protest1
fot. Dominika Gracz
protest2
fot. Dominika Gracz
protest3
fot. Dominika Gracz

„Jeden kraj, a pełno nienawiści”

Za plecami milczących uczestników czwartkowego protestu słychać gwar kawiarnianych stolików. Gdzieś z boku zaczyna płakać dziecko. Tramwaje, samochody. Trochę tak, jakby ich tam wcale nie było. A jednak są.

Akt I: Imam

Po pierwsze, Youssef Chadid się urodził. Nie w Polsce – pochodzi z Maroka. Przyjechał tu w 1994 roku. Ma żonę Edytę i dwójkę dzieci. Najpierw studiował, potem rozpoczął pracę jako nauczyciel języka francuskiego, w końcu został imamem w otwartym na Łazarzu w 2006 roku centrum kulturalno-oświatowym. Każdego dnia wstaje, je śniadanie, pracuje, spędza czas z rodziną i najbliższymi. Modli się.

Po drugie, Youssef Chadid jest wyznawcą islamu, a to mało popularna ostatnio w naszym kraju religia. Co więcej, jest imamem, a więc zwierzchnikiem meczetu, odpowiada za prowadzone tam modły. Nie zamyka się w swoich czterech ścianach, włącza się aktywnie w życie dzielnicy i miasta – integruje się z mieszkańcami, spotyka się z władzami. Rozmawia, mediuje. Staje się osobą publiczną. Wydaje oświadczenia po każdym zamachu. Nie chce, by działania terrorystów utożsamiane były z muzułmanami. Ale oświadczenia niewiele znaczą – pierwsze pogróżki miały się pojawić po ataku na redakcję „Charlie Hebdo”.

Po trzecie, w sieci pojawił się film.

Akt II: Film

Wpisuję w wyszukiwarkę: „Islamski duchowny grozi Polsce”. Artykuł pod takim właśnie tytułem pojawił się 29 czerwca na portalu Telewizji Republika. Klikam w link, ale pojawia się komunikat, że artykułu brak, choć na ich fanpage’u nadal widnieje post odsyłający do tekstu. Klikam więc w drugi link, który wskazało mi Google. Strona reklamuje się hasłem „warto wiedzieć więcej”. Nie sposób się nie zgodzić, oczywiście, że warto. Czytam więc artykuł – wynika z niego, że Chadid podczas jednego z wykładów przedstawił wizję przyszłości, w której, gdy islam zwycięży, wszyscy nie-muzułmanie będą musieli płacić specjalny podatek, by móc żyć. Artykuł opatrzony jest zdjęciem przemawiającego poznańskiego imama. Filmu brak. Na innej stronie czytam, że przemawiać miał nie Youssef, a mufti Nedal Abu Tabaq. Tu też nie ma filmu.

6 lipca w sieci pojawia się oświadczenie imama opublikowane na fanpage’u Muzułmańskiego Centrum Kulturalno Oświatowego. Czytam:

Film jest zmontowany i zawiera wyrwane z kontekstu fragmenty wykładu muftiego Nedalu Aba Tebaqa. Ja osobiście nie występuję w tym filmie, a wypowiedzi muftiego to powyciągane z kontekstu fragmenty, których sens został przeinaczony. Pod tym filmikiem umieszczony został artykuł, w którym widnieje moje imię, nazwisko i zdjęcie.

I dalej:

Stałem się ofiarą, zacząłem otrzymywać groźby, abym opuścił kraj, w przeciwnym wypadku zginę.

6 lipca odbywa się też milczący protest. Organizatorzy chcą okazać solidarność z rodziną Youssefa i przeciwstawić się fali rasistowskich i szowinistycznych zachowań. Proszą ugrupowania polityczne i organizacje o nieprzynoszenie flag czy emblematów – wydarzenie ma być ponadpartyjne.

Akt III: Hasło

Tłum na placu Wolności milczy, więc choć bardzo chciałabym porozmawiać z uczestnikami protestu, muszę się powstrzymać. Każdy szmer, każde słowo mogą zepsuć lub zmniejszyć efekt. Przypominają mi się wszystkie „minuty ciszy” w moim życiu, zawsze zdecydowanie krótsze, bo to przecież tylko tak się mówi. Zawsze wydawały mi się nieuczciwe, niewspółmierne do przemilczanej tragedii, bo co to za wysiłek: nie odzywać się przez 10–20 sekund? Tutaj jest inaczej. Już po paru minutach zaczynam odczuwać niezwykły ciężar sytuacji. Nie tylko milczę, ale z niewyjaśnionych przyczyn staram się również nie poruszać. Po co miałabym to robić? Jeśli chciałabym podejść bliżej przednich rzędów, musiałabym przepchnąć się pomiędzy uczestnikami, a to wymaga powiedzenia „przepraszam”. Zaczynam więc kręcić delikatnie głową, rozglądam się na boki. Nienaturalność tej sytuacji każe mi skupić się na przyczynie protestu: dlaczego właściwie tu jestem, dlaczego są tu inni? Czy oni wszyscy znają imama, czy spotkali się z nim kiedyś, w zdecydowanie przyjemniejszych i bardziej sprzyjających okolicznościach? Co tych wszystkich ludzi napędza do działania, które, paradoksalnie, przyjmuje formę nie-działania? A może się mylę, może to milczenie jest o wiele bardziej drogocenne niż sto możliwych do wypowiedzenia słów? Dzisiaj mówią wszyscy, często o sprawach lub osobach, których nie znają. Z tego „złego” mówienia rodzą się plotki, zwykłe plotki, bo czym innym są fake newsy? Sieciowymi plotami, niepotwierdzonymi i puszczonymi dalej, gdzie zaczynają ewoluować i żyć własnym życiem. Czy jest sens dyskutować z osobami, którym zależy na tym, by jak najwięcej osób w te plotki uwierzyło? Czy jest sens dyskutować z kimś, kto za podstawę swoich przekonań i działań przyjmuje kłamstwo?

W końcu postanawiam przejść przed protestujących, muszę zrobić zdjęcia. Dopiero teraz widzę ich wszystkich. Oni też się nie ruszają, tak jak ja przed chwilą. Kobieta w fioletowej koszulce przez kilka minut trzyma palec przy ustach, jak gdyby przypominając o ciszy. Ale docierają do mnie strzępy rozmów toczone przy ławkach:

– Fajny protest, fajna forma.

– No, i mocne hasło.

– No, ale ja bym jednak nie dała się zabić ani swojego dziecka.

Hasło jest mocne, może nawet prowokujące. Z dziwnego powodu cieszy mnie to. Czuję, że zapadnie ludziom w pamięci. „NAJPIERW MUSICIE ZABIĆ MNIE”. Spokojnie, nikt tu przecież ginąć nie chce, to absurdalne. Właśnie, ginąć nie chce też Youssef Chadid, jego rodzina ani nikt z muzułmańskiej społeczności.

 

 

Sam Youssef stoi trochę schowany, z lewej strony banera. Nie zauważyłabym go, gdyby nie mężczyzna z notesem, który do niego podchodzi i zaczyna cichą rozmowę.

Siedzący na ławce za mną starszy mężczyzna tłumaczy kobiecie powód zgromadzenia:

Żeby nie było napadów, żeby nie było nienawiści. Oni chcą tu normalnie żyć.

Kobieta zapewnia, że rozumie i opowiada o emigracji zarobkowej:

No tak, przecież my też jeździmy za pracą. Mój syn w stanie wojennym też musiał wyjechać.

Potem temat schodzi na Ukraińców. Pani zna jedną kobietę, która stamtąd pochodzi i bardzo ciężko w Polsce pracuje. Potem słyszę, jak mężczyzna ze smutkiem mówi:

Jeden kraj, a pełno nienawiści.

Przy transparencie bawią się dzieci, chyba w berka. Unoszą materiał i przebiegają pod nim w jedną i w drugą stronę. W pewnym momencie przed napisem przejeżdża dziewczynka na czerwonym rowerze. Fotografowie jak na komendę chwytają aparaty, próbują zrobić zdjęcie. Ładny kadr.

Z tej ciszy wybija mnie głos:

Dziękujemy wam bardzo za przybycie! (oklaski) Niech solidarność zostanie w naszych sercach! Trzymajcie się!

Ktoś krzyczy: „Brawo!”. Ktoś inny wyraża nadzieję, że wszyscy bezpiecznie wrócimy do domu.

Nie czuję, by miałoby być inaczej. Szum rozmów. Większość zostaje jeszcze przez chwilę na placu, by porozmawiać, przedyskutować to, co się właśnie wydarzyło. Ludzie zapalają papierosy, idą po rowery. Słońce grzeje. Atmosfera festiwalowo-piknikowa. Kręcę się jeszcze przez chwilę i biegnę na tramwaj.