zryw

Opłotki historii

Zimny grudniowy wieczór. Porzucam unoszący się w powietrzu aromat grzanego wina i kolorowe lampki w witrynach sklepów. Zbaczam z głównego szlaku w ciemną bramę pod arkadami przy Gwarnej. Nie docierają tu świąteczne przeboje ani zbłąkani wędrowcy. Kieruje mną intuicja. Kompaktowe wnętrze Tłustej Langusty przypomina dzisiaj siedzibę jakiejś tajnej organizacji. W wąskim holu witają mnie dwaj mężczyźni, nazywający przybyłych braćmi i siostrami. Nie wiadomo, o co dokładnie im chodzi, ale wyrażają swoje wsparcie i proszą o założenie na siebie „barw ochronnych”. Zebranym udziela się atmosfera spisku. Czy tu przygotowują powstanie?

Za chwilę rozpocznie się „Zryw” – teatralna opowieść o potrzebie działania wbrew dominującemu poczuciu bezsilności. Scenariusz Ewy Kaczmarek nawiązuje do setnej rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego. Akcja inicjowana jest tu i teraz, ale szybko włączane są w nią osoby i wydarzenia sprzed wieku. Komediowa stylistyka nie powstrzymuje uniwersalnych pytań o pamięć, patriotyzm i ofiarność, o sens buntu, znaczenie oporu i możliwość rewolucji. Osoby mające alergię na hasło „historia” nie muszą się obawiać. Wyreżyserowany przez Wojciecha Wińskiego spektakl nie jest nudną lekcją, muzealną wycieczką ani antykwaryczną kwerendą. To pełne życia, dowcipne widowisko, w którym aktorzy Teatru Usta Usta Republika wcielają się w członków nietypowej grupy rekonstrukcyjnej. Publiczność wciągnięta zostaje w patriotyczny spisek przeciwko historycznym kalkom. Sceniczni bohaterowie zrywają ze skostniałą retoryką, ujawniając zapomniane postaci i epizody z przeszłości. „Zryw” to znakomita zabawa na najwyższym poziomie, która przekłuwa balon narodowego nadęcia, chociaż – co może zaskakiwać – pozwala docenić też porywy serca i potrzebę wolności, unikając przy tym bagatelizowania grozy wojny.

Biel i czerwień foliowych peleryn łączy teatralnych widzów i aktywnych uczestników spotkania Anonimowych Patriotów. To grupa wsparcia dla Polaków nieradzących sobie z powszechnie pielęgnowanym współcześnie poczuciem obowiązku wobec ojczyzny: przemęczonych nadmiarem okrzyków, wymachiwaniem flagami, nadprodukcją haseł, masowymi manifestacjami i instrumentalnym traktowaniem narodowych symboli. Chociaż niemal wszyscy deklarujemy patriotyzm – rzadko stać nas na jego oryginalne manifestacje. Niektórych z zebranych drażni łatwizna schematów i rutyna tłumiąca nawet najgorętszy zapał. Czy porzucą swoje przekonania i zerwą biało-czerwone peleryny (identyczne jak te, które spopularyzował niegdyś Prezes, wspinając się na Koziarza, a w teatrze wykorzystał Marcin Liber w „Weselu. Poprawinach” Poznańskiego Teatru Tańca)? Powstrzyma ich tylko czyn: powstanie – rewolucja – ZRYW.

Skąd ten patriotyczny nadmiar, przesyt kalkami polskości, nadprodukcja historycznych stereotypów? W stulecie odzyskania niepodległości narodowe hasła i symbole wpisano w treść większości programów kulturalnych, wynosząc je ponad cele edukacyjne i społeczne. Władze państwowe sprowadziły rocznicowe obchody do wspólnego śpiewania hymnu, marszy z flagami, tańczenia poloneza i eksponowania biało-czerwonych kotylionów. Symbole zastąpiły edukację, krytyczną refleksję i dyskusję na temat przeszłości. Rocznica utrwaliła archaiczny model historii, widzianej jako źródło wspólnotowych mitów, a nie nauczycielka przyszłości. Służyła promocji zastanej narracji i paździerzowych stereotypów. Trywializowała polską tradycję kulturową, czego przykładem było zamówienie przez Kancelarię Prezydenta RP adaptacji „Przedwiośnia” na potrzeby Narodowego Czytania. Jej wspomnienie pogłębia frustrację patriotów ze „Zrywu” i doprowadza ich nad krawędź zwątpienia.

Lewy (Artur Śledzianowski) porównuje swoją sytuację do losów słowa „tudzież”: czuje się pominięty, wymazany, wykreślony. Nie chce rozpamiętywania klęsk. Potrzebuje skutecznego działania, chociaż wie, że w świadomości Polaków wyrazy „powstanie” i „zwycięstwo” nigdy się nie rymowały. O wielkopolskim zwycięstwie nie powstał żaden film. Dziś gotów jest wcielić się w jednego z jego bohaterów, kultywując ich pamięć. Tutejsza (Ewa Kaczmarek) zagra Polskę, personifikując zniewolony kraj – czekającą na wybawienie ojczyznę, która mówi głosem poezji lirycznej i marszałka Piłsudskiego. Kogo wybiorą pozostali uczestnicy tej akcji: Wczorajszy, Prosty, Prawy i Lewy? A kto kojarzy się państwu z powstaniem wielkopolskim?

W kolejnej scenie Wiński prowadzi czterech Paderewskich w stylu Monty Pythona. Dominuje wersja zaproponowana przez Lewego. Artur Śledzianowski ma w tej podwójnej roli coś z gwiazdy, zdolnej dzisiaj porywać tłumy. Po nim przed publicznością zjawiają się inni, mniej rozpoznawalni, bohaterowie zrywu zapoczątkowanego w grudniu 1918 roku. Prosty (Przemysław Zbroszczyk) gra pochodzącego z Mandżurii Zdzisława Józefa Czen De Fu, dziwnym zbiegiem okoliczności osiedlonego pod Barcinem. Uważał się za Polaka, manifestował „przekonania narodowe” i bez wahania przyłączył do powstania. Prawy (Marcin Głowiński) brawurowo prowadzi postać Stacha Nogaja – poznańskiego rzezimieszka, który przekształcił swoją bandę urwipołciów w niezwykle skuteczny oddział powstańczy. Wygrywał z Prusakami sprytem i brawurą – sprytnie i brawurowo reżyserowane są też jego sceny. Akcja zwalnia, kiedy Wczorajszy (Mikołaj Podworny) wprowadza postać artysty malarza Franciszka Zygarta. Jego obecność i młodopolska wizja masek paradujących ulicami Poznania dopełniają przedstawiony repertuar niekanonicznych uczestników powstańczego zrywu.

Usta Usta Republika opowiada alternatywną wersję historii. Wspomnienie wygranego powstania przełamuje wizję narodowego męczeństwa. Poznański teatr nie buja w obłokach, ale nie biegnie też promenadą historiografii, a jej opłotkami. Eksponuje apokryfy, marginesy i przypisy. Z dopracowanym dramaturgicznie tekstem Kaczmarek współgra błyskotliwa reżyseria Wińskiego (uzupełniana muzyką Adama Brzozowskiego i choreografią Adriana Rzetelskiego), potrafiącego niewygodę i ciasnotę Tłustej Langusty umiejętnie przekuć w atut spektaklu. Każdorazowo ogląda go tylko garstka widzów, za to każdy z nich jest bardzo blisko niezwykle gęstej akcji. Usta Usta to profesjonalna grupa offowa, której aktorzy, bez względu na doświadczenie, znakomicie wykorzystują posiadane możliwości i – w kolorowych kostiumach Idalii Mantas – ogrywają własną fizyczność. Tu nie ma póz czy gwiazdorzenia. Radość z bycia na scenie i spontaniczność nie ciągną spektaklu ku amatorszczyźnie, a wzmacniają kontakt z widownią.

„Zryw” jest skutecznym remedium na szaleństwo narodowych obchodów stulecia niepodległości. To pełen humoru i pouczający spektakl, o którym – mimo zdecydowanej niewspółmierności dostępnych jego twórcom środków i możliwości – warto będzie pamiętać w kontekście przygotowywanych produkcji okolicznościowych Teatru Nowego („Asymilacja”, reż. P. Kruszczyński) i Teatru Polskiego w koprodukcji z Teatrem Animacji i Fundacją Mili Ludzie („27 grudnia”, reż. J. Skrzywanek). Czy Poznań potwierdzi rozpowszechniony w kraju mit, że tu rocznice obchodzi się bez koturnów? „Zryw”, chociaż zrealizowany został poza mainstreamem i rozgrywa się w podziemiu, wysoko stawia poprzeczkę. Po krótkim rozbiegu jego akcja porywa widzów, niosąc ich do samego końca scenicznej opowieści. Część pozostawia nawet w powstańczym nastroju kiedy przez ciemne podwórko i bramę wracają do domów przez oszołomione zbliżającymi się świętami ulicami Poznania.

 

Teatr Usta Usta Republika
„Zryw”
reżyseria: Wojciech Wiński
scenariusz: Ewa Kaczmarek
muzyka: Adam Brzozowski
kostiumy: Idalia Mantas
choreografia: Adrian Rzetelski
występują: Ewa Kaczmarek, Marcin Głowiński, Mikołaj Podworny, Artur Śledzianowski, Przemysław Zbroszczyk
premiera: 15.12.2018

 

Spektakl powstał dzięki dofinansowaniu ze środków Urzędu Miasta Poznania oraz Samorządu Województwa Wielkopolskiego.