobą różne fragmenty życia krytyka. Nigdy nie gubi jednak głównego wątku i dba o ciągłą uwagę widza.

Wśród dokumentów, które okazywały się dla publiczności zwyczajnie nieciekawe lub zbyt mocno osadzone w amerykańskiej rzeczywistości, warto wspomnieć jednak o „The Winding Stream”, inspirującej, filmowej historii muzyki country z udziałem Johnny’ego Casha i rodziny Carterów, oraz o jednym z najczęściej omawianych filmów festiwalu – „Obama z Bronksu” o mężczyźnie zarabiającym na życie parodiowaniem amerykańskiego prezydenta.

Warto wspomnieć o niezwykle udanych, pokazywanych poza konkursem produkcjach, określanych przez organizatorów jako „festiwalowi faworyci” (Festival Favorites). „Szczęśliwe święta” („Happy Christmas”) Joe Swanberga, reżysera „Kumpli od kufla” („Drinking Buddies”), to zaskakująco dojrzały, zabawny i szczery portret współczesnej amerykańskiej rodziny. „Palo Alto”, adaptację młodzieńczych opowiadań samego Jamesa Franco, wyreżyserowała kolejna przedstawicielka rodu Coppoli, Gia. „Skeleton Twins” Craiga Johnsona z kolei to popularna wśród widzów, nietypowa komedia, pokazywana na festiwalu w Sundance, która porusza niewygodną tematykę samobójstwa. „Do ciebie, Philipie” („Listen up Philip”) Aleksa Rossa Perry’ego, jeden z najlepszych filmów festiwalu, zabiera widza w niezwykłą podróż po życiu, sztuce i związkach w prawdziwie jazzowej oprawie. Naszym zdaniem, to nieoficjalni wygrani tej edycji festiwalu.

Oprócz projekcji filmowych odbyło się również wiele spotkań z zaproszonymi twórcami. Z uczestnikami festiwalu najczęściej rozmawiali reżyserzy, producenci i scenarzyści pokazywanych tytułów. Furorę zrobił główny bohater „Obamy z Bronksu”, Louis Ortiz, który oprócz występu na gali otwarcia chętnie uczestniczył w spotkaniach z widownią. Sobowtór amerykańskiego prezydenta od razu zyskał sympatię widowni charyzmą i dystansem do samego siebie. Ciekawe okazały się rozmowy z reżyserem „Krogulca” („Buzzard”), Joelem Portykusem, który z werwą opowiadał o procesie produkcyjnym i wchodził w dyskusję z widownią na tematy polityczne. Oryginalną postacią jest także Patrick Brice, twórca mniej popularnego, wspominanego już „Dziwaka”, którego poczucie humoru i entuzjazm sprawiły, że z niecierpliwością wyczekujemy jego następnego filmu.

Ważnym gościem festiwalu i jednocześnie tegorocznym laureatem festiwalowej nagrody Indie Star (przyznawanej ikonom niezależnego kina) był Whit Stillman. Z tej okazji zorganizowano również retrospektywę skromnej twórczości tego reżysera. Nierówne, lecz zawsze klimatyczne filmy stanowiły ciekawy i nowy dla polskiej publiczności wgląd w środowisko amerykańskiej klasy wyższej. Jego spokojne, nakręcone w allenowskim stylu obrazy cieszyły się równie dużą popularnością jak spotkania z twórcą po seansach .

Wybór mocno współczesnego kina Stillmana ciekawie korespondował z bohaterem drugiej retrospektywy festiwalu – Orsonem Wellesem. I choć tej postaci żadnemu fanowi kina przedstawiać nie trzeba, to selekcja jego dzieł okazała się sprawnym przeglądem zarówno jego klasycznych dokonań („Obywatel Kane”, „Dotyk zła”), jak i tych mniej popularnych tytułów („Pan Arkadin” czy ostatnio odnaleziony „Too Much Johnson”). Oprócz seansów widzowie mogli odsłuchać polską wersję sławnego już słuchowiska Wellesa, „Wojnę światów”, jednak największą atrakcją niewątpliwie była projekcja niedokończonej przez Amerykanina adaptacji „Don Kichota”, wspomagana graną na żywo muzyką zespołu L’arsenale. Wybór właśnie tego reżysera świetnie oddaje ducha festiwalu – spójnego połączenia artystycznej niezależności i bezkompromisowości z próbą dotarcia do jak największego grona odbiorców.

Pośród tych wszystkich atrakcji Stowarzyszenie Nowe Horyzonty zadbało o dodatkowe, skromniejsze, acz równie ciekawe projekcje: przedpremierowy seans najnowszego dzieła Davida Cronenberga („Mapy gwiazd”), kultowe „Fargo” braci Coen czy ukłon, wykonany w stronę zmarłego niedawno Robina Williamsa filmem „Być człowiekiem”. Do tego panele dyskusyjne, możliwość spotkania gości w klubie festiwalowym czy nawet szansa obejrzenia na wielkim ekranie najnowszych seriali („Fargo”, „Rectify”) – na brak atrakcji nie można było narzekać.

Formuła i organizacja festiwalu sprawdziły się po raz kolejny. W większych i prestiżowych sekcjach znajdziemy znane nazwiska i twarze; z filmów dokumentalnych poznajemy problemy i bolączki życia współczesnej Ameryki, a w konkursowej sekcji Spectrum obcujemy z czymś zupełnie nowym – i chyba to właśnie cieszy najbardziej. Niezwykła atmosfera, jaką udało się utworzyć Romanowi Gutkowi, Urszuli Śniegowskiej oraz samej publice, sprawia, że mniejszy, sześciodniowy American Film Festival coraz bardziej rośnie w siłę. Siłę tego szczerego, niezależnego kina.

5. American Film Festival
Wrocław, 21–26.10.2014

Zimny płomień
13 grudnia 2018

Zimny płomień

W „Krainie wielkiego nieba” wydaje się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu; od warstwy technicznej aż do kierujących całym przedsięwzięciem motywów. I chociaż Paul Dano omija wiele pułapek, jakie czyhają na twórców po raz pierwszy maczających palce w sztuce filmowej, traci też po drodze coś, co stanowiło zawsze największą zaletę debiutanckich produkcji: poczucie artystycznej swobody i chęć eksperymentowania...

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...