alt

Karnawał oporu

Nie sposób dziś rozmawiać o poznańskiej kulturze rowerowej, pomijając liczącą sobie już siedem lat Rowerownię Rozbrat. To mniej więcej tyle, co moja przygoda z rowerem. W trakcie gdy ja przepoczwarzałam się z pełzającego rowerzysty chodnikowego w pełnoprawnego uczestnika ruchu, kultura rowerowa w mieście również przechodziła zmiany.

Rowerownia jest świadkiem, ale też sprężyną tych przemian, stając się z czasem czymś więcej niż tylko punktem naprawy rowerów. Obecnie jest symbolem walki z uprzywilejowanym przez władze transportem miejskim, generatorem wielu oddolnych inicjatyw i przykładem uprawiania demokracji bezpośredniej. Spotkałam się z jej założycielami, czyli Koprem, Głową, Furim, Muezim i Kryzysem (do pełnego składu zabrakło tylko Berniego), aby porozmawiać o tym, jak działająca ad hoc kolektywna naprawa ostrych kół przekształciła się w jeden z ważniejszych punktów na mapie poznańskich ścieżek rowerowych, zabierając wielokrotnie głos w interesie dyskryminowanych, w tym pieszych i cyklistów, oraz zrzeszając ich ze sobą.

Samoobsługowy i otwarty dla każdego warsztat, w którym – mając na uwadze względy ekologiczne i ekonomiczne – można nie tylko naprawić rower, ale też nauczyć się zmieniać koło czy założyć łańcuch, powstał spontanicznie, z czystej potrzeby. W 2002 roku pojawiła się w Poznaniu poczta rowerowa, a wraz z nią – środowisko kurierów, w skład którego wchodzili między innymi mieszkańcy skłotu Rozbrat. Ze względu na oszczędność, jak też fakt, że praca kuriera pochłaniała sporo energii, ale również eksploatowała rowery, naprawiano je samodzielnie, by zostało coś ze szczupłego i tak wynagrodzenia. W pewnym momencie kurierzy wpadli na pomysł, by zagospodarować wiatę w sąsiedztwie inicjatywy Food Not Bombs. W ten sposób, na trzydziestocentymetrowym fundamencie, przez wykorzystanie już dwóch stojących tam ścian oraz tego, co było pod ręką i co każdy przyniósł ze sobą, powstał w listopadzie 2007 roku wyposażony w narzędzia warsztat. Budowa odbywała się w soboty i trwała kilka miesięcy, ludzie przynosili stare meble, tynk i styropian, a meblościanki posłużyły tym razem za prawdziwe ścianki. Działano w myśl zasad: „wykorzystaj coś do samego końca” czy „zrób to sam”. W wyposażeniu warsztatu pomogły też darowane części i narzędzia, ale również środki zebrane na Masie Krytycznej czy uzyskane ze sprzedaży złomu, który mimochodem gromadził się przy Rowerowni. Wszystko to było możliwe pod jednym warunkiem: należało ominąć prywatne interesy, na przykład najemcy lokalu – wykluczone było zatem wynajęcie przestrzeni, która generowałaby tylko dodatkowe koszty i uniemożliwiałaby nieodpłatne zaangażowanie w naprawę, zważywszy również na ceny lokali w mieście – dodaje Głowa.

Tak powstało miejsce, w którym przez kolejne lata, w każdą środę wieczorem (w sezonie) odbywały się regularne dyżury – warto to podkreślić. Zdarzało się, że nawet po dłuższych okresach mojej nieobecności w Poznaniu mogłam po powrocie zastać warsztat otwarty. Zmieniali się ludzie, zmieniał się Poznań, a w Rowerowni zawsze w środę wieczorem paliło się światło. W miejscu tym mogłam uzyskać pomoc, gdy trzeba było naprawić hamulec, wyprostować widełki (po zderzeniu z autem na ścieżce rowerowej), przyciąć brzeszczotem rurę od siodełka czy podbić brzmienie dzwonka. Gdy czegoś nie mieli, wówczas odsyłali do sklepu, by na przykład wymienić koło po tym, jak mój rower znalazł się nieszczęśliwie w samym środku trzydziestoosobowej bójki po jednym z meczów i zmienił swój kształt na podobieństwo jednego z zegarów z obrazu Salvadora Dali Trwałość pamięci.

„Z czasem regularność spotkań i popularność miejsca przełożyły się na rozpoznawalność” – mówi Głowa. Warsztat zaczął funkcjonować poza Rozbratem, pojawił się między innymi na placu Wolności podczas festiwalu filmowego Transatlantyk czy na wydarzeniu Malta Festival. W ramach projektu Generator Malta – który oddolnie, wraz z udziałem mieszkańców dotyczył rewitalizacji i różnicowania przestrzeni miasta – Głowa doradzał dzieciakom w Ogrodzie Wilda, jak się wyposażyć na wycieczki rowerowe. Zdarzały się też lotne „akcje ratunkowe” w plenerze, polegające na udzielaniu doraźnej pomocy kurierom bezpośrednio na trasie.

Wartym wspomnienia działaniem kolektywu są próby oddziaływania na przebieg remontów i przebudowy dróg w Poznaniu. W odpowiedzi na niekompetencję osób podejmujących decyzje w sprawie budowy trasy rowerowej na ulicy Przybyszewskiego w 2009 roku, kolektyw zgłosił do Zarządu Dróg Miejskich pismo zawierające 18 uwag do przedstawionego przez zespół projektu1. Wśród postulatów dotyczących remontu ulic na odcinku od ronda Jana Nowaka-Jeziorańskiego do ulicy św. Wawrzyńca znalazły się tak oczywiste, jak konieczność poprowadzenia drogi rowerowej nad wjazdami na posesje, stosowanie nawierzchni bitumicznej czy też zachowanie dwóch metrów szerokości w układzie dwukierunkowym pasa ścieżki rowerowej. Oprócz tego kurierzy – wielokrotnie pokonujący ten odcinek drogi – przedstawili oryginalne pomysły zorganizowania ruchu, które zrodziły się dzięki świetnej znajomości napotykanych przeszkód, takich jak parkingi dla aut, konflikt z pieszymi czy ruch autobusów. Apele o równe traktowanie uczestników ruchu niestety nie doczekały się odpowiedzi i nie zostały uwzględnione w projektach. Finalnym efektem prac drogowych jest labirynt, w którym rowerzysta jest zmuszony kilkakrotnie przejeżdżać z jednej strony ulicy na drugą, za każdym razem pokonując sygnalizację świetlną. Konkurować z nim mogłaby już chyba tylko trasa dla pieszych i rowerów w okolicach Dworca Głównego w Poznaniu. Chociaż opisany przypadek nie należy do wyjątków, można zaobserwować, że ruch rowerowy na poznańskich ulicach mimo wszystko wzmógł się w ostatnich latach. Czy jest to wynik mody na rower, jak twierdzi Furi, czy oswajania się kierowców z nowymi uczestnikami ruchu i zwiększenia tolerancji wobec rowerzystów, trudno powiedzieć. „Kiedyś, jak się widziało kogoś na rowerze zimą, to wiadomo było, że to ktoś znajomy” – wspomina Głowa i tłumaczy, iż takich osób było tak mało, że wszyscy się znali. Teraz jest inaczej – bez względu na warunki atmosferyczne sezon rowerowy trwa cały rok. Mogę się z tym zgodzić. Jeszcze parę lat temu nie zdecydowałabym się na jazdę rowerem zimą – aż do momentu, gdy zaczęłam studiować dwa kierunki. Wówczas mówienie sobie „to już ostatni raz” na nic się zdało, gdy wiedziałam, że do rozpoczęcia zajęć zostało tylko 15 minut. Komunikacją miejską nie dojechałabym na czas. Nagle spostrzegłam, że przyszła wiosna – ani na chwilę nie odstawiłam swojego roweru.

Pomimo prób wpłynięcia na decyzje dotyczące komfortu jazdy rowerem oraz rosnącej liczby rowerzystów nadal utrzymywał się stan niebezpieczeństwa na drogach, czego potwierdzeniem jest liczba wypadków, do jakich doszło w ostatnich siedmiu latach. Wśród nich był śmiertelny wypadek w 2010 roku. Poruszająca się zgodnie z zasadami ruchu drogowego młoda rowerzystka została potrącona przez szaleńczo rozpędzone i ścigające się z innym samochodem bmw2. Dla uczczenia pamięci Kasi oraz w celu zamanifestowania swojej obecności na drodze Rowerownia Rozbrat zorganizowała w kilka dni po wypadku Masę Krytyczną – powolny przejazd jednośladami po ulicach miasta. Zadaniem Mas Krytycznych jest zwrócenie uwagi na obecność cyklistów w mieście oraz apelowanie o system dróg rowerowych, najlepiej niezależnych od ruchu samochodowego, oraz uwzględnianie tych postulatów przy każdej nowej inwestycji drogowej. 9 kwietnia 2010 roku uczestnicy Masy przejechali w milczeniu od placu Wolności do mostu Dworcowego – miejsca wypadku, gdzie postawiono pomalowany na biało rower-pomnik (Ghost Bike) ku pamięci, ale też przestrodze. W Masie wzięło udział około 400 osób, z czego połowa spotkała się później na Rozbracie. Kolektyw uznaje tę inicjatywę za jedną z najważniejszych w swojej działalności. „«Patrzcie, jesteśmy», teraz możemy się poczuć bezpiecznie» – taki miał być przekaz uczestników Masy. Niektórzy z nich po raz pierwszy w życiu przejechali przez rondo Kaponiera” – mówi Koper.

Oprócz pikiet pod hasłem „Miasto dla rowerów” kolektyw włączał się też w inne akcje, takie jak odzyskiwanie terenów zielonych, sprzeciwiając się między innymi odgórnym decyzjom miasta polegającym na zagospodarowaniu Sołacza i przeznaczeniu go na willową zabudowę mieszkalną. W maju w 2010 roku razem z kolektywem Rozbrat zorganizowano Piknik w parku Wodziczki, na Sołaczu. Zorganizowano warsztat rowerowy pod namiotem, wegański grill i pracownię sitodruku, w której wykonywało się nadruki na koszulkach. Można było też spróbować swych sił w jeździe na jednym kole, na wysokim rowerze (ang. tall bike) czy pościgać na tandemach. Odpowiednikiem tego rodzaju imprezy byłyby Bike Punk Fest w Warszawie na żoliborskim skłocie Elba, zrzeszający fanów rowerów, czy też inicjatywy amerykańskiej organizacji The Black Label Bike Club (BLBC), specjalizującej się w konstruowaniu tall bike’ów i chopperów, ale też wszelkich innych typów quasi-rowerów.

Głowa: „Nie chodziło tylko o to, żeby naprawić rower. To była raczej wspólna pasja, takie samo myślenie. Alternatywa dla przyjaźni polegającej na spotkaniach przy piwie albo kopaniu piłki”. Nagłówki artykułów relacjonujących działalność poznańskiej, ale też wrocławskiej czy warszawskiej rowerowni, brzmiące: „Naprawią twój rower za darmo”, wydają się całkiem nietrafione. Zdaniem Głowy za największy sukces można uznać to, że „warsztat stał się samodzielny i nikt nie czuł się skrępowany, aby coś robić samemu”. Raz ktoś nawet wpadł na pomysł naprawy z klawikordem, a bywało też, że ludzie odwiedzali warsztat tylko po to, aby popatrzeć, porozmawiać. Koper dodaje, że gdy skonstruowali pierwszego tall bike’a, po prostu nie mogli się doczekać, aby na nim pojeździć. Przy okazji spontanicznie zebrało się parę osób, każdy chciał być następny. Nikt nie miał zamiaru promować tutaj zdrowego trybu życia, z wysokiego roweru łatwo było spaść, zresztą walka polegała na strącaniu się nawzajem za pomocą długiego kija-kopii z umieszczoną na końcu rękawicą bokserską. Chodziło raczej o poczucie się jak na podwórku, jak wtedy, gdy ktoś przyniósł szczudły lub gdy zimą robiło się sanki z maski samochodowej starej syrenki.

Ten swoisty powrót na podwórko realizuje się w urbanistyce poprzez tworzenie woonerf (słowo pochodzące z języka holenderskiego, oznaczające ulicę do mieszkania),  czyli takich ulic, które zachowują wszystkie typy komunikacji, lecz ze szczególnym uwzględnieniem pieszych i rowerów. W trakcie projektowania takiej ulicy-podwórza uwzględnia się obecność zieleni, minimalną prędkość samochodów, a także obiekty dla rekreacji. Idea zrodziła się w latach 70. w Holandii, kontynuowana jest między innymi w Berlinie i Kopenhadze, a od niedawna również w Polsce3. Ulice mają sprzyjać bezpieczeństwu, ale także spotkaniom i reanimacji życia ulicy. Upodwórkowienie może też być formą ekspresji, za pomocą której – przeciwstawiając się utrwalonym skostniałym wzorcom zachowania – uwolnione zostają tłumione instynkty, mogące przybierać na przykład formę zabawy. Wśród szerokiego repertuaru imprez Rowerowni znajdziemy liczne formy błazenady i groteski. Przykładowo: gra „luźna guma” polegała na przeciąganiu się na rowerach w przeciwną kierunkach dwóch uczestników związanych dętką. Pojawiły się też zawody strzeleckie, w których rama roweru służyła za łuk. Pamiętne były „rzut przesyłką w ciecia”, „płonący rycerz”, czyli wspomniane już turnieje na tall bike’ach. Jeździło się też na Bike Punk Fest, a tam na przykład organizowano „rowerową drogę krzyżową”, która polegała na ściganiu się z innymi, niosąc swe pojazdy, niosąc je na plecach – w wyrazie sprzeciwu dla zbyt restrykcyjnego prawa dotyczącego nietrzeźwości prowadzących jednoślady. W ten oto sposób pięciusettysięczne miasto, jakim jest Poznań, stawało się podwórkiem, na którym wszyscy się znają albo chociaż kojarzą. Koper opowiada, jak zostawiało się kartki w szprychach – informację o wyścigu (ang. alleycat), bo wiadomo było, który rower do kogo należy. Raz w warsztacie ktoś mnie zapytał: „To ten rower z Kościuszki?”. Innego dnia znalazłam przypiętego do mojej kolarzówki żółtego tulipana.

Praktyki Rowerowni Rozbrat zachęcają do tego, by spojrzeć na nie przez pryzmat karnawału. Andrzej Bełkot w tekście Karnawalizacja jako pojęcie ludyczne wskazuje na złożoność pojęcia, na które składa się kilka zagadnień. Jednym z nich jest inspiracja ideologicznym wymiarem Bachtinowskiej koncepcji karnawału, rozumianego jako opór, forma „teatru bezpośredniego”, polegająca na tym, że „kultura powagi i opresji zostaje skonfrontowana z wyzwolicielską wizją utopii”4, a także „przeciwstawia się wszelkim skostniałym i opresywnym postaciom systemu społecznego, kulturowego, ekonomicznego i politycznego”5. Zastąpienie form etykiety i przyzwoitości przez jarmarczne słowo czy gest – typowe dla opisywanego przez Bachtina karnawału6 – może być traktowane jako zmniejszenie dystansu pomiędzy mieszkańcami, sąsiadami, uczestnikami ruchu i budowanie innego rodzaju więzi. Już sama jazda na rowerze burzy zwykłą codzienną monotonię – można pojechać dowolną drogą do pracy, zatrzymać się w dowolnym miejscu i czasie. Wspomniane już wcześniej inicjatywy oddolne, warsztaty, Masy Krytyczne, ale także alleycaty czy bikepolo realizują oraz wspierają plany odzyskiwania przestrzeni miejskiej i tworzą alternatywne miejsca spotkań, które służą „poszukiwaniu innych form obecności oraz relacji z innymi”7. Nie należy więc mylić tych inicjatyw z tak zwanymi igrzyskami, które mają za zadanie jedynie odwracać uwagę od kluczowych spraw i interesów mieszkańców miasta. „Karnawał w końcu wtedy jest karnawałem, kiedy nie tyle intensyfikuje życie, co odwraca jego reguły”8.

Kreatywne działania Rowerowni Rozbrat – rozsadzające normy, łamiące reguły i dążące do wolności poprzez znoszenie barier – przypominają też społecznie pożądaną, choć dwuznaczną strategię trickstera. Trickster – którego postać wyłoniła się z mitów, między innymi indiańskich – jest personifikacją chaosu, nieprzewidywalności i świeżości, a jego zadaniem jest przeobrażanie sytuacji nie tyle poprzez przekraczanie, ile wskazywanie granic9. Trudno ocenić jego działania, gdyż lawiruje pomiędzy dychotomiami. Masa Krytyczna wydaje się legalna i nielegalna zarazem, podobnie jak ustawienie ghost-bike’a, o który toczył się spór. Z jednej strony w warsztacie naprawia się rowery, ale też nikt nie policzył, ile rowerów popsuto. Organizuje się turniej, w którym co prawda obowiązują reguły, ale jednocześnie można je łamać. Podejmowane są działania w celu uchronienia czyjegoś życia, ale sami kurierzy narażają się na niebezpieczeństwo na przykład podczas wyścigów.

Nie powinno się oceniać działania Rowerowni Rozbrat z biegunowych perspektyw ani rozważać poszczególnych działań wyłącznie pod kątem ich skuteczności, ponieważ już samo wyłonienie się takiego podmiotu sprawia, że w dyskusji społecznej dotyczącej planowania przestrzeni miejskiej pojawia się jeszcze jeden głos, wprowadzający różnorodność oraz alternatywę, wobec której władze miasta muszą się ustosunkować. W dodatku Rowerownia, podobnie jak postać trickstera, stale się przeistacza, spontanicznie reagując na to, co dzieje się dokoła, demontując i konstruując na nowo rzeczywistość. Działa bez z góry założonego planu, nie dając się uchwycić w gorset sztywnych definicji i ram.

Podczas naszego spotkania nie rozmawialiśmy wcale o rowerach, dlatego na koniec wywołałam jeszcze dyskusję dotyczącą rowerowych norm i gustów, wyrażając swoje wątpliwości wobec ostatnio bardzo modnych rowerów miejskich, charakteryzujących się wygiętą esowato ramą. Koper odpowiada, że każdy z nich przechodził różne fascynacje rowerem. Głowa na przykład najpierw był fanem beemixów, potem ostrego koła, a następnie górskich kolarzówek. Na to Kryzys: „Każdy rower jest dobry”. I tak zakończyła się nasza rozmowa. Po czym wyszliśmy, pożegnaliśmy się, każde z nas wsiadło na rower i pojechało w swoją stronę. Jadąc, pomyślałam sobie: „Faktycznie, mój rower jest dobry”.


1
Wszystkie postulaty dostępne na stronie Rozbrat.org.: M. Piekarski, „Trzeci rowerzysta nie żyje! Kto następny?”.

2Zginęła Rowerzystka, Poznańska masa krytyczna”, Poznańska Masa Krytyczna.

3 B. Zimny, H. Barański, „Woonerf – podwórzec miejski: idea”.

4 A. Bełkot, „Karnawalizacja jako pojęcie ludyczne”, „Homo communicativus”, 2(4)/2008, s. 52.

5 Ibidem.

6 M. Bachtin, „Ludowe formy świąt karnawałowych”, [w:] A. Chałupnik, W. Dudzik, M. Kanabrodzki, L. Kolankiewicz, „Antropologia widowisk. Zagadnienie i wybór tekstów”, Warszawa 2010, s. 378.

7 Zespół Generator Malta 2015, „Generator Malta: Idea”.

8 Ibidem.

9 W.J. Hyens, „Mythical Trickster Figures. Contours, Context and Criticism”, University Alabama Press
1997.

Fot. archiwum Rowerowni Rozbrat

Pełna wersja tekstu ukaże się w „Czasie Kultury” 1/2016 „Na rowery!”. Skróty pochodzą od redakcji e.CzasKultury.pl.

Wilda w PRL: można inaczej
18 listopada 2017

Wilda w PRL: można inaczej

Tegoroczna publikacja poznańskiej Fundacji SPOT „Poprawiajmy stosunki międzyludzkie. Wilda w czasach PRL” autorstwa Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak wpisuje się idealnie w nurt coraz bardziej popularnych ostatnimi czasy archiwów społecznych...