30 lipca 2012

À rebours, czyli po kolei

 

Z poetką Katarzyną Fetlińską rozmawia Joanna Żabnicka

Kasiu, jesteś pierwszą autorką, która wydała tomik poetycki spośród osób z arkuszami opublikowanymi w almanachu Biura Literackiego „Połów. Poetyckie debiuty 2011”. Zaczepnie zapytam: czy miałaś gotowy zestaw do wydania przed wzięciem udziału w konkursie? W „Glossolaliach” pojawiły się tylko trzy wiersze z tego zbioru.
Tak, tom miałam już właściwie prawie gotowy. Chodziło mi po głowie wysłanie gdzieś maszynopisu książki, ale wtedy jakoś nagle dowiedziałam się o Połowie i postanowiłam, za częściową namową, wpierw wysłać taki próbny zestaw – zawierający właśnie 3 wiersze, z których byłam zadowolona i 10 takich, które były całkiem spoko, ale – napisane wcześniej – nie pasowały mi do książki.

W swojej książce przewrotnie zaczynasz od pożegnania („Carne vale. Pożegnanie z ciałem”), a kończysz obietnicą (ponownych) narodzin. Czy zgodziłabyś się z tym, że à rebours to podstawowa taktyka twojego pisania? Programowe burzenie przyzwyczajeń?
Szczerze mówiąc, robię to, co mi się podoba i nigdy nie myślę o przyzwyczajeniach innych, lecz o efekcie, jaki chciałabym osiągnąć i idei, jaką chcę wyrazić. Wydaje mi się, że zaczynanie niejako „na opak” i „od końca” to dość powszechna technika narracyjna. Są jednak rzeczy, które chciałabym zmienić, „zburzyć” – dajmy na to, czasami irytuje mnie, że poezja prawie całkowicie zagnieździła się na papierze i w piśmie. Marzy mi się poezja mówiona, kojarząca się z muzyką, z teatrem. Z autorów, których słyszałam, jedynie Tkaczyszyn-Dycki umie świetnie przekazywać ustnie swoje wiersze. Większość nie umie, nie chce, nie przykłada się albo po prostu ich poezja lepiej funkcjonuje czytana w ciszy i skupieniu. Więc po cholerę wydawnictwa zmuszają autorów do dukania na głos? Takie wieczory zamiast zachęcić, mogą skutecznie odstraszyć.

Racja, sama czytasz bardzo energicznie. Na tegorocznym Porcie wyraźnie zaznaczyłaś, że będziesz czytać tylko na stojąco. A nie obawiasz się tego, że wybrzmiewanie poezji silnie związane z fizyczną obecnością jej autora jest krótkofalowe?
Oczywiście, że jest krótkofalowe, lecz nie postrzegam tego jako wady, lecz jako atut. Pozwala na kontakt, każdy występ jest inny, jednorazowy. Może być łatwiej zaskakiwać, poruszać, denerwować i szokować. Literatura może wyrazić wszystko, ale czasem można jej pomóc wyrazić jeszcze więcej. No i wydaje mi się, że jeśli ktoś chce, może tę krótkofalowość wyeliminować, na przykład poprzez wideonagranie w ciekawej aranżacji.

Sztuka teatralna spełniać miałaby wobec poezji tylko funkcję medium czy widzisz jakieś dalej sięgające powinowactwa? Piszesz w „Sanatorium, 1973”: „słowo – kostka lodu – cicha śmierć na dnie szklanki”. Rzeczywiście potrzebuje ożywienia?
Nie traktuję części „teatralnej” jako medium, lecz integralną część. A napisałam tutaj akurat tak, bo peelka [osoba mówiąca w wierszach – przyp. JŻ] kończy mówić, wrzuca kostkę lodu do szklaneczki. Tak jak kostka się topi i płyn zostaje przełknięty, tak głos zostaje zduszony w gardle. Czasem dobrze ożywić pismo, czasem tego trzeba, lecz nie jest to moje ściśle programowe założenie. Tak jak mówiłam, części poezji nie powinno się czytać na głos, bo ona na tym, moim zdaniem, traci. Co do „Sanatorium, 1973” – akurat ten tekst dobrze wypada na głos.

Mam wrażenie, że mimo iż bawisz się językiem, często świadomie rezygnujesz z elementu zaskoczenia na poziomie zapisu (tak jakby było ono przynależne wykonaniu). Mamy do czynienia w Twojej książce z wieloma znanymi (żeby nie powiedzieć – zastanymi) motywami, sporo tu mitologii i odwołań do kultury – może nie popularnej, ale funkcjonującej, że tak to ujmę, w powszechnym obiegu.
Starałam się odświeżyć pozornie znane, powszechne motywy, wyposażyć je w coś nowego. Stare znaczenia w nowych kontekstach, w nowych perspektywach i głosach, językach. Jak wyszło, tak wyszło. Fakt, nie jestem oryginalna – jak wielu pisarzy przeżywałam okresowe zainteresowanie mitologią i baśniami. Fascynowała mnie powtarzalność, schematyczność, rytualizm zawarty w tego rodzaju dziełach, powstających na przestrzeni czasu. Zadawałam sobie pytanie, ile z nich da się wyczytać, czy mogą czymś zaskoczyć, stać się środkiem do wyrażenia nowych rzeczy. Czy da radę umieścić te obiegowe, niejako oklepane motywy w nowych kontekstach i wywołać element zaskoczenia na poziomie połączeń, skojarzeń.

Chodzi więc o zrozumiałość komunikatu wynikającą ze znajomości dzieła, do którego nawiązuje wiersz?
Po części tak. Teksty były pisane tak, żeby patrzeć sobie w dzieło. Absolutnie nie wymagam od czytelnika, żeby znał i kojarzył dzieła i nawiązania. Jestem egoistką. Pisałam tak, żeby mi choć częściowo się spodobało, jakbym była czytelnikiem. A jak czytam, to siedzę najczęściej w necie i sprawdzam, szukam, szperam po odnośnikach i się dowiaduję wielu fascynujących, bezużytecznych rzeczy.
Wielość nawiązań prowadzi do takiego paranoicznego uczucia, które uwielbiam, do zadawania pytań – czy to nawiązanie? Czy coś za tym jest? I zawsze jest.

To chyba prowadzi do takiej sytuacji, że nie wiesz, czy mówisz od siebie, czy cytatem. To chyba niebezpieczne. A zdarzają Ci się takie „kanty” jak ten z ciekawostkami w towarzystwie, związane z pisaniem? Może fabrykujesz własne rękopisy, gdy wiersz jest już gotowy, na przykład na komputerze?
Mówiłam to tak trochę przekornie, ironicznie [śmiech]. Ale poruszyłaś tutaj coś ważnego, mogę wrócić do mojego „à rebours” – ten tom właśnie miał być częściowo alternatywą wobec poetyki silnego, własnego, osobistego głosu, która mnie irytuje swoją sztucznością. Peel/podmiot w tomie zastanawia się, czym właściwie jest „ja”, czyim głosem mówimy, czy „ja” może zniknąć w literaturze, czy może zostać skutecznie stłamszone w poezji. Próbował sobie odpowiedzieć na pytanie, czy alternatywą jest podmiot zbiorowy. I tu czytelnik sam musi zdecydować, co peel/narrator ostatecznie osiągnął, ile i jakich błędów popełnił.
Tak naprawdę to kopiuję wiersze z Internetu, oczywiście te w obcych językach, tłumaczę i udaję, że są moje. Mam do tego ludzi. Opłacam ich ze stypendium [śmiech].

 

Skoro jesteśmy przy kancie – w „Taglioni's Jewel Casket, 1940” jest odwrócony cytat z Kanta, mniej poprawny, niż zazwyczaj się słyszy: „der Himmel gestrinte // uber mir (und kein moralische Gesetz in mir)”. Czy to oznacza, że w świecie „Glossolaliów” naczelnym prawem jest jednak estetyka?
To oznacza, że nie znoszę filozofii Kanta i absolutnie nie zgadzam się z większością jego tez. Drugą taką osobą jest póki co chyba tylko Kazimiera Szczuka. Nie uważam, aby prawo moralne było „w nas” i aby normy moralne wynikały „z natury” bądź pochodziły od Boga. Dla mnie są wynikiem wyłącznie kontaktów społecznych. Nie chcę określać, co jest naczelnym prawem w świecie „Glossolaliów” i czy takie rzeczywiście istnieje, niemniej skupiałam się na estetyce i na tym, czy sztuka ma coś „w sobie”, swoje „prawo moralne” bądź nieodłączną naturę, jak blisko estetyka jest człowieka i nieśmiertelności.

Matryca, według której został zbudowany Twój tomik, wygląda tak: tytuł dzieła i rok powstania, poniżej wiersz niejednokrotnie będący ekfrazą tegoż dzieła. Bywają rzeźby, obrazy, filmy. Czy „Glossolalia” to przewodnik po Twoim osobistym muzeum? Mauzoleum?
No, nie, niestety jeszcze mnie nie stać na własne muzeum, ale liczę, że dorobię się na poezji.
Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. Tak serio, to wszystkie dzieła, które się pojawiły, lubię. Nie są to jednak wszystkie, które lubię.

O ważności osobistego komentarza do konkretnych obiektów kultu(ry) świadczy chyba sam tytuł tomiku. A może chodzi o to, że tą pierwszą książką próbujesz zabłysnąć [ang. gloss – połysk] erudycją? Była taka pokusa?
O jak świetnie, że o to pytasz. Może nie ja, ale chciałam, żeby peel/narrator nawet nie zabłysnął, ale przebłyszczał, przesadził z blaskiem, jak Britney Spears w teledysku do „Toxic”. Glossolalia to jedno wielkie bling-bling na murzyńskiej szyi. Śmieszą mnie ludzie, którzy zupełnie na serio popisują się erudycją, kiedy za tym nie ma nic więcej, żadnych przemyśleń (w przeciwieństwie np. do Eliota czy Rilkego, których wielbię). U mnie te przemyślenia są, starałam się doprawić je szczyptą ironii, wystarczy spojrzeć na akwafortę „Philomela Listening to a Nightingale”.

Szalenie zaskakują mnie przypisy w tym tomiku. Nie są aż tak liczne, jak u T.S. Eliota w „Ziemi jałowej”, którego utwory zresztą kilkakrotnie przywołujesz jako motta wierszy. Czy stąd pomysł na glosy? W zasadzie tłumaczenie w nich wcale tłumaczeniem nie jest...
Cieszę się, że szalenie i że zaskakują. Szczerze mówiąc, to nie wiem, skąd ten pomysł. Ze mnie i pewnie z wielu źródeł, z których czerpałam i nawet nie jestem świadoma. Do Eliota mam sentyment, bo znamy się od piaskownicy. To pierwszy poeta, jakiego czytałam.

 

Na koniec – przewrotnie: czy, jeśli w ogóle – a jeśli tak, to co – chciałabyś zmienić w debiutanckim tomie po jego wydrukowaniu?
Nie chciałabym nic zmieniać. Wiem, że jest parę niedoskonałości, ale są tam intencjonalnie, bo przecież w następnym tomie musi być widoczny jakiś postęp.

Białe noce
18 lipca 2019

Białe noce

Ari Aster w „Midsommar. W biały dzień” wytwarza własny język i poszerza ramy gatunku. Zaciekawiony symbolicznym potencjałem mistycznego kina grozy, sprawdza, co jeszcze się tam kryje, kłębi i kotłuje...

Amalgamat (czyt. miszmasz)
17 lipca 2019

Amalgamat (czyt. miszmasz)

W zaskakująco skromnym programie tegorocznego idiomu festiwalu Malta, od lat stanowiącego najważniejszy blok festiwalowego programu, nie znalazło się niemal nic, co mogłoby dorównać maltańskiemu formatowi i realizowanym wcześniej ambicjom, które od lat wysoko ustawiały poprzeczkę oczekiwań widzów...