las8ok

Chodźmy wszyscy w Las

Lucyna Marzec: Byłam w Lesie o różnych porach nocy, ale nigdy w środku dnia. Jest 14.30, za oknem słońce. Przestrzeń Lasu wydaje mi się zupełnie inna niż ta, do której przywykłam.

Krystian Piotr: A czym się różni teraz?

Wydaje się mniejsza. I bardzo spokojna.

To cisza przed burzą. Za chwilę ten budynek zostanie rozebrany.

Co szykowałeś na pożegnanie z Lasem?

Nie będzie pożegnania z Lasem. Nie miałem czasu go zaplanować. Dostałem wypowiedzenie w ostatniej chwili – 31 maja – a już miałem ustalony program na cały czerwiec. Chcieliśmy ostatniej nocy zagrać sami: Tomek, Józef, Zosia i Kajetan i ja. Ale i to udaremnia przedwczesna rozbiórka sąsiadującego budynku. Żegnam się zresztą tylko z tą przestrzenią, ale nie z Lasem.

Czym jest dla Ciebie ta przestrzeń?

Ja tu mieszkam. To jest mój pokój.

Dzienny czy nocny?

Częściej jestem tutaj w nocy, więc bardziej nocny.

Dla większości ludzi pokój nocny to sypialnia.

Zdarzało mi się tutaj spać.

Ja też się tu zdrzemnęłam…

I parę innych osób również. To najmniej przyjemny aspekt tej pracy: systematyczne niewysypianie się co weekend i przebywanie tutaj do rana. Dużo osób mówiło mi na początku, że przyzwyczaję się, a po jakimś czasie będę zostawiał to miejsce pracownikom. Ale przez trzy lata tak się nie stało. To nie jest zwykły biznesik. To jest mój pokój. Nie mogę wyjść, zostawiając gości, dlatego zawsze ostatni zamykam drzwi.

Oprowadź mnie do Lesie.

W świetle dziennym ta przestrzeń wygląda gorzej. Przede wszystkim nie jest jeszcze ukończona. Pierwotny plan zakładał zrobienie wielu rzeczy, które się w końcu nie pojawiły.

Jak tu było na początku?

W dniu otwarcia, we wrześniu 2014 roku, były tu surowe ściany, nie było baru ani sceny. Pierwsze dwa miesiące spędziliśmy wynosząc stąd śmieci i gruz. W ogóle nie spodziewałem się, że osiągniemy ten efekt: zburzyliśmy ścianki, potem okazało się, że jest tu drewniany sufit. Zaryzykowaliśmy i nasze intuicje okazały się słuszne.

 

 

Pamiętam, gdy szukałam Was w przepastnych przestrzeniach Zakładów Graficznych.

To była bardzo interesująca przestrzeń i sytuacja ciekawsza od tej tutaj – trzeba było nas znaleźć, więc nie trafiały do nas przypadkowe osoby. Nie przypominam sobie, by ktokolwiek kiedykolwiek zapytał przy wejściu tam, co dzisiaj się tutaj dzieje. Bardzo nie lubię tego pytania, bo wydaje mi się, że skoro przychodzisz już do jakiegoś miejsca, to powinieneś wiedzieć, co się tutaj dzieje. A tutaj często to pytanie się pojawia. Tamto miejsce było ukryte i było na Jeżycach – nie wiem, czy to ma jakieś znaczenie, może ma.

Miałeś bliżej do tamtego Lasu.

I ja miałem bliżej i parę osób, które bywały, miało bliżej. Zresztą codziennie mijam to miejsce, które też remontowałem przez jakiś czas i zastanawiam się, dlaczego nie mogliśmy być tam do dzisiaj. Bo przestrzeń – fizycznie – do dziś tam jest, nie została zburzona.

I co się stało?

Polityka. Ludzie. Ludzie, którzy nie rozumieją i którym przeszkadzają tego typu działania.

A co teraz? Gdzie się przeniesie Las?

Nie wiem. Teraz będę miał chwilę, aby odpocząć, co zaplanowałem i z czego się bardzo cieszę. Kiedy usłyszałem, że mamy do końca czerwca czas na wyprowadzkę, myślałem, że nie będę mieć tej chwili i zaraz zacznę szukać nowego miejsca dla Lasu, ale po kilku dniach postanowiłem, że nie będę zmieniać planów, że chcę mieć wakacje.

Jak długie?

Dwa miesiące.

Wyjeżdżasz z Poznania?

Tak. Wyjeżdżam do Szwecji. Spędziłem tam bardzo dużo czasu i ten czas był inspiracją dla Lasu: tego, jak wygląda, jaką atmosferę staram się tu stworzyć przedmiotami i materiałami. Wielokrotnie spotykałem się ze zdaniem muzyków, którzy tu przychodzili, że czuli się w tej przestrzeni jak w drewnianej chatce ukrytej gdzieś w lesie.

 

 

Pochodzę z rodziny leśników i dla mnie to, co znajduje się w Lesie, jest bardzo swojskie. Na przykład poroże.

Poroże znalazłem w szwedzkim lesie.

Znalazłeś?! Poroże łosia?

Tak. Miałem szczęście. Spacerowałem po lesie i znalazłem to poroże. Przywiozłem je do Polski. Ojciec znajomego oczyścił je i oprawił.

Imponujący okaz.

Jest to jeden z bardziej charakterystycznych elementów tutaj. Nad porożem mamy trąbę – ludowy instrument używany przez pasterzy – też ze Szwecji.

I co tu jeszcze mamy?

Dużo drewna.

Jest też Twoja ambona.

Nie wiem, czy ambona to dobre określenie.

Wzięte z leśnego słownika.

Do nikogo nie strzelałem.

Z ambony nie tylko się strzela, przede wszystkim się obserwuje. I to dużo częściej, niż chwyta za broń.

Możliwe. Starałem się zachować tu jakiś porządek. Nigdy nie miały tu miejsca niespokojne sytuacje, bójki, nie były wzywane ani ochrona, ani policja. I to też sukces, biorąc pod uwagę naszą specyfikę działania: w nocy, w weekendy, do samego rana.

Co widzisz i czego słuchasz ze swej ambony? Jaki jest Las muzycznie?

Nie ma jednego określenia, które spięłoby wszystkie koncerty razem. Długo zastanawiałem się nad tym, jak opisać Las. Niektórzy powiedzieliby, że jest to scena eksperymentalna, awangardowa, alternatywna, chociaż to ostatnie to chyba zbyt szerokie pojęcie, sam do końca nie wiem, co w tej chwili znaczy. Niezależna, niekomercyjna: ale czy niekomercyjna dlatego, że jest nieznana, czy dlatego, że ma we krwi niekomercyjność – trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że niektóre zespoły, grające w Lesie mogą stać się komercyjne i nie wiem, gdzie przebiega granica między komercyjnością a niekomercyjnością. Na pewno nasze działanie zawsze było niekomercyjne, ponieważ na koncertach nie zarabialiśmy. Organizowaliśmy je po to, aby się odbyły, a nie po to, by na nich zarobić.

Słyszałam o jeszcze jednym określeniu: hałas.

Masz na myśli wysoki wolumen?

Nie, mam na myśli to, że lawirujesz na przecięciu tego, czym jest i czym już nie jest muzyka.

To dlatego, że w muzyce od zawsze interesowały mnie granice, które penetruje; to, co znajduje się poza horyzontem list przebojów, radia, telewizji.

To co Ciebie interesuje: dźwięki i cisza?

Tak: subiektywne doświadczenie, szczerość i porozumienie za pomocą muzyki. Często było tak, że przyjeżdżały zespoły, które znałem z nagrań, ale ludzi widziałem pierwszy raz tutaj i czułem porozumienie. Mamy podobne spojrzenie na świat, dzisiejszą rzeczywistość: czułem to właśnie poprzez muzykę, jaką tworzą. W muzyce jest pewna prawda… to ogromna wartość muzyki.

Czyli zapraszasz muzyków, których cenisz i szanujesz, do swojego pokoju?

Tak, oczywiście. To jest mój gust muzyczny.

I estetyczny.

Widziałaś ósmy odcinek nowego sezonu „Twin Peaks”?

Nie.

Był tak samo zaskakujący jak niektóre zespoły, które odkryłem w Lesie.

Dlaczego?

Oryginalny, pomysłowy, przemyślany, ale też trudny w odbiorze, dlatego może spotkać się z niezrozumieniem. Takie właśnie są koncerty w Lesie.

Zawsze?

W większości przypadków, bo nie we wszystkich. Nie zawsze byliśmy całkowicie niezależni.

Dlaczego?

Czasami organizatorzy koncertów zabierali ze sobą zespoły, których bym normalnie nie zaprosił.

Trudno zapanować nad gośćmi, których zaprasza się do swego pokoju, kiedy przychodzą z osobami towarzyszącymi.

Zrobiliśmy parę złych koncertów i do teraz tego żałuję, bo była to niepotrzebna praca. Zależało mi na superwyselekcjonowanym wizerunku, który niestety taki do końca nie jest. Generalnie godziłem się na zbyt dużo i doświadczyłem wielu sytuacji, które miały na mnie zły wpływ i wiele mnie kosztowały. To pierwsza moja praca, w której mam codziennie tak intensywny kontakt z ludźmi, których zupełnie nie znam.

Znasz podobne miejsca do Lasu?

W Polsce nie znam. Ponoć są takie. Jest ich na pewno niewiele. Na świecie tak: znam świetną salę koncertową urządzoną w byłym dworcu kolejowym w samym centrum Brna, obecnie jest to skłot. Odbyło się referendum w mieście, czy mieszkańcy chcą, aby tak spożytkować tę przestrzeń. Duża sala, na tysiąc osób, ładna, ciepła, ma bardzo dobre nagłośnienie, znajduje się w samym centrum małego miasteczka. Byliśmy z Tomkiem na festiwalu z okazji piętnastolecia kanadyjskiej wytwórni Constellation Records. Kilka miejsc z Berlina: Sowieso, Madame Claude, Bei Ruth, Festsaal Kreuzberg. W Berlinie duże nazwiska grają koncerty w małych przestrzeniach dla niewielkiej publiczności – a zaraz potem w dużych, wielkich salach. Na przykład byłem na Nadji w Berghain. A Nadja grała dwa razy w Lesie. Przyjemnie jest zorganizować wydarzenia zespołów, które znane są z większych scen.

 

 

Kto przychodzi do Lasu?

Na koncerty czy na imprezy? Bo tą są dwa różne środowiska. Gdzieś tam może się mieszają, ale jednak różnią.

Zacznijmy od tego, kto tu wbija na imprezki.

Ludzie, którzy lubią potańczyć i chyba muszą zresetować się po całym tygodniu pracy.

Dlaczego wybierają Las, a nie wiele innych miejsc, w których by to można zrobić?

Nie wiem, czy wybierają Las. Nie ma wielu miejsc w Poznaniu, w którym są zwyczajne imprezy.

Przecież zapraszasz konkretnych, rozpoznawalnych DJ-ów.

Rozpoznawalnych?

A nie?

Dobrych. Na polskim gruncie niektórzy są rozpoznawalni, ale często były to początkujące osoby, które tu stawiały swe pierwsze kroki albo rozwijały swoje cykle imprez. Zresztą taka była nasza misja, żeby skupić DJ-ów, którzy zajmują się taką muzyką, jaką chcemy prezentować, i działać razem.

Stworzyło się to środowisko?

Zaczęło się tworzyć. Jest na pewno kilku muzyków, którzy są związani z tym miejscem. Nie tylko z Polski. I na pewno paru osobom będzie żal, kiedy Las przestanie istnieć.

Nawet więcej niż paru… Kto przychodzi na koncerty?

Na koncerty przychodzą ludzie, którzy są doświadczeni w słuchaniu muzyki i wiedzą, dlaczego ta, którą tu pokazujemy, ma taką wartość. Muszą być otwarci i inteligentni. Nie jest ich wiele. Ale stworzyliśmy wokół Lasu stałą grupę odbiorców.

Znasz ich na wylot.

Tu akurat byś się zdziwiła. To, że bywali tu bardzo często i widywaliśmy się, nie znaczy, że znamy się dobrze. W zasadzie z niektórymi nie rozmawiałem wcale. To wydaje się dziwne, i sam, kiedy o tym myślę, dziwię się, że tak właśnie jest. Nie wiem, czy to brak energii, czy chęci, czy po prostu atmosfera tego miejsca sprawia, że nie trzeba rozmawiać – muzyka wystarcza. Było tu kilka wyjątkowych koncertów, po których, mam wrażenie, wszyscy czuli się bardzo podobnie. Nikt nic nie mówił, ale i nie wychodził, nikt nie chciał zaburzać atmosfery.

Jakie to były koncerty?

Ostatnio takim bardzo wyjątkowym wydarzeniem był koncert Common Eider, King Eider w kwietniu. A jaki to był koncert? Spokojny w kategorii natężenia dźwięku. Subtelny, minimalistyczny, ale z dużą dawką emocji. Dosyć mroczny, wyglądał jak jakiś pradawny czy pogański rytuał. Ci, którzy występowali na scenie, to bardzo znani z innych projektów muzycy. Byli zdziwieni frekwencją, która jak na ich legendarność była bardzo niska. Dzień wcześniej grali na zakończenie wielkiego festiwalu w Lipsku dla kilkuset osób.

 

 

Ile osób mieści się w Lesie?

Wygodnie do stu, sprzedajemy do 130 biletów – i to już jest na granicy komfortu. Najwięcej osób przyszło na koncerty Synów, Kristen, Wrekmeister Harmonies, Föllakzoid, The Body…

Jak się tutaj zmieścili?

Było bardzo ciasno.

Pamiętam czas, kiedy nie było tej sceny.

Tak, wtedy nie było sceny.

Za to były kanapy. Co z nimi się stało?

Jedną wyrzuciłem, dwie są u mnie w domu. Były tu też vintydżowe meble, które musieliśmy wynosić na czas koncertów. W końcu zrezygnowałem z nich całkowicie. Część została zniszczona, część udało się uratować.

Można powiedzieć, że pracowałeś nad tą przestrzenią od momentu, kiedy tutaj po raz pierwszy wszedłeś, aż do momentu, kiedy stąd odchodzisz.

Nawet teraz to miejsce nie jest gotowe. Brakuje pewnych elementów, jak na przykład drewniana podłoga – ze względów akustycznych i estetycznych. Chcieliśmy wymienić okna i uszczelnić dach.

Kiedy mówisz: my, to masz na myśli…

…mnie i Tomka. Las to był nasz wspólny pomysł. Potem pojawiły się osoby, które pomagały nam w pracy za barem. Leśna rodzina rozrosła się do 9 osób. W momencie, w którym zaczynamy być rozpoznawani w mieście, od roku regularnie co tydzień pojawia się tu spora liczba ludzi. Kiedy zorganizowaliśmy kilkaset koncertów – w tym takich zespołów, że możemy zaprosić tu kolejne, na których bardzo nam zależy – musimy akurat teraz zamknąć Las. To trochę absurdalne.

Jak wpadliście na to, by stworzyć Las?

Lubimy wychodzić z domu i mieszkając w mieście, być w mieście. Brakowało nam miejsc w Poznaniu, do których chętnie byśmy chodzili, które byłyby wyjątkowe ze względu na atmosferę, wygląd, repertuar. Sami więc je stworzyliśmy, przynajmniej w pewnym stopniu.

Czy był jakiś tydzień, kiedy w Lesie nie odbył się koncert?

Możliwe, że był taki tydzień, natomiast średnio zrobiliśmy więcej koncertów niż jeden tygodniowo. Czasami organizowaliśmy sześć koncertów w tygodniu. I przychodziła na nie ta sama publiczność. Zdaję sobie sprawę, jakie to mogło być męczące. W tym momencie mamy zaplanowany 261. koncert w czerwcu.

Czy wszystkie koncerty numerujesz?

Numeruję wydarzenia, część tych wieczorów obejmuje więcej niż jeden koncert. W sumie odbyło się ich około 350.

Sporo! Jak wygląda Twój dzień?

Kiedy nie mamy koncertu i nie otwieramy Lasu? Staram się odespać te nieprzespane weekendowe noce, a potem odpisać na najważniejsze maile. Nie na wszystkie jestem w stanie odpowiedzieć. Jestem jednoosobowym biurem, które programuje pracę Lasu.

 Kiedy masz czas na słuchanie muzyki?

Mam mało czasu słuchać rzeczy, których chciałbym słuchać. Słuchałem tych zespołów i artystów, którzy wysyłali swe propozycje do Lasu.

Po ilu kawałkach wiesz, czy zaprosisz kogoś, czy nie?

Czasami wiem to po minucie, a zdarzały się takie odsłuchy, które zajmowały godziny i nadal nie miałem pewności.

Odnoszę wrażenie, że więcej było takich zespołów, które by chciały zagrać w Lesie niż zespołów, które Ty byś zaprosił.

Tak. Zwłaszcza na początku działalności raczej wybierałem spośród propozycji, niż sam zapraszałem.

Kiedy zacząłeś zapraszać?

Kiedy zaczęliśmy trochę więcej zarabiać na imprezach. Wszystkie pieniądze, które zarabiał Las, inwestowałem w koncerty. Ostatnie miesiące były drogie. To nigdy nie były wygodne, łatwe decyzje: oddawać swoje pieniądze na wydarzenia, które spotykają się z małym zainteresowaniem. Ale tak to wyglądało, tak to działało. Myślałem o tym, by zmniejszać liczbę koncertów i wybierać te najbardziej interesujące. Od początku do tego dążyłem, ale jest tyle zespołów, które są w trasie i akurat przejeżdżają przez Poznań, że trudno jest odmawiać i nie korzystać z okazji.

Jak to się dzieje, że jest tylu muzyków, którzy chcą grać, a tak nieliczna publiczność na koncertach?

Tego właśnie nie potrafię zrozumieć. Dziwi mnie to i nawet kiedyś poruszyłem ten wątek na Facebooku, choć rzadko komentuję poznańską scenę muzyczną i reguły jej działania. Jest w Poznaniu tyle osób: muzyków, artystów, zespołów, które grają i chcą się na temat muzyki wypowiadać, a nie przychodzą na koncerty. Dla mnie koncert jest najbardziej intymną i najważniejszą sytuacją muzyczną.

 

 

Mam wrażenie, że obecnie więcej wytwarzamy: gramy, piszemy, działamy, organizujemy, niż słuchamy, czytamy, bierzemy udział. Jesteśmy aktywni i twórczy. Zmieniły się proporcje pomiędzy pasywnym czasem przyjmowania i dawania. Nie mamy czasu bywać.

Mówisz, że to kwestia czasu. Trochę usprawiedliwiasz te osoby.

To nie kwestia czasu, ale decyzji. Jesteśmy hiperaktywni, decydujemy się dać koncert i pracujemy nad jego realizacją, a nie odwiedzić klub, by posłuchać czyjegoś koncertu.

Ale jeśli swoje działanie traktujemy poważnie czy chcemy się rozwijać, nie możemy się zamykać na realizacje innych. Na przykład w samym Poznaniu jest kilkanaście zespołów noiserockowych, a w Lesie grały zespoły ze światowej sceny noise rocka – z całym szacunkiem – ale ci początkujący muzycy mogliby po prostu nauczyć się czegoś.

W jaki sposób Ty się rozwijasz – jako jednoosobowa instytucja, menadżer, ale też akustyk…?

Nie jestem akustykiem. Tego wszystkiego uczyłem się tutaj – pracując cały czas, organizując kolejne koncerty… Na początku stresowałem się, gdy do Lasu przyjeżdżał ktoś znany, nie wiedziałem, jak zareaguje na naszą przestrzeń i skromne warunki, w jakich realizujemy koncerty – okazywało się, że te najbardziej rozpoznawalne nazwiska ceniły tę przestrzeń, jej wielkość, atmosferę, właściwości akustyczne. Nawet sprzęt, który mamy, nie jest bardzo specjalistyczny – ale broni się. Dla muzyków ważniejsza była atmosfera tego miejsca, duch miejsca, o którym często słyszeliśmy od bardzo różnych ludzi – z Kanady, Norwegii, Japonii.

Myślisz, że ten duch przeniesie się razem z Tobą w inną przestrzeń?

Ten pokój jest dosyć wyjątkowy i mam obawy, że nie będzie to łatwe.

Wiele rzeczy można starać się odtworzyć. Ale tutaj sam układ dachu, kąt, pod jakim jest nachylony – mają znaczenie. To rzeczy, których nie stworzyliśmy, my je tu zastaliśmy i mieliśmy szczęście. Czy będziemy mieć szczęście kolejny raz – nie wiem.

Jak będzie wyglądać nowy Las?

Na pewno chcę, by była to większa przestrzeń, w której sala koncertowa i sala barowa będą oddzielone.

Jakie koncerty zaplanowałeś na wrzesień?

Po raz pierwszy to ja naciskałem na agentów, by na kilka miesięcy naprzód potwierdzili koncerty, bo chciałem już w wakacje promować program, który jest cholernie wyjątkowy. Cała jesień już teraz zapowiada się wyjątkowo. Zaplanowałem na wrzesień pięć koncertów – tylko pięć – bez względy na to, kto napisze i co zaproponuje – aby publiczność mogła odpocząć między jednym a drugim.

Największy z nich to koncert Jarboe, nowojorska awangarda, przez lata wokalistka zespołu Swans, wiele rzeczy zrobiła z zespołem Neurosis – podniecałem się tym jako nastolatek, a teraz się okazuje, że ona tu przyjeżdża. Mało tego, przyjeżdża w towarzystwie zespołu Father Murphy, który już kiedyś grał w Lesie, a którego nie znałem wcześniej, choć jest to jeden z ukrytych fenomenów. Oni razem na scenie – to będzie wydarzenie.

A do tego mamy duet z Grecji, którego wcześniej nie znałem – to wyjątkowa sytuacja, kiedy raz na tysiąc propozycji przydarza się coś takiego – Mohammad. Monolityczny, niski, ciężki, długi dźwięk, nawet zdjęcia artystów oraz wykonywane przez nich własnoręcznie instrumenty idealnie pasują do przestrzeni Lasu.

Trzeci koncert z września to Jessica Moss, prywatnie partnerka Efrima Menucka, skrzypaczka i wokalistka Thee Silver Mt. Zion. Widzisz plakaty z koncertu Thee Silver Mt. Zion i Godspeed You! Black Emperor? To jedne z moich największych inspiracji.

Czwarty koncert to Greg Fox, perkusista Liturgy. Już go kiedyś ogłosiliśmy, na trzecie urodziny, ale nie mógł przyjechać. Piąty – dla wielu legendarny duński zespół Of the Wand & the Moon.

Pięć dużych koncertów, które niestety nie odbędą się już tutaj. To jest dla mnie problem – nie to, że muszę poszukać nowego miejsca – ale to, że właśnie te koncerty nie odbędą się tutaj. One tu idealnie pasowały.

Dzięki za rozmowę.

Na koniec ja mam pytanie do ciebie.

Słucham.

Jaką twoim zdaniem rolę pełni Las w Poznaniu?

Las do to dla mnie przykład na autorski, niezależny projekt kulturotwórczy. Ekskluzywny przed północą, po północy idący na pewne ustępstwa, choć niechętnie i z przymusu ekonomicznego. Działa jak galeria sztuki, w której co innego sprzedaje się na zapleczu, a co innego prezentuje publiczności, a przez to potwierdza i podbija podział na obieg kultury wysokiej i popularnej, a jednocześnie ujawnia klinczowość i umowność tego podziału. Las przyciąga, bo obywa się bez wymyślnych drinków, efektów specjalnych, bo nie jest przedsiębiorstwem, a Ty nie jesz na śniadanie kanapek z hajsem. Od razu daje się wyczuć, że tu się toczy gra o pewne konkretne wartości, że to żadna zabawa. Ta surowość i powaga wzbudzają zaciekawienie, dla jednych podejrzliwe, dla innych wiążące się z zaufaniem i poczuciem wspólnoty. Hołdujemy jakiemuś cierpiętniczemu modelowi kultury, w którym nagradzamy symbolicznie tych, którzy poświęcają się sztuce, ale trudno nam wydać pieniądze na bilet, łatwiej na alkohol. To scheda polityki kulturalnej PRL zmieszana z grantozą i życiem z projektu na projekt. Dlatego młodzi ludzie kultury i sztuki, a więc ci, którzy najczęściej tu bywają, czują klimat Lasu, nawet jeśli nie podzielają Twoich gustów muzycznych (sala koncertowa) i nie lubią techno (klub). Dlatego pytają, co dziś tu będzie grane: idą w ciemno. Nie pytają natomiast, kogo spotkają za barem i wokół baru: bo wiedzą, że Las to konkretna jakość i ludzie. To przecież także miejsce spotkań, stały przystanek na nocnym, towarzyskim szlaku. Gdy się przeniesie w inne miejsce, zmodyfikuje nasze weekendowe ścieżki.

 

 

wszystkie fotografie pochodzą z archiwum Lasu

Wilda w PRL: można inaczej
18 listopada 2017

Wilda w PRL: można inaczej

Tegoroczna publikacja poznańskiej Fundacji SPOT „Poprawiajmy stosunki międzyludzkie. Wilda w czasach PRL” autorstwa Magdaleny Mrugalskiej-Banaszak wpisuje się idealnie w nurt coraz bardziej popularnych ostatnimi czasy archiwów społecznych...