17 września 2019
68580691_2634620226569955_5235806257582964736_o
Wernisaż wystawy. Źródło: CSW Łaźnia

Ależ Pan chce wyhodować dom!

Przejęci raportami o stanie środowiska, czytamy podsuwane nam przez odpowiednie algorytmy artykuły o osiągnięciach ostatnich kilku lat z zakresu projektowania ekologicznych przedmiotów codziennego użytku. Chcemy przecież ograniczyć plastik, wycinkę drzew, zużywać mniej wody. Chcemy mniej wyrzucać, mniej marnować, być bliżej natury. I oto otrzymujemy informacje (nie wszystkie odkrycia są newsami, ale chętnie się je nam ostatnio przypomina), że Julian Lechner z niemieckiej firmy Kaffeeform wymyślił zastawę stołową z fusów po kawie; Zhekai Zhang zaprojektował barwione fusami lampy Coffire; zespół pod kierownictwem profesor Heleny Janik na Politechnice Gdańskiej opracował tworzywo pozwalające na przykład na produkcję jednorazowych, ale biodegradowalnych sztućców, czyli alternatywy dla jednorazowych plastikowych. Z kolei projektantka Róża Rutkowska wyhodowała materiał z grzyba kombuchy (SCOBY), będący swoistym zamiennikiem plastiku – naczynia czy opakowania na produkty spożywcze są jadalne. Projektant Marek Głogowski produkuje z grzybów meble i obiekty wnętrzarskie. Najpierw je hoduje.

Zbigniew Oksiuta chciałby wyhodować dom, o czym wspomina w filmie-wywiadzie prezentowanym na wystawie „Studiolo. Kosmiczne ogrody” w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, w ramach cyklu ART + SCIENCE MEETING. Polski artysta i architekt już od lat 90. XX wieku eksploruje zagadnienia bio artu i biologicznej architektury, kiedy pojawiły się one w sztuce jako konglomerat działań artystycznych, biologii i technologii. Głównym narzędziem wyrazu artystycznego jest tu żywa materia, tkanka, manipulowane DNA, co bywa moralnie i etycznie problematyczne. Efekt końcowy jest zazwyczaj tak samo istotny jak proces – dochodzenie do urzeczywistnienia koncepcji staje się często tym, co później zostaje wystawione.

Sam Oksiuta umiejscawia siebie w ramach myśli proekologicznej, mówiącej o zbytniej eksploatacji środowiska i konieczności szybkiego przeciwdziałania jego degradacji (czytamy o tym w katalogu „Zbigniew Oksiuta. Formy, procesy, konsekwencje”, wydanym w odniesieniu do wystaw artysty z 2007 roku). Głównym zarzutem artysty wobec społeczeństwa antropocenu jest produkowanie przedmiotów codziennego użytku i miejsc zamieszkania z materiałów sztucznych – zatem tworzenie produktów nieżyjących, nierozwijających się, niepodlegających naturalnym procesom.

Oksiuta z wykształcenia jest architektem. Studiował na Politechnice Warszawskiej – tam, gdzie rozsławiony architekt, związany później z ASP w Warszawie, Oskar Hansen (1922–2005), autor teorii formy otwartej. Zdaniem Hansena architekt (architekt-artysta) powinien tworzyć tak, by produkt kreacji nieustannie przystosowywał się do nowych warunków istnienia, reorganizował się, odpowiadał na nowe potrzeby, aktualizował w czasie. Hansen uznawał architekturę za skuteczne narzędzie przemian. Wierzył przy tym w społeczną rolę architekta i architektury. Są to, jak się przekonamy, idee nieobce Oksiucie – przy czym najbardziej interesuje go sam budulec wykorzystywany przy tworzeniu środowiska ludzkiego życia (pochodzenie, sposób pozyskiwania, właściwości).

Pracownią artysty, co charakterystyczne dla bio artu, staje się laboratorium. Nauka jest w nim jednak na usługach kreacji artystycznej. Na gdańskiej wystawie laboratorium zostało zainscenizowane zaraz u wejścia. Wchodzimy więc w wydzieloną przestrzeń, zbudowaną z przezroczystego materiału przypominającego wypełniacz bąbelkowy do paczek, który daje enigmatyczny wgląd w to, co dzieje się w pozostałej części wystawy: dostrzegamy kolorowe, rozmyte w folii światła, poruszający się bioreaktor. Od razu wydaje się ona sterylna – wewnątrz chodzimy po kratownicy, a dźwięk stąpania po niej tym mocniej odsyła nas do skojarzeń z przestrzenią industrialną, szpitalną czy laboratoryjną. Znajdujemy tam zawieszony na wieszaku fartuch laboratoryjny, zapaloną lampę tuż nad biurkiem uposażonym w rękawiczki, nożyce, chusteczki i tym podobne. Są też mniej lub bardziej tajemnicze przyrządy, specjalistyczne maszyny. Zauważamy ostrzeżenie o szkodliwym promieniowaniu. W końcu są i próbki roślin, opatrzone nazwą (np. „kultury lnu zamknięte w agarozowej membranie”, „hodowla płaskich powierzchni kalusa”) i datą, a także naukowe objaśnienia zachodzących procesów, użytych preparatów, nazwiska naukowców towarzyszących artyście i konsultujących z nim pomysły, nazwa zakładu specjalizującego się w eksperymentach.

Rozumiem, że służyć to miało zachowaniu pewnej równowagi – wystawa jest ekspozycją artystyczną, ale eksperymenty dowieść miały realnych możliwości: wyhodowania roślin zyskujących nowe właściwości dzięki zastosowaniu oryginalnych sposobów hodowli (wystawianie roślin na zmienne warunki bytowania, doświadczenia ze zmianą wektora grawitacji). Kalus, będący źródłem namysłu Oksiuty, to tkanka roślinna pojawiająca się w miejscu okaleczenia drzewa i je zasklepiająca. „Goi ranę”, lecz przy tym zmienia wizualnie i substancjalnie fragment rośliny. Artysta zastanawia się nad możliwością wykorzystania bakterii, które infekując roślinę, powodują powstawanie narośli. Dywaguje nad szansami zaszczepienia tego rodzaju mechanizmów w kontekście innych tworzyw. O tym wszystkim dowiemy się z filmu-wywiadu. Poza „laboratorium” znajdziemy bardzo estetycznie, wielobarwnie podświetlane instalacje-próbówki czy bioreaktor, a w nich poddawane doświadczeniom rośliny (np. „Korzenie [które] robią supły”). Na planszach zobaczymy efekty prób „regeneracji in vitro zielonych pędów roślin” albo „zbliżenie niekontrolowanego wzrostu biologicznego”. Możemy sobie wyobrazić, że owe właściwości roślin, zaadaptowane na potrzeby architektury, istotnie zmieniłyby jej oblicze. Tym samym wpisałyby się w koncepcję formy otwartej Hansena – potrzebę nieustającego przystosowywania się tego, co wytwarzane przez artystę, do nowych warunków. Materiał organiczny, żywy i reagujący wydaje się doskonałym urzeczywistnieniem tej idei.

Zaaranżowane laboratorium jest, jak sądzę, najbardziej płodną znaczeniowo częścią wystawy. Nie potrafię wytłumaczyć nieprzystawalności sterylnej przestrzeni pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu artystycznego względem pozostałej części wystawy – unaoczniającej wizjonerskie podejście Oksiuty. Ekspozycja „spoza laboratorium” kieruje moje myśli do fascynujących pracowni i salonów matematyczno-fizycznych przeszłych epok, w których nauka mieszała się z intuicjami, przesądami, myśleniem magicznym. Wystawa zrobiła na mnie wrażenie, a koncepcje Oksiuty są mi bliskie. Cenię zarówno kreatywne podejście artysty w kwestii dbałości o środowisko, jak i nadzwyczajność owych koncepcji, niekiedy, zdawałoby się, nie-do-pomyślenia. Ciągle jednak drażni mnie tak pieczołowicie konstruowana atmosfera naukowości w „laboratoryjnej” części wystawy.

W materiale prasowym znajdziemy objaśnienie tytułu wystawy:

Studiolo (z włoskiego) oznacza małe studio, gabinet, który służy do nauki, doświadczeń i badan. Zyskało popularność w dobie renesansu, jednak wywodzi się ze średniowiecza, kiedy tak określano przestrzeń do eksperymentów alchemicznych. W tym znaczeniu studiolo jest zalążkiem współczesnego laboratorium. Na wystawie „Studiolo. Kosmiczne ogrody” będzie prezentowane współczesne studiolo, eksperymentalna przestrzeń do badań i hodowli roślin w nietypowych warunkach.

Zatem „Studiolo” Oksiuty to współczesne laboratorium, nie ma nic wspólnego z alchemią. Dlaczego alchemiczne konotacje zostają tu co najmniej neutralizowane? Alchemików zajmowało przede wszystkim poszukiwanie kamienia filozoficznego – substancji (czyli sposobu) na zamianę metali nieszlachetnych w szlachetne. Miał on między innymi umożliwić stworzenie eliksiru życia. Myślę więc, że perspektywa ta, z całym zapleczem odniesień magicznych, wyjątkowo pasuje do wystawy. Przez wzgląd na aktualne, dojmujące problemy cywilizacyjne musimy przeformułować hierarchię wartości i potrzeb – współcześnie takim eliksirem życia, który nie tyle przedłuża egzystencję, ile ratuje życie (planety), byłoby interesujące Oksiutę opracowanie ekologicznych metod organizacji środowiska ludzkiego.

 

 

Koncepcja organicznych przedmiotów użytku codziennego spełnia się już teraz, choć brzmi nieco fantastycznie. Śmiały pomysł na wyhodowanie domu to być może proroctwo. Pobudza niezwykle wyobraźnię, w czym upatruję największego osiągnięcia Oksiuty.

Puśćmy wobec tego wodze fantazji: jak będzie wyglądał film obyczajowy (lub pochodna filmu, np. opowieść snuta przy pomocy technologii VR) za trzydzieści lat? Czy zakochana para ujęta podczas posiłku siedzieć będzie w restauracji, której ściany wyhodowano z grzybów, z lampami barwionymi fusami po kawie, a na koniec zje zastawę stołową? Czeka nas zmiana estetyki otoczenia, stylu życia, najbardziej oczywistych zachowań i praktyk. Musimy dokonać wyboru między najwygodniejszym dla człowieka sposobem życia a warunkami najbardziej optymalnymi dla całego ekosystemu.

Ciekawi mnie w końcu konotacja artysty parającego się nauką z figurą maga „zaklinającego naturę”. Zmiana klimatu i perspektywa katastrofy, mimo mocnego ugruntowania w badaniach naukowych, wydają nam się nieraz niepojęte. Ze względu na brak wiedzy specjalistycznej zdarza nam się nie rozumieć ostrzeżeń naukowców o zagrożeniach związanych z silną eksploatacją środowiska – a część z nas nawet je kwestionuje. Stężenie newsów dotyczących tragicznych skutków tej eksploatacji i konieczności zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń ciąży, przeraża, powoduje poczucie braku bezpieczeństwa. Victoria Nelson w znakomitej książce „Sekretne życie lalek” (2009) twierdzi, że to właśnie technologie spełniają dziś funkcję motywu, któremu przypisujemy aurę cudowności i demoniczności zarazem. Powodem jest brak zrozumienia dla sposobów działania najnowszych technologii i osiągnięć naukowych. Jesteśmy zbyt nowocześni, by wierzyć w duchy, ale ciężko nam też zawierzyć nauce, wszystko to jest dla nas w ostatecznych rozrachunku tak samo niepojęte. Figura artysty-czarnoksiężnika, lawirującego między życiem i śmiercią, naturą i kulturą, zaskakującego orientacją w najnowszych osiągnięciach naukowych, ale ubierającego naukę w szaty abstrakcyjnych wizji, wydaje mi się esencjonalna dla niniejszych czasów.

W ostatecznym rozrachunku nauka to przecież nie fakty objawione, to znaki zapytania, niekończące się poszukiwanie. Bio art bywa kontrowersyjny dla naukowców (więcej na temat niełatwej lub niechcianej współpracy naukowców z artystami w publikacji zbiorowej „Robots and Art. Exploring un Unlikely Symbiosis”, Springer Singapore, 2016) – metaforyzujące rzeczywistość artystyczne koncepcje czy spekulatywność wydają się niepewnym merytorycznie gruntem dla nauki, choć jednocześnie namysł nad tym, „co mogłoby być” i „czy mogłoby być”, jest fundamentem wspólnym dla obu dziedzin. Przy okazji wystawy Zbigniewa Oksiuty nauka nie zdystansowała się wobec sztuki, dowodem jest choćby omawiany film-wywiad, w którym artysta rozmawia z profesor doktor habilitowaną Ewą Łojkowską (kierowniczką Zakładu Ochrony i Biotechnologii Roślin Uniwersytetu Gdańskiego). Uniwersytet Gdański na swojej stronie promuje wystawę jako akt interdyscyplinarnej współpracy. Takie działanie jest ciągle stosunkowo rzadkie, aczkolwiek wskazuje na pilną potrzebę znalezienia rozwiązań, dla których istotne są zarówno podłoże merytoryczne, jak i artystyczny polot.

 

Zbigniew Oksiuta, „Studiolo. Kosmiczne ogrody”
Gdańsk, CSW Łaźnia
9.08.–4.10.2019

Bo można
17 października 2019

Bo można

Kiedy nie zostały już żadne szczyty do zdobycia, proste „bo jest” – czy też raczej „bo można” – sprawiało, że próbowano okiełznać góry na nowe sposoby: bez zabezpieczeń, bez tlenu, w stylu alpejskim czy wreszcie zimą...

Język przeszłości
15 października 2019

Język przeszłości

Wyścig z czasem staje się tu jednocześnie ściganiem z niewiadomą. Pamięć matki znika bez względu na pragnienie Gretel, aby zrozumieć własną historię. Można odnieść wrażenie, że Johnson posunęła się o krok za daleko w budowaniu lęku i chaosu...