13
Karolina i Ada, fot. Barbara Sinica

Dlaczego 11 sierpnia pójdę 7 kilometrów w skwarze

Nie wiem, od czego zacząć, bo powodów, by iść w poznańskim Marszu Równości jest zbyt wiele, zacznijmy zatem od wspomnienia. Gdy rok temu, 12 sierpnia 2017 roku, szłam ubrana w białą sukienkę obok mojej już-za-kwadrans-żony odzianej w elegancki garnitur, weseli, uśmiechnięci kopenhażanie machali do nas, uśmiechali się i życzyli wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. I tak w radosnej ślubnej atmosferze dotarłyśmy prawie pod kopenhaski Ogród Botaniczny, gdzie miałyśmy obiecać sobie, że będziemy się sobą opiekować i być wobec siebie lojalne, póki śmierć nas nie rozłączy. Prawie, bo tuż pod ogrodem stał na przystanku polski autobus wycieczkowy. I skończyły się miłe pozdrowienia, a zaczęły żenujące komentarze, docinki, niezręczne pytania i spojrzenia wyrażające wszystko, tylko nie życzliwe zainteresowanie. Polska. Polska może spotkać cię w każdym miejscu i wbić szpilkę nawet w najpiękniejszy dzień w życiu.

 

Ada i Karolina, fot. Barbara Sinica

 

To Polska nie szanuje mnie codziennie na ulicy. To Polska sprawia, że czasem boję się iść za rękę z żoną, a zaczepki zbywam milczeniem, bo za bardzo cenię sobie prosty nos i komplet zębów, by podskakiwać.

To Polska całkowicie ignoruje fakt, że moja żona jest moją żoną. W Polsce jest mi obca. Mieszkam z obcą, gotuję obcej obiad. To obca opiekuje się mną, gdy jestem chora. To z obcą planuję wakacje, robię codzienne zakupy, oglądam film w weekend. Obca głaszcze nasze koty (a może jednak obce?). Kupuję obcej prezenty urodzinowe i chodzimy razem na wesela, a w żadnym zaproszeniu nie piszą, że zapraszają mnie z żoną. Bo w Polsce nie jest żoną. W Polsce zapłaci 19% podatku od wzbogacenia za nasz wspólny majątek, jeśli umrę. Jeśli potrąci mnie samochód, tylko od dobrej woli lekarza zależeć będzie, że w ogóle dowie się, czy jeszcze żyję. Jeśli moja rodzina postanowi pochować mnie na drugim końcu kraju, nie będzie miała nic do powiedzenia. Gdybyśmy miały razem dziecko i to ja bym je urodziła, w najlepszym wypadku po mojej śmierci trafiłoby do mojej rodziny. W najgorszym – do domu dziecka. Tydzień przed ślubem przyśniło mi się, że moja żona zmarła, a mnie poinformowano już po pogrzebie, bez szans na pożegnanie. Obudził mnie własny szloch.

 

Piotr i Krzyś / Igor i Mateusz, fot. Barbara Sinica

 

Ponieważ nasz ślub w Polsce jest wart tyle, co nic, nikt nie bierze nas na poważnie. To niewiarygodne, ale w 2018 roku w Polsce wciąż słyszę pytania: „A jak wy TO robicie?” albo „Która z was jest mężczyzną?”. Nie mogę zmienić nazwiska, choć bardzo bym chciała, ale jeśli uprzejma pani urzędniczka zaakceptuje mój wniosek, najpewniej straci swoją posadę.

Młodzież Wszechpolska składa na mnie zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa, gdy w mediach społecznościowych ozdabiam swoje zdjęcie orłem na tęczowym tle. W bardzo wielkich słowach opowiadają coś o znieważaniu godła, profanacji, a tęcza, nikomu nieszkodzące zjawisko atmosferyczne, dostaje miano „symbolu dewiacyjnego”.

Mam przyjaciół, którzy skrycie czekają dnia, kiedy umrą ich rodzice, bo wtedy nie będą musieli pozywać ich do sądu, by skorygować prawnie swoją płeć. Mam przyjaciół, których drugie połówki popełniły samobójstwo, bo ojciec powiedział, że syna pedała wyrzuciłby z domu. Mam przyjaciół, którzy i które w związkach jednopłciowych wychowują dzieci. Dzieci, które obrywają w szkole za orientację seksualną swoich rodziców, a Polska nie zna sposobu i nie widzi potrzeby, by te dzieci chronić, choć podobno „rodzina jest najważniejsza”. Najwyraźniej nie ta tęczowa, bo bez prawnej ochrony pozostaje jakieś (co najmniej) 50 tysięcy dzieci, które w takich tęczowych rodzinach się wychowują.

Boję się zajrzeć do internetu i włączyć telewizor, żeby nie dowiedzieć się, że jestem chora, zdemoralizowana, wykolejona. Żadnej z tych cech nie zauważam, kiedy rano z moją obcą żoną jemy śniadanie. Zjemy je też w sobotę, 11 sierpnia, tuż przed Marszem Równości, który w tym roku przejdzie aż 7 kilometrów, od Czartorii przez Stary Rynek, Rondo Kaponiera, Most Dworcowy. Będziemy głośni i głośne, widoczni i widoczne jak nigdy wcześniej. Ponieważ Polska to również mój dom, choć próbują mi go ukraść i zohydzić ci, którym nie w smak różnorodność.

 

Ewelina i Patrycja, fot. Barbara Sinica

 

Tęczowe flagi powiewają od kilku lat na wszystkich obywatelskich protestach – tych czarnych i tych w obronie wolnych sądów, osób z niepełnosprawnościami i wszystkich tych, gdzie gra toczy się o prawa człowieka. Jesteśmy wszędzie. Jesteśmy twoim lekarzem, bibliotekarką, prawniczką, sprzedawcą w sklepie, nauczycielem twojego dziecka, sąsiadką.

Okaż solidarność i przyjdź, ruszamy o 14.00 z Kontener ART przy ulicy Czartoria.

 

Strona wydarzenia na FB